czwartek, 12 maja 2022

Súľovské vrchy (2): Súľovské skaly i Súľov.

Najciekawszym fragmentem Sulowskich Wierchów (Súľovské vrchy)Sulowskie Skały (Súľovské skaly). Jak sama nazwa wskazuje jest to teren licznych skał występujących w najróżniejszych formach: turniach, maczugach, ambonach, masztach, bramach i tym podobnych. Jeśli dodamy do tego częste punkty widokowe, to można być pewnym, że jako turyści spędzimy tu czas miło i pożytecznie.

W przeciwieństwie do większości odwiedzających przybyliśmy w Sulowskie Skały od wschodu, niebieskim szlakiem z Podhoria. Po nieco wyczerpującym wspinaniu się wąwozem wzdłuż drewnianej Drogi Krzyżowej robimy odpoczynek pod wiatą na przełęczy Roháčske sedlo. Domek jest słusznych rozmiarów i nawet się zastanawiałem, czy czasem nie spędzić pod nim jednej z nocy.


Spodziewałem się, że na tym odcinku w końcu spotkamy jakiś innych wędrowców i rzeczywiście: ledwo się rozsiedliśmy, a pojawiła się pierwsza dwójka. Oczywiście z Polski.

Przejście Sulowskich Skał przeważnie oznacza zrobienie okręgu dookoła północnej części Kotliny Sulowskiej (Súľovská kotlina), gdzie w dole leży wioska Súľov-Hradná (jeśli chodzi o nazewnictwo, to Słowacy zbytnio się nie wysilali, ważne aby występował człon Súľov 😏). To właśnie w tę stronę skierowane są wszystkie punkty widokowe. I tu lekko pomarudzę - ponieważ często musiałem robić zdjęcia pod słońce, w dodatku z powodu jego promieni i wysokiej temperatury kolory są lekko pobladłe i mało efektowne. Aczkolwiek i tak wyglądało to pięknie!
 


Dotarliśmy na wysokość przekraczającą 700 metrów n.p.m., a więc nie grożą nam już wielkie podejścia. Pomykamy wzdłuż urwiska, czasem trzeba tylko wdrapać się na jakąś skałkę, aby nacisnąć spust migawki.
 

 
Poszarpane kamienie to szczyt Brada, najbardziej charakterystyczna formacja okolicy; podziwialiśmy ją z murów zamku Lietava. I tak sobie myślę - wczoraj były Laziská, dzisiaj Brada, ewidentnie nawiązanie do moich rodzinnych stron.


Powoli zmienia nam się perspektywa, bo jesteśmy na północnych ścianach ograniczających kotlinę.




Skały z daleka, ale też z bliska. Kształty rozmaite.



Wiele punktów widokowych częściowo już pozarastało, więc czasem trzeba się pomęczyć, aby zrobić zdjęcie bez gałęzi.






Na szczyt Brady nie można legalnie wejść, bo znajdujemy się w rezerwacie przyrody. Tuż pod nim ulokowany jest jeden z najlepszych punktów widokowych.



Przyznam się szczerze, że czasami miałem miękkie nogi, kiedy trzeba się było trochę wychylić 😏.


Jak już wspominałem - spodziewałem się zwiększonej frekwencji na szlaku, ale spotkaliśmy w sumie z dziesięć osób. Niektórzy ludzie koniecznie chcieli z nami pogadać.
- Skąd idziecie? Aż z Lietavy??! - nie kryli zdziwienia. - Ile wam to zajęło?
- Trzy godziny - niechcący trochę skłamałem, bo w rzeczywistości szliśmy pół godziny dłużej.
- To świetny wynik! - kiwała z uznaniem kobieta.
- Ale to tylko dziesięć kilometrów - tłumaczę, lecz nasi rozmówcy zaczęli nas traktować niemal jak jakiś superbohaterów 😏. Co prawda jako jedyni targaliśmy wielkie plecaki, ale bez przesady... Chcieli się jeszcze dowiedzieć, gdzie leży Koliba. Nie skojarzyłem o co chodzi i dopiero później przypomniałem sobie, że w dolinie jest taka knajpa, ponoć ze świetnym jedzeniem. Jak do niej dojść opisał inny facet, który pojawił się z wielkim psem - zwierzę trzeba było przywiązać, bo niebezpiecznie zbliżało się do przepaści.

Za Bradą właściwie kończą się punkty widokowe, a szlak zaczyna się mocno obniżać.


Jedna z nielicznych przebitek na to, co już za nami.


