czwartek, 4 lipca 2019

Z plecakiem przez Suwalszczyznę i Mazury (3): Smolniki, Wiżajny i trójstyk z zimnymi ogrodnikami.

Plaża nad jeziorem Czarnym w Smolnikach... Szum wody i otaczających je lasów, spokój i cisza... No, prawie cisza - wieczorem nikomu nie przyszło do głowy, aby nas odwiedzić, mimo iż była sobota, za to o świcie swoją obecność objawiła... krowa. Musiała przebywać gdzieś niedaleko, bo jej przejmujące darcie się wyrwało nas brutalnie ze snu i powodowało dreszcze. Eco komentował krowie krzyki dość wulgarnie, zatem koncert był w wersji stereo 😏.


Kiedy bydle wreszcie ucichło (możliwe, że ktoś je zakatrupił) odwiedziło nas dwóch rybaków. Po udanych połowach komentowali zdobycze w tak soczystym stylu, że nie jeden dres spaliłby się ze wstydu...


Po wyjściu z namiotu okazało się, że w ciemnościach ustawiliśmy go w najbardziej krzywym miejscu. Jest możliwe, iż maczały w tym swe palce trunki rozgrzewające 😏.


Skoro dziś niedziela, to postanawiamy się nie wysilać. Część zaplanowanej trasy pokonamy autobusem, a ten jedzie dopiero po południu. Niespiesznie udajemy się do pobliskiego sklepu po zakupy, ja przy okazji odbieram ładowarkę, którą tam wczoraj zostawiłem...


Potem pichcimy sobie śniadanio-obiad w kominku, a Andrzej dokonuje bohaterskiego czynu i zażywa pełnej kąpieli! Próbował kilkukrotnie i w końcu się zanurzył, choć wrzaski przypominały te od krowy 😛. Ja także miałem ochotę, lecz nie udało mi się zwalczyć lodowatej temperatury jeziora...




Po godzinie 13-tej zwijamy obozowisko, aby jeszcze na chwilę usiąść przy barze. Mają tam fajne ławeczki w lasku.


Idąc na przystanek mijamy smolnicki cmentarz. Tabliczka informuje, że tam śmieci składać nie wolno. Ciekawe czy można za murem?


Pień drzewa podziurawiony przez mrówki...


Zjawia się pekaes, tłumów w środku brak. Po jakimś kwadransie chcemy wysiadać przy kompletnym braku zrozumienia kierowcy i pozostałych pasażerów. W głowie im się nie mieściło, że zamiast jechać od razu do celu mamy ochotę dreptać jeszcze kilka kilometrów piechotą.

Rogożajny Małe to niby wioska, ale w rzeczywistości luźno porozrzucane gospodarstwa.




Przyjemna szutrowa droga zmienia się w trawiastą i prowadzi między żółto-zielonymi łąkami oraz polami, czasem pojawi się też jakiś dom.





Wkrótce na horyzoncie pojawiają się zwarte zabudowania oraz niebieski kolor zbiornika wodnego.


Jezioro Wistuć. Kilka lat temu trwały o nie przepychanki pomiędzy prywatnym dzierżawcą a urzędnikami. Poszło o zarybienia, podobno nielegalne. W efekcie dzierżawę wymówiono, a akwen został bez gospodarza, więc zimą mieszkające w nim ryby podusiły się... Ostatecznie sąd zwrócił jezioro prywatnemu właścicielowi, ale nie wiem czy dostał odszkodowanie za kilka ton śniętych ryb...


Okolica jest tak piękna, że grzechem byłoby nie zrobić sobie tutaj odpoczynku. Zdjęcie dobrze ukazuje różne reakcje na temperaturę u różnych członków ekipy 😛.



Ciężko się zebrać z takiego miłego postoju, lecz jak mus, to mus!


Przed nami Wiżajny (lit. Vižainis). Miejscowość, podobnie jak wiele innych na Suwalszczyźnie, ma nazwę pochodzącą z języka litewskiego, w tym przypadku od vežys = rak. Przynajmniej tako rzecze Zara... tfu, Wikipedia. Kiedyś mieszkali tu Jaćwingowie, potem weszła w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Rzeczone raki miały być daniem popisowym w gospodzie, którymi poczęstowano króla Jagiełłę.


Przez dwa wieki Wiżajny posiadały prawa miejskie, utraciły je w 1870 roku. Zachował się - choć słabo czytelny - miejski układ urbanistyczny.


Naszym celem jest znaleźć sklep. I - pomimo niedzieli niehandlowej - udaje nam się! Żółte ściany przyciągają jak g...o muchy.


Rzecz jasna trochę się przy nim zasiedzieliśmy, więc w dalszej (ostatniej już dziś) części wędrówki towarzyszą nam kolory zbliżającego się wieczoru.


W okresie międzywojennym w Wiżajnach stacjonowała kompania Korpusu Ochrony Pogranicza, która ufundowała w 1930 roku obelisk poświęcony Piłsudskiemu. Wtedy określenie "wódz narodu" nie budziło takich skojarzeń jak dzisiaj...



Pomnik został zniszczony w czasie wojny, ale w III RP odkopano zachowany cokół i zrekonstruowano. Obok umieszczono współczesny słupek graniczny.


Jest też zabytkowy kościół z 1825 roku. Bez szału architektonicznego. 


Nocujemy dziś w Wiżajnach, ale nie w wiosce, tylko nad jeziorem o takiej samej nazwie. To najbardziej wysunięte na północ jezioro polskiej części Suwalszczyzny. Dalej już tylko Litwa.



Komuś się tak spieszyło, iż zgubił klapek 😛. A taki ładny, chiński...


Podobnie jak przy jeziorze Hańcza i wczoraj w Smolnikach kierujemy się według mojej mapy, na której zaznaczone jest miejsce biwakowe. I oczywiście mapa się nie myliła!


Czego tam nie ma: kilka wiat, śmietniki, miejsca na ognisko, plaża, drewniany wigwam z ogniskiem, wychodki (te akurat dość rozwalone). Pieniądze Unii nie poszły w błoto ani w piach. W sezonie grasują tu tłumy ludzi, teraz oprócz nas jest tylko grupa nastolatków, która bawi się za murkiem, ale zupełnie nie przeszkadza.





Patrząc na jezioro stwierdzam, że rano zaryzykuję i może w końcu uda mi się wskoczyć do wody. Tymczasem podziwiamy zbliżający się zachód...



Chociaż przez cały dzień było słonecznie, to jednak wieczorem temperatura nie rozpieszcza. Trudno się jednak dziwić patrząc w kalendarz - na kartce data 12 maja, a więc świętego Pankracego. Pierwszy dzień zimnych ogrodników. Wolałem jednak "Piątki z Pankracym".

Wiata-wigwam bardzo się dziś przyda. Kominek oczywiście też.


A rano... wszystko się spieprzyło. Po słońcu ani śladu, niebo całkowicie zachmurzone. Piździ jak w kieleckiem (lub za cara, a więc właściwie na to samo wychodzi), wieje wiatr, lada moment zacznie padać. Plan kąpieli oczywiście odpada. Nastroje wyraźnie siadły. I nagle Buba proponuje, aby spać dziś pod dachem! Komercyjnie. Czy ja dobrze słyszę?

Nauczony doświadczeniem sądziłem, że będzie to ostatnia osoba, która rzuci takie obrazoburcze hasło! Przecież mamy namioty, przecież jesteśmy twardzi, przecież tak się nie godzi, przecież tradycja...

A jednak! Wizja ciepłego noclegu nie znajduje przeciwników. W głębi duszy cieszyłem się, iż to ktoś inny na to wpadł 😛. Tym bardziej, iż prognozy na kolejne dni także nie są optymistyczne: dziadowska pogoda szalejąca i mrożąca Śląsk i południe Polski dotarła na północno-wschodnie kresy.
Dziś świętego Serwacego, drugiego z zimnych ogrodników. Do diabła z takimi patronami!


Wracamy się do wioski wśród opadów deszczu. O ile wczoraj Wiżajny w promieniach słońca przedstawiały widok opuszczonej osady, to dzisiaj wszyscy nagle ożyli i walą do marketu. Walimy więc i my.


Autobus podwozi nas w okolice trójstyku polsko-litewsko-rosyjskiego przy wiosce Bolcie (lit. Balčiai). Nie ma tam oficjalnego przystanku, ale uprzyjmy kierowca wysadza nas obok wypasionego parkingu. Ten jest znakomicie wyposażony: posiada czynną okresowo i płatną toaletę, zalane deszczem wiaty oraz tablicę elektroniczną informującą, że temperatura powietrza wynosi 9 stopni. Miejsce to uznawane jest za polski biegun zimna, jednak niesłusznie, ponieważ tę rolę pełnią obecnie Góry Izerskie.


Do granicy mamy kilkaset metrów. Jako pierwsze pojawiają się białe słupki litewskie.


Te nie budzą niepokoju, dopiero kawałek dalej wyskakują płoty, tablice, groźne napisy i kamery.



Płot stoi zarówno po litewskiej, jak i rosyjskiej stronie. Między nimi pasy graniczne. A w środku granitowy obelisk.




Granice przebiegały tu od wieków. Kiedyś stykały się ze sobą Prusy i Wielkie Księstwo Litewskie, potem przez kilkaset lat państwo niemieckie i Rosja. W okresie międzywojennym po raz pierwszy punkt ten stał się trójstykiem - wtedy Niemiec, Polski i Litwy (połowę zajmowała Rzesza). Ponownie wrócił do swojej roli w 1991 roku po rozpadzie Związku Radzieckiego. Ale granic tutaj więcej: po polskiej stronie Suwalszczyzny i Mazur, a także województw, powiatów i gmin.
Nazwa "Wisztyniec" pochodzi od pobliskiego litewskiego jeziora i miasteczka.

Okolica upiększona jest licznymi zakazami. Postawiono nawet budkę przypominającą fotoradar. Ponoć miejscowi pogranicznicy są upierdliwi do granic fanatyzmu i lepią kary nawet za postawienie nogi na rosyjskiej ziemi. Nie ryzykuję więc i ograniczam się do zdjęcia ze strony litewskiej.


Najbardziej zdumiał mnie zakaz... robienia zdjęć Rosji! Co to za dziwo i kto na to wpadł?? Jeśli Polacy, to czy w ogóle można zabronić fotografować obce państwo? A jeśli Rosjanie to chyba ich zakazy nie obowiązują za granicą?? Jeden z większych idiotyzmów z którym się spotkałem! I, z tego co się orientuję, nie ma ku niemu podstawy prawnej.

Poniżej zaorany pas drogi granicznej należący do Polski. Trawa po prawej i las to już Federacja. W oddali majaczą polskie i rosyjskie słupki.


Wracamy do głównej drogi, aby znaleźć jakiejś miejsce na przeczekanie nieprzyjaznej aury. Ustaliliśmy, że dojedziemy dzisiaj aż do Gołdapi i tam będziemy spali, a jedyny autobus będzie dopiero za 3 godziny!

Wiaty przy nowoczesnym parkingu średnio nadają się na popas, więc rozsiadamy się wokół zadaszonego stołu oddalonego o kilkaset metrów w kierunku zachodnim. To już Mazury 😛. Liczyłem, że w końcu uda nam się do nich dotrzeć, lecz nie sądziłem, iż w takich warunkach...


Granica pomiędzy dwiema krainami jest dobrze widoczna na asfalcie.


Postanawiam podejść na najbliższą górkę, aby zobaczyć jak daleko do przystanku. Mazurska droga i okolica dość malownicza.



Nie mogło zabraknąć ujęć granicznych.



W zaroślach ruiny dawnego posterunku niemieckich strażników.


Znajduję przystanek i wracam do reszty, która próbuje się rozgrzewać. Ziąb jest taki, że nawet palnik przygasał i trzeba było go osłaniać.


A na szosie wojewódzkiej się dzieje...

Najpierw przemknęli Niemcy z przyczepami kempingowymi ciągniętymi przez... traktory.


Potem polski rolnik, któremu deszcz nie straszny.


Jako trzeci zjawia się patrol Straży Granicznej. Przybył z Mazur, zajechał na trójstyk, zawrócił i skierował się w naszą stronę. No tak, nie mogli przegapić takiej okazji. Podchodzi do nas młoda dziewczyna z rozradowaną gębą i śpiewnym akcentem. Nie wiemy kto się bardziej cieszy ze spotkania - ona, bo może z kimś pogadać, czy my, bo wyprawa bez spotkania z SG byłaby nieważna 😏.

Rozmowa przebiegła w bardzo sympatycznej atmosferze, nikt nawet nie sprawdzał naszych dokumentów. Widać było, że dużą ulgę sprawiło pani odkrycie, iż nie jesteśmy obywatelami obcego państwa. A przynajmniej się z tym nie afiszowaliśmy 😏. Zostaliśmy tylko ostrzeżeni, że włażąc na rosyjską ziemię grozi nam nie tylko mandat, ale też oberwanie pałką ze strony rosyjskiego strażnika, bo ponoć czasem tak lubią komuś przywalić...

Znowu zostajemy sami. Czas na chłodzie płynie wolno, lecz wreszcie przychodzi godzina, kiedy trzeba podążyć na przystanek. Ubieramy się stosownie do pogody...


W autobusie pustawo, ciepło i sucho. I choć humory trochę siadły przez tych cholernych zimnych ogrodników, to ostatnie zdjęcie pokazuje, że duch w kompanii całkowicie nie upadł 😛. Tak więc, zaczynamy część mazurską tegorocznych Kresów!


6 komentarzy:

  1. "Komuś się tak spieszyło, iż zgubił klapek"
    Przecież to Kopciuszka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej Kubota :P

      Kopciuszka w klapkach nie wpuściliby na bal :D

      Usuń
    2. To daleki wschód - wpuściliby jak swojaka. ;-))

      Usuń
  2. A ja oblazłam całe to "koło" graniczne. Idiotyczny zakaz, by na jedną trzecią nie wchodzić, bo to Rosja... Jak dla mnie kompletna pierdoła, a czepiają się tego, jakby to wejście na Kreml co najmniej było... No ale wiadomo, muszą pokazać...
    Na szczęście nikt mnie nie spałował, choć, kto wie? Może po dziś dzień po monitoringu mnie szukają? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mnie kusiło ;) Ale uznałem, że wyjazd za drogo by mnie kosztował gdybym trafił na jakiegoś debila. Potem żałowałem, że chociaż ręką nie dotknąłem Federacji Rosyjskiej :P

      Usuń
  3. No i fajnie. Szkoda tylko, że pod koniec pogoda wyraźnie zdechła...

    OdpowiedzUsuń