środa, 4 marca 2020

Tel-Awiw - Białe Miasto, złote plaże i niebieskie morze.

Tel-Awiw powstał w wyniku marzeń. Marzeń tej części Żydów, którzy chcieli wrócić do ziemi swoich przodków. Założono go w 1909 roku, a więc metrykę ma bardzo krótką. Miejsce wybrano nieprzypadkowo - na północ od Jafy, portu znanego już w starożytności. Jafę zamieszkiwali Arabowie, którzy z każdą kolejną falą żydowskiej migracji byli w stosunku do niej coraz bardziej wrodzy. W takiej sytuacji Żydzi postanowili na okolicznych wydmach wybudować swoje nowe osiedla, całkowicie od zera. Prawie jak zamki na piasku, tyle, że te przetrwały już ponad wiek.

W ciągu 100 lat Tel-Awiw gwałtownie się rozwinął i wchłonął Jafę w swoje granice, choć zachowała ona własny, odrębny klimat. W tym wpisie zajmę się jednak tylko samym Tel-Awiwem. Tam, gdzie ponad wieku hulał tylko wiatr i owce, stoją dzisiaj dziesiątki wieżowców.


Budynek w środku to Azrieli Sarona Tower, najwyższy w Izraelu, liczący 238 i pół metra. To o półtora metra więcej od warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. 

Tel-Awiw i Jerozolima to dwa różne światy. "Haifa pracuje, Jerozolima się modli, a Tel-Awiw bawi" - to izraelskie przysłowie czytałem wielokrotnie. W Haife jeszcze nie byłem, ale z pewnością Tel-Awiw również pracuje: działa w nim wiele międzynarodowych i krajowych korporacji oraz giełda papierów wartościowych. O ile będąc w Jerozolimie czujemy, że to na pewno Azja, Bliski Wschód, o tyle tu nad morzem mamy skojarzenia z zachodnią Europą, ewentualnie Ameryką Północną. Pomieszanie Kalifornii, Miami, londyńskiego City i Frankfurtu nad Menem.





Tel-Awiw ma o połowę mniej mieszkańców od Jerozolimy (450 do 920 tysięcy), lecz odczuwałem to dokładnie odwrotnie. Oficjalną stolicą państwa jest Jerozolima, choć ONZ i większość rządów tego nie uznaje (to w sumie zabawnie, że obce państwo wiele lepiej, gdzie ma być stolica) i właśnie w Tel-Awiwie lokuje swoje ambasady. Żydzi nie uznają tego nieuznawania i główne instytucje umieścili w Jerozolimie (prezydent, parlament, sądy itp.). Na pewno Tel-Awiw stanowi stolicę biznesową i kulturalną, a także... cenową. Wyróżnia się go jako najdroższe miasto Izraela i 17. na świecie. Coś w tym musi być...

Pierwszy kontakt z Tel-Awiwem nie jest zbyt przyjemny: z Jerozolimy przyjeżdżamy autobusem na dworzec główny, obskurne i wielkie gmaszysko, gdzie trudno znaleźć odpowiednie wyjście. Ponieważ przy każdych drzwiach wejściowych jest prześwietlanie bagażu, więc spotyka mnie ta przyjemność kilka razy. Wokół dworca ruch jak w ulu, masa ludzi w każdym kolorze skóry, syf, smród... Na przejściu dla pieszych między pasami ruchu śpi kilku ćpunów nic sobie nie robiąc z przejeżdżających wokół aut i ludzi, jeden spokojnie jara jointa.



Znalezienie właściwego przystanku zajmuje mi co najmniej kwadrans. Nawet molestuję jednego Azjatę, który wyglądał na obeznanego, lecz też niewiele mi pomógł. W końcu poszukiwania kończą się sukcesem i autobusem docieramy do miejsca noclegowego. Hostel położony jest na skraju Jafy, więc do szeroko rozumianego centrum mamy trochę drogi.

Ruszamy tam w sobotę. Na nieustannie remontowanych i poprawianych ulicach można się domyślić, jaki kolor jest ulubiony przez Izraelczyków 😛.