Na rozwidleniu szlaków o przykrótkiej nazwie Lúka pod hradom, prameň musimy zdecydować, czy schodzimy do wioski, czy wbijamy jeszcze na pobliski zamek Súľov. Przejście przez ruiny i skały nie jest wiele dłuższe jeśli chodzi o odległość, ale - według szlakowskazu - zajmie godzinę więcej. Co prawda pora jeszcze niezbyt późna, ale zmęczenie robi swoje, więc decyzję o wyborze dalszej drogi zostawiam Bastkowi. To bardzo sprytne rozwiązanie - będzie później można zwalić na niego winę, jeśli coś pójdzie nie tak 😛. Po krótkim zawahaniu Bastek sugeruje zejście do wioski. Zamek odwiedzimy jutro z rana i okaże się, że to był dobry wybór!

Teren się zupełnie wypłaszczył, więc metry połykamy szybko. Na jednej z polanek można podziwiać Bradę w większej swej okazałości.


Przed nami Súľov-Hradná (Szulyóváralja), miejscowość z myślnikiem, gdyż składa się z dwóch dawniej niezależnych wsi. My będziemy w części północnej, czyli w Súľovie.

Już na początku witają nas dwa zabytkowe obiekty. Pierwszy z nich to kościół Michała Archanioła, renesansowy z dobudowaną później wieżą. Drugi to tzw. Wielki Kasztel z początku XVII wieku, opuszczony i zaniedbany.



Kolory wreszcie zaczęły się robić bardziej soczyste.


W centrum wioski znajduje się druga świątynia - ewangelicka z połowy 18. stulecia, postawiona jako kościół artykularny, czyli w drodze wyjątku po spełnieniu określonych warunków. Jego dzisiejsza sylwetka to efekt przebudów.
Warto przy okazji wspomnieć, że obecny kościół katolicki także został wybudowany przez luteran i dopiero potem odebrano go w czasie kontrreformacji, jednak nie zmieniło to charakteru religijnego miejscowości - jeszcze w ubiegłym stuleciu opisywano obydwie wioski jako zamieszkałe głównie przez ewangelików.


Ponieważ odpuściliśmy zamek, więc dotarliśmy na tyle wcześnie, że zastaliśmy jeszcze otwarty sklep. Na słowackiej prowincji najczęściej działają one maksymalnie do godziny osiemnastej w dni robocze i do południa w soboty. W niedzielę otwarte są jedynie markety międzynarodowych sieci, a i to nie zawsze. I wiecie co? Słowacy żyją. Nie wyginęli, nie zostali bez zapasów i z pustymi lodówkami. Wspominam o tym, bo niektórym może wydawać się niepojęte, aby nie móc zrobić zakupów późnym wieczorem albo w sobotnie popołudnie.
Nadrobiony czas przeznaczamy na wypicie jednego małego przed sklepem.


Boczną drogą idziemy kawałek do góry, skąd można ocenić jak pięknie jest Súľov położony!


Wymyśliłem, że dzisiejszą noc spędzimy... na kempingu! Tak, nie w żadnych ruinach, w chatce czy w krzakach. Uznałem, że przyda się trochę luksusu w postaci ciepłego prysznica oraz zostawienia bezpiecznie namiotu i przejścia się na lekko na kolację.
W Súľovie jest kemping zlokalizowany przez pensjonacie. Nocleg pod dachem przekraczał nasze możliwości finansowe (zwłaszcza, że trzeba obowiązkowo zamawiać wyżywienie), ale pole namiotowe w cenie poniżej 10 euro za osobę to nie tragedia. No i te widoki...


Sprawy w recepcji załatwiamy szybko, jeszcze się dopytuję, czy jeśli rano pójdziemy na zamek, to nikt nam namiotów nie zdemontuję, bo przekroczymy czas wymeldowania się. Uśmiechnięta młoda dziewczyna mówi, że nie będzie żadnych problemów.

Na trawie oprócz nas stacjonuje jeden kamper i jeden samochód - ten drugi na bielskich blachach. Rozstawiamy namioty i idziemy się ogarnąć, a także wyłapać wszystkie minusy kempingu, a jest ich sporo. Po pierwsze - prysznic jest tylko na żetony, ograniczony czasowo. Na szczęście dostaliśmy po jednym darmowym żetonie w czasie rejestracji. Po drugie - innej ciepłej wody nie doświadczymy, nawet w kranie. Po trzecie - brak jakiegokolwiek gniazdka, oprócz tych płatnych. Po czwarte - brak jakiegokolwiek zaplecza kuchennego i tym podobnego. Po piąte - obiekt sanitarny to taka prowizorka, wieje spod drzwi i znad drzwi, nawet zamknąć się nie można. Słowem - bieda-kemping. Na plus trzeba docenić, że są ze dwa miejsca ogniskowe i jakieś skromne ławeczki.