Sobota oznacza szabat, zaczynający się w piątek po zachodzie słońca i trwający dobę. Tel-Awiw nie jest specjalnie religijny, prawie nie widać tu ortodoksów (zastąpili ich migranci z różnych krajów), ale i tak ruch drogowy jest niewielki. Przed południem właściwie żaden...





Jesteśmy w bliskowschodniej stolicy LGBT. 


Tel-Awiw często określa się jako Białe Miasto. W okresie międzywojennym wybudowano w nim prawie 4 tysiące budynków w stylu modernistycznym - międzynarodowym oraz Bauhausu. Żydowscy architekci uciekali z Niemiec do Palestyny i w ten sposób miasto w Izraelu stało się największym skupiskiem modernizmu na świecie - wpisano je z tego powodu na listę dziedzictwa UNESCO.

Bauhaus, jak i cały modernizm z tamtego czasu, oznaczał prostotę i funkcjonalność. Projektowano obiekty nawiązujące do podstawowych figur geometrycznych, oszczędzano na dodatkach i zdobieniach. Zabudowa miała pasować do otoczenia (tego dzisiaj najbardziej brakuje!). Używano prefabrykatów, dzięki którym można było połączyć masowość oraz indywidualizm, zmieniając ustawienia według potrzeb. Wnętrza powinny być mocno oświetlone, stąd liczne lub duże okna. No i kolor - biały, ewentualnie żółty, rzadziej czerwony lub niebieski. Myślą przewodnią było przeświadczenie, że dobra architektura wpływa na dobre życie i to ona musi się dostosować do zachowań człowieka, a nie odwrotnie.

Przyznam się szczerze, że kiedyś nie lubiłem tego stylu, uważałem go za nudny i bezosobowy. A teraz doceniam, z każdym rokiem coraz bardziej. Kojarzy mi się z optymizmem, z radością życia, z ludzkim podejściem do konstrukcji. Oczywiście po tylu latach wiele z budynków zatraciło część cech, zostały zdegradowane, ale nadal wyróżniają się (jak dla mnie) świeżością i specyficzną wolnością.





Mijamy kilka małych otwartych sklepów i robię małe zakupy (piwo i przegryzki), co boleśnie odczuwa portfel. Przechodzimy przez Florentin, dzielnicę artystów, hipsterów i barów, o tej porze jeszcze smacznie śpiących. Zatrzymujemy się na chwilę na bulwarze Rothschilda, jednej z najdroższych alei całego Izraela. 


Tu znajduje się Hala Niepodległości, gdzie ogłoszono w 1948 roku powstanie nowego państwa; wygląda jak wielki bunkier, więc nawet jej nie sfotografowałem. Na środku deptaka stoi pomnik konny Meira Dizengoffa, urodzonego w Mołdawii pierwszego burmistrza. Kawałek dalej fontanna i pomnik założycieli miasta.



Skręcamy w lewo i po kilkudziesięciu metrach pojawia się Wielka Synagoga. Rzeczywiście wielka, największa w kraju. Stylistycznie dość brutalna - wybudowaną w 1926 roku świątynię w latach 60. powiększono i dołożono betonowe kolumny. 


Samochody policyjne długie niczym za oceanem...


Zaglądamy do całodobowej piekarni. To dobra i jedna z najtańszych (choć nie tania) opcji na zjedzenie czegoś ciepłego w południe. Wszystko pieczone jest "na żywo" w wielkim piecu, wybór ogromny - od pieczywa po rozmaite przekąski.


Siadamy na zewnętrznej ławeczce i zaczynamy wcinać ze smakiem, gdy nagle widzimy, że jeden z radiowozów gwałtownie zawrócił i zatrzymał się niedaleko nas. Wyszedł zaniepokojony policjant i zaczął dyskutować z klientami oraz sprzedawcami. Nie znamy hebrajskiego, więc jeszcze nie wiedzieliśmy, o co mu chodziło...
Okazało się, że na pobliskim przystanku leży bezpańska torba oraz nieduży plecak. U nas kiedyś nikt nie zwróciłby na to uwagi, teraz może zainteresowałoby kogoś na dworcu kolejowym, ale w Izraelu zawsze w takiej sytuacji zapala się czerwona lampka! Ponieważ żaden z obecnych nie przyznał się do prawa własności bagażu, rozpoczęła się szybka akcja kontrolna. Podjeżdża drugi wóz policyjny, wyskakuje zdenerwowana blondynka i rozgania ludzi. Piekarnię zamykają, część osób chowa się w środku, inni oddalają się na kilkadziesiąt metrów. Teren wokół przystanku zostaje odgrodzony taśmami.



Facet z pierwszego radiowozu nałożył strój sapera i ostrożnie dobiera się do pozostawionych rzeczy. Kopie w plecaku, potem w torbie, wszystko wyrzuca na zewnątrz. Znalazł m.in. aparat, chyba dość drogi, lustrzankę albo bezlusterkowca. Kiwa ręką, że wszystko w porządku, ładunków wybuchowych nie ma.


Zastanawiam, co się stało z właścicielem? Ktoś porzucił wszystko, ciuchy, sprzęt fotograficzny i zniknął? Porwali go, napadli? Schlał się lub naćpał i zapomniał? A może mu to ukradli i właśnie tutaj zostawili? Dziwna sprawa...

Po tym krótkim pokazie działania służb policyjnych odbijamy w Bialik Street, aby dojść do Bialik Square. Ulica ta pełna jest budynków modernistycznych, a jej ukoronowanie stanowi dawny ratusz miejski, obecnie muzeum. Po sąsiedzku działa także osobne muzeum Bauhausu. Patronem zaś jest Chajim Nachman Bialik, pochodzący z Wołynia "odnowiciel poezji i języka hebrajskiego".




Z tego miejsca kierujemy się już w kierunku morza. Pojawiają się pierwsze wieżowce, m.in. charakterystyczny biały Migdalor House, zaprojektowany w 1977 roku w stylu późnego modernizmu.


Przy samym brzegu króluje architektura typowo współczesna, napisałbym, że bezstylowa, która sąsiaduje z domami okresu międzywojennego. Jeden z hoteli przypomina latarnię morską.




Plaże są głównym magnesem przyciągającym turystów do Tel-Awiwu, choć i tak zdecydowanie dominują mieszkańcy miasta cieszący się z wolnego dnia. Piaski ciągną się na odcinku kilku kilometrów, czasem dość szeroko. Niektóre z nich są są wyspecjalizowane: dla ortodoksów (jednego dnia kąpią się tylko mężczyźni, drugiego kobiety), dla gejów i lesbijek, dla miłośników siatkówki, dla osób z psami... A właśnie, psy - w Jerozolimie prawie nie było ich widać, grasowały głównie koty. Tutaj wręcz odwrotnie - co krok to pies, mały albo duży (zazwyczaj duży). No cóż, Arabowie psów nie lubią, uważają je za zwierzęta nieczyste, Żydzi takich obsesji nie mają.

Ale wracając do plaży - są w miarę czyste i zagospodarowane.




Nad bezpieczeństwem czuwa policja (widzę nawet komisariat na... kółkach!), wszędzie także wiszą tabliczki informujące o drodze ucieczki na wypadek... tsunami. Nie sądziłem, że jest one możliwe na Morzu Śródziemnym, ale tak - po trzęsieniach ziemi zdarzają się nawet tu. Jedno z nich w IV wieku n.e. zniszczyło Aleksandrię...




Oczywiście skorzystaliśmy z okazji i również się wykąpaliśmy 😊. Ogólnie to trafiliśmy z pogodą idealnie: przełom września i października jest w Izraelu bardzo ciepły (28-30 stopni w ciągu dnia, odczuwalna na pewno większa), lecz już nie tak straszliwie upalny jak lato. A temperatura październikowej wody wynosiła 26 stopni! Więcej, niż w lipcu na Bałkanach 😛.


Robienie zdjęć w morzu wymaga poświęceń.


W internecie można znaleźć liczne zachwyty na plażami Tel-Awiwu, aczkolwiek jeśli chodzi o wspomniane zagospodarowanie to ostudzę entuzjazm. Owszem, na terenach położonych na wysokości centrum można znaleźć darmowe toalety, lecz jest ich za mało w stosunku do korzystających z nich tłumów. Są także pojedyncze prysznice, płatne szafki, a przebierać musimy się w kibelkach! Niektóre plaże zlokalizowane bliżej Jafy pozbawiono nawet tego: oprócz rurek z wodą do przemycia się nie ma tam niczego! Ja nie mam problemu ubrać kąpielówek w miejscu publicznym, lecz wiele osób wręcz przeciwnie... A co z potrzebami fizjologicznymi? W morzu czy na trawniku??

Plusem tych "ubogich" plaż jest zazwyczaj mniejsze zatłoczenie. Tak wyglądały w piątkowy wieczór:




A tak w niedzielny poranek: w Izraelu to normalny dzień roboczy, więc mieliśmy je niemal tylko dla siebie.





Dodatkowo atrakcją są widoki na starówkę Jafy - z tej strony wygląda ona bardzo urokliwie, zwłaszcza przy zachodzącym słońcu.




Nowa moda plażowa: w ubraniu i z wielką torbą.


W pewnym momencie pojawiła się koło nas starsza para z Polski.
- Idę się wysikać - oznajmiła kobieta i weszła do wody tak jak stała (prócz butów). Do tego wzięła ze sobą kawałki chleba i zaczęła... rozrzucać je obok siebie.
- Co pani robi? - krzyknęła jakaś Izraelka. - Proszę nie śmiecić!
- Karmię rybki, na pewno są głodne.
Nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać...

Po kąpieli idziemy wolno nadmorskim deptakiem. Spacerują pary z dziećmi, biegają ludzie, facet zbierający śmieci prawie wózkiem rozjeżdża dziewczynę. Spotykamy nawet współlokatorów z pokoju w Jerozolimie, ale udawali, że nas nie znają. Dużo tu zieleni, idealnie miejsce na piknik. Rozkładamy się i my, wyciągam piwko... Z daleka można rozpoznać wyznanie biwakujących: muzułmanie zbierają się grupami, całymi rodzinami, rozkładają grille. Żydzi i inni trzymają w rękach butelki z procentami, nie siedzą w tak wielkich kupach.






Wśród tej radości i swobody jest także smutny akcent: hebrajsko-rosyjski pomnik obok dawnej dyskoteki. 1 czerwca 2001 roku arabski zamachowiec wysadził się w niej razem z 21 imprezowiczami, 120 osób zostało rannych. Zginął jeden izraelski żołnierz, akurat przebywający na przepustce, a wszystkie pozostałe ofiary to młodzi ludzie (w większości nastolatki i dziewczyny) pochodzące z byłego ZSRR. Ruiny budynku rozebrano dopiero dwa lata temu.



Obok deptaku wytyczono ścieżki "dla rowerzystów". Celowo napisałem w cudzysłowie, gdyż rowerów praktycznie nie ma. Co chwilę śmigają koło nas elektryczne hulajnogi, ciche i szybkie, więc trzeba się uważnie rozglądać, aby nie wjechały w nasz tyłek.
"Są bardzo ekologiczne" - zachwyca się wielu i proponuje, aby otwierać wypożyczalnie w kolejnych miastach. Czyżby? Wyprodukowanie hulajnogi, a zwłaszcza jej akumulatora, wymagają użycia materiałów bynajmniej nie obojętnych dla środowiska, znacznie bardziej niż rowerów. Hulajnogi trzeba regularnie zbierać i ładować, a do tego wymagamy przecież użycia samochodu. Ich żywotność jest krótsza niż roweru, wynosi często tylko kilka miesięcy (choć zdarzało się, że i miesiąc). Potem nie bardzo jest z nimi co zrobić, gdyż nikt nie ma chętnych do recyklingu, a firmy wolą ich nie zbierać, tylko komuś zostawić i zapłacić za składowanie. No i wreszcie rzecz prozaiczna: nie przesiadają się na nie kierowcy samochodów, ale pasażerowie autobusów i rowerzyści 😛. Zatem w ostatecznym rachunku mamy szkodliwe w produkcji, krótko użytkowane pojazdy, które w żaden sposób nie zmniejszają korków i zanieczyszczenia, za to doskonale nadają się do rozjechania pieszego 😏. Ot, ekologia w nowoczesnym, biznesowym wydaniu obficie polana odpowiednią propagandą i niewiedzą.


Symboliczną granicą pomiędzy Tel-Awiwem a Jafą jest meczet Hassana Beka. Wystawił go w 1916 roku turecki gubernator (o takim imieniu i nazwisku) między osiedlami żydowskimi a arabskimi. Naiwnie liczył, że jego budowa powstrzyma rozwój żydowskiego osadnictwa. Wysoki minaret i sam budynek był wykorzystywany przez arabskich snajperów w czasie wojny o niepodległość Izraela, stąd po żydowskim zwycięstwie planowano świątynię zburzyć. Ostatecznie jednak zaniechano tego głupiego zamiaru, ale potem przez całe dekady stał on opuszczony. Odnowiono go w latach 80., od tego czasu sporadycznie zdarzają się ataki izraelskich fundamentalistów na obiekt (zwłaszcza po kolejnych zamachach).



Meczet stoi w towarzystwie szklanych domów...


...a w jednym z nielicznych starych budynków, który przetrwał do naszych czasów, mieści się Muzeum Niepodległości Ecel. Kamienną konstrukcję postawił w 1900 żydowski biznesmen w północnej części Jafy (dziś to osiedle Menaszijja), potem bywał raz w rękach muzułmańskich, a raz wyznawców Jahwe. Po wojnie w 1948 roku został mocno uszkodzony, a jako placówkę muzealną otwarto go w 1983 roku. Wystawa skupia się na historii Irgunu - paramilitarnej żydowskiej organizacji, walczącej o państwo Izrael zarówno z Arabami jak i Brytyjczykami, niejednokrotnie za pomocą terroru.


I na tym zakończymy etap tel-awiwski, dalej jest już "właściwa" Jafa, o której napiszę w kolejnym odcinku 😊.


6 komentarzy:

  1. Dziękuję za ciekawą wycieczkę po Tel-Awiwie. Czytałam z zaciekawieniem i czekam teraz na "odcinek" z Jafy. Zawsze fajnie dowiedzieć się czegoś nowego o miejscach, w których jeszcze nie miało okazji się być.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa relacja, wiele rzeczy intryguje lub denerwuje np wszechobecna policja - choć ze względu na sytuację polityczną jestem to w stanie zrozumieć, ale nie polubić. Lubię takie plaże oddalone trochę od miejscowości ale braku choćby toy - toyów już mi się nie podoba. Natomiast mam wrażenie że miasto jest bardziej przyjazne do życia niż Jerozolima. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przeciwieństwie do Polski tam policja działała na mnie uspokajająco - wiedziałem, że ich zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo, a nie polowanie z mandatami lub na nieprawomyślnych.

      I tak, zdecydowanie bardziej wolałbym mieszkać w Tel-Awiwie. Klimat też jest łagodniejszy niż w Jerozolimie :)

      Usuń
    2. Wygląda na to, że izraelska policja to prawie jak irlandzka Garda - umundurowani zatrzymali nas, bo wiedzieli że zawracamy wynajętym samochodem, domyślili się że jesteśmy zagubionymi turystami, a oni chcieli nam pomóc. Serio! Od tej pory, jak czegoś nie wiedzieliśmy, zawsze cisnęliśmy na posterunek. Garda nigdy nie odmówiła pomocy :-)

      Usuń
    3. A mogli wypisać mandat albo spisywać przez pół godziny :P Powinni przyjechać nad Wisłę uczyć się, jak należy obsługiwać obywateli i obcych :D

      Usuń