Umyci i pachnący uderzamy do "śródmieścia" oddalonego o kilkaset metrów, gdzie wpadamy do restauracji, mającej trochę niższe ceny niż lokal przy kempingu. Wypytujemy panią o menu, a ta z głowy rzuca kilka pozycji. Wybieram smażony ser (czego zazwyczaj nie robię, bo dawno mi się przejadł), a Bastek boršč, który okazał się wariacją na temat kwaśnicy. Napiszę tak - szału nie było, ale brzuch się ucieszył z wizyty czegoś ciepłego.


Knajpa to centrum wieczornego życia wioski - oprócz turystów, których nie ma jakoś dużo, przesiadują miejscowi. Jeden dziadek dorwał pilota i przeskakuje z kanału na kanał, oglądając trzy mecze hokeja na raz i jeszcze zahaczając o wiadomości 😏.

Po wyjściu czujemy, że dzisiejsza noc będzie zimniejsza niż wczorajsza. Dużo zimniejsza. Już wcześniej pewien facet pytał się, czy nie zamarzniemy, ale wtedy wydawało się to żartem 😛. Tęsknym wzrokiem patrzę w kierunku świecących się okien pensjonatu, wypijamy po czymś szybkim przy mokrej ławeczce i ładujemy się do namiotów.

Fakt, było zimnawo, ale do zamarznięcia daleko. Wstajemy dość wcześnie, wszystko dookoła pokryte rosą, tropiki ociekają wilgocią, lecz z każdym kwadransem temperatura będzie rosnąć. 
Zjadamy szybkie śniadanie, a tymczasem kwadrans po ósmej na kempingu zjawiają się pierwsi nowi goście. Ciekawe, o której mieli pobudkę?

Wydawało się, że wkrótce niebo zrobi się czyste, ale nie - dużą jego część pokrywa chmurne mleko...


Na zamek Súľov wejdziemy od drugiej strony niż poszlibyśmy wczoraj - z parkingu przy drodze w Wąwozie Sulowskim (Súľovská tiesňava). I już tam spotykamy tyle samo ludzi, co w piątek przez cały dzień...
Zielony szlak już na samym początku zaczyna mocno wpiąć się w górę po kamieniach - w jednym miejscu Bastek musi wręcz podnieść mi nogę, abym wskoczył na szczyt. I od razu mówimy do siebie:
- Jak byśmy tutaj schodzili z plecakami? Byłaby masakra!
Po pewnym czasie dochodzimy do pierwszego dużego skupiska skał ze słynną formacją Gotycka brama (Gotická brána).


Patrząc na zachód widzimy w dole Jablonové (Almásfalu) i kamieniołom, a dalej dolinę Wagu i Jaworniki.



Brada od południowej strony.


Bywa wąsko, bywa stromo, bywa ciasno. Pojawiają się drabinki i metalowe kółka do łapania się (może kiedyś były tu łańcuchy?). Nie powiem, przydadzą się... I znowu wiemy, że wczoraj z plecakiem mielibyśmy niezłą przeprawę.


Wreszcie stajemy na nieco szerszej półce skalnej, czyli w miejscu dawnego zamku Súľov (Súľovský hrad, a wcześniej Roháč). Nie zostało z niego zbyt wiele, ale w końcu przestał być zamieszkały już w połowie XVIII wieku.



Największa jazda to wejście na zamek górny. Przejście przez przekutą skałę przy pomocy uchwytów, następnie dyndająca drabinka i przeciskanie się przez dziurę. Tak, przeciskanie się, osoby z większą nadwagą miałyby poważne problemy z przebiciem się 😛.
 



Z samej góry są też widoki, ale nie tak spektakularne, jak z wczorajszych skał, a po za tym w mleku nie robią większego wrażenia.



Zejście z zamku do przełęczy jest krótkie, ale także okraszone uchwytami i drabinkami.


Na szlakach robi się coraz większy tłum, więc nie ma co zwlekać, tylko trzeba wracać do Súľova. W wiosce zaglądamy przez kratę do kościoła oraz ponownie na sypiący się kasztel (jeden z trzech w miejscowości, lecz tamte są wyremontowane).



Ostatnie zakupy w sklepie, który zamykają punktualnie w południe (właściwie przedostatnie, gdyż jeszcze rzutem na taśmę wrócę się po piwo na drogę 😏) i uderzamy na kemping, gdzie namioty ładnie już przeschły. Pakujemy się niespiesznie, a tymczasem zjawia się coraz więcej weekendowych turystów. Także samochód z Polski, a ja próbuję odgadnąć, jaki jest cel ich wizyty. Prawdopodobnie kulinarno-telefoniczny, gdyż facet ciągle coś je, a dziewczyna nieustannie nadaje przez smartfona obdzwaniając kolejnych znajomych i informując, że żyje.

Jeszcze zdjęcie z faną i rozpoczniemy trzeci etap wędrówki majówkowej, podczas którego również nie będziemy się nudzić 😏.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz