piątek, 24 lutego 2017

Velký Javorník - góra z potencjałem

Tym razem postanowiłem pojechać z tatą dalej na zachód, na końcówkę Beskidu Śląsko-Morawskiego, a mianowicie w Veřovické vrchy. Ich najwyższym punktem jest Velký Javorník (nie mylić ze szczytem na Słowacji). Góra niby niewysoka (917 metrów n.p.m.), ale wybitnie odznacza się nad poziomem morza.


Dlaczego akurat tam? Przesuwając mapę dojrzałem wieżę widokową i schronisko. Aha, tam jeszcze nie byliśmy - pomyślałem od razu. Tereny te rzadko uczęszczane przez turystów z polskiego Śląska. Drugim powodem były zdjęcia wieży, na podstawie których od razu wykluła się myśl odnośnie przyszłej wyprawy, ale o tym potem 😊.

Morawska część Beskidu położona jest dalej od granicy niż jej śląska część, ale jedzie się tutaj dość szybko. Niewątpliwie powodem tego był też niedzielny poranek, kiedy to czeskie miejscowości wyglądają jak wymarłe; w Polsce ludzie śpieszą się na msze, a tam jedynie czasem jakiś pojedynczy osobnik przemknie pieszo albo samochodem...

Veřovické vrchy są dość pofałdowane. Mocne podejście, zejście do przełęczy i powtórka.


Parkujemy na pustawym parkingu przy ośrodku sportowym w mieście Frenštát pod Radhoštěm (Frankstadt). De facto powinno nosić nazwę "Frenštát pod Velkým Javorníkem", który leży bliżej, ale wiadomo, że Radhošť jest znacznie bardziej znany. Doskonale go widać z naszego miejsca postojowego.


Za parkingiem (słabo oznakowany dojazd) znajduje się kompleks skoczni narciarskich imienia Jiřího Rašky. Czechosłowacki mistrz olimpijski stąd pochodził i na tej skoczni także skakał. Pochowano go w skansenie w Rožnovie.


Po kilku rozbudowach największa skocznia ma punkt konstrukcyjny K-95. Kawałek dalej stoi kilka mniejszych.


Wchodzimy na szlak. Pogoda znacznie gorsza niż tydzień wcześniej, ale przynajmniej nie pada. Śnieg jest mokry, roztopiony, idzie się źle. Zaczynamy się ślizgać, więc szybko ubieramy raczki.


Tata kupił sobie niedawno nowe i właśnie je testuje. Rychło wychodzi, iż są za duże, mimo, iż teoretycznie mniejsze od moich. Ale diabeł tkwi w szczegółach - moje są węższe, tamte szersze i ciągle się zsuwają. Pomaga dopiero mocowanie przy pomocy sznurówek!

Na szlaku panuje lekki ruch. Okolica ta jest popularnym miejscem wypadów okolicznych mieszkańców.

Mijamy po drodze źródełko Mařenčina, związane z frenštáckim poetą Josefem Kalusem, opisującym piękno Wołoszczyzny Morawskiej (Valašsko), o której więcej pisałem podczas jesiennego wyjazdu w te rejony.


Kąsek dalej stoi kaplica loretańska wystawiona w 1902 roku przez niejaką panią Bumbalovą, żonę fabrykanta, w podziękowaniu za powrót do zdrowia. W 1978 roku władze chciały ją zburzyć, bo za bardzo przypominała... bunkier.


Co jakiś czas widzimy domki w pięknym, wołoskim stylu architektonicznym.


W miejscu wycinki pojawiają się pierwsze słabe widoki. Ogólnie to jednak widać, że tutaj znacznie mniej się tnie. Szkodniki nie przekroczyły Olzy, czy tylko "dobra zmiana" została zatrzymana?


Tymczasem widać też szczyt. Czeka nas spore podejście na dość krótkim odcinku.


Na polanie przed "ścianą płaczu" wreszcie coś widać w kierunku wschodnim: dość szeroką dolinę, ograniczoną z jednej strony pasmem Ondřejníka, a z drugiej szczytami Smrk, Velká Stolová i Kněhyně. Po środku usadowiła się Lysá hora, ale niemal cały czas wierch jest zachmurzony, a nadajnik niewidoczny.


Wspinaczka okazała się mniej straszna niż się spodziewaliśmy - w górę prowadziły zygzaki, miast pionowej kreski. Śnieg stał się zmrożony i twardy, więc i przyczepność od razu się poprawiła.


Tutaj jeszcze zima króluje w pełni 😊.


Po wyjściu z lasu uderza przestrzeń.


Ale to potem, najpierw zajrzymy do schroniska. A właściwie bufetu, bo nie udziela noclegów, a działa tylko do godziny 17-tej. Wybudowała je w 1935 roku Pohorská jednota Radhošť  - najstarsza czeska organizacja turystyczna w Austro-Węgrzech, założona w 1884 roku.

Schronisko było w ich rękach do 1950 roku, gdy wszystkie samodzielne twory górskie w komunistycznej Czechosłowacji zlikwidowano. Po aksamitnej rewolucji PjR reaktywowała się, ponownie biorąc w swoje ręce ten obiekt, który mocno wówczas niszczał.


W sezonie są tu tłumy i trudno się dziwić. Dziś dzięki gorszej pogodzie i wczesnej godzinie jeszcze nie jest tak źle i udaje nam się znaleźć miejsce siedzące w środku (później było to już niemożliwe).

Na kranie lany Radegast, jak niemal wszędzie w okolicy. Ostatnią czosnkową sprzątnęli nam sprzed nosa, lecz mają nakládaný hermelín! Pikantny, mniam! 😋


Zdarza się też nieszczęście, bo niechcący wylewam ojcu becheróvkę... Najbardziej zmartwieni wydają się Czesi ze stolika, taka strata... Na szczęście w barze jeszcze jej nie zabrakło 😉.

Ruch zwiększa się z każdą minutą, drzwi prawie się nie zamykają. Pełen przekrój turystów - od niedzielnych (w końcu taki mamy dzień tygodnia) spacerowiczów, przez ludzi w bardzo profesjonalnych ciuchach, na rodzinach z dziećmi kończąc. Tych ostatnich chyba jest najwięcej, łącznie z noworodkami karmionymi przy stole i tymi, które wkrótce przyjdą na świat. W sumie podziwiam panie w mocno zaawansowanej ciąży, bo z każdej strony czekało ich co najmniej jedno ostre podejście.


Pewien problem pojawił się w toalecie, ponieważ w męskiej znalazłem tylko pisuary... Uznałem, że trzeba skorzystać z damskiej, co nie znalazło uznania w oczach części osobników.
- Tam jest męska - pokazuje jakiś facet.
- Ale tylko z pisuarem - mówię.
- No i co z tego? - tamten zdziwiony.
Ahaaaa. Dobra, wolałem nie wnikać jak on korzysta z kibelka...

Po wyjściu kierujemy się do wieży odległej o kilkaset metrów.


Pierwszą taką konstrukcję postawiono na Javorníku w okresie międzywojennym, ale niszczała i rozebrano ją w 1967. W latach 2012-13 stanęła ta współczesna. Mierzy 25 metrów wysokości.


Przyglądając się zdjęciom w internecie od razu zauważyłem, że jej dół może być niezłym miejscem biwakowym! Wyjazd był okazją do zweryfikowania tego na żywo. Co prawda dolna część okazała się nieprzydatna, za to kolejne platformy jak najbardziej, zwłaszcza najniższa.


Na górze mocno wieje. Widoki ograniczone do około 20 kilometrów, bo w takiej odległości wznosi się Lysá hora




Na Słowacji trochę się przejaśnia, lecz do nas to nie dotrze. Ale iglaki i tak wyglądają pięknie całe białe.


Radhošť dzieli od nas ledwie 6 kilometrów, za nim Radegast, już dalej Čertův Mlýn i na końcu najwyższy Kněhyně. Białe paski to ośrodek narciarski Pustevny.


Na drewnianych tabliczkach oznaczono najważniejsze szczyty i miejscowości.


Zanim zejdziemy jeszcze kilka ujęć na kręcących się ludzi wokół schroniska oraz centrum Frenštátu.



Zdecydowanie wieża ma potencjał na nocleg z zachodem i wschodem słońca jak na dłoni. W sumie dobrze, iż schronisko zamykają tak wcześnie, bo wygoni to większość turystów.

Tymczasem zdjęcie ze wszystkim co tutaj najważniejsze 😉.


Schodzimy w przeciwnym kierunku skąd przyszliśmy. Początkowo szlak prosty jak od linijki.


Potem odcinek wąski, kręty, śliski i niebezpieczny. Niepotrzebnie go wybraliśmy, bo po drodze jest kilka leśnych dróg, które można wybrać jako alternatywę.


W dolinie znowu robi się szeroko i bardziej płasko, choć musimy trochę podejść. Obok płynie rzeczka Jičínka, dopływ Odry.


Przez jakiś czas idziemy szlakiem rowerowym. To właściwie konieczność, ponieważ nie było widać odbicia szlaku pieszego. Ogólnie to oznaczenie bywa tutaj kiepskie, czasem przez pół kilometra nie ma żadnego śladu, a potem kilka pod rząd. Bez porządnej mapy i orientacji w terenie ani rusz.

Robimy pętlę okrążając Velký Javorník i widzimy ponownie awangardę Beskidu Śląsko-Morawskiego oraz... dziurę w chmurach! Słońce próbuje się przebić.


Upodobało sobie jedno miejsce na którym się skupia - dolinę potoku Stolovec, między Velką a Malą Stolovą. Zastanawialiśmy się, czy ktoś tam bardzo pobożny skutecznie się modlił, czy może głosował na odpowiednią partię?



Śnieg robi się mokry, a to znak, że jesteśmy coraz niżej. Wkrótce pojawiają się pierwsze domy, a ścieżka zamienia się w asfalt.


Ludności tubelczej nie widać, czasem przemknie tylko jakaś biegaczka. Na jednym z pól stoją zaparkowane Zetory.


W pewnym momencie widzę, że i Lysá hora na kilka sekund znalazła się w promieniach słońca.


Radhošť nie miał tego szczęścia.


W okolicach parkingu roztopy i czuć wiosnę. Podejrzewam, że to ostatnia wycieczka w zimowych warunkach tej części roku. Szkoda.


Wracając do domu zahaczamy jeszcze o wioskę Vojkovice (Wojkowitz), już na Śląsku Cieszyńskim, za Frydkiem-Mistkiem. Znajduje się tam browar restauracyjny "U Koníčka".


Piwo smaczne i w dobrych cenach. Akurat trafił nam się sezonowy specjał - różowy 😲. Pomimo koloru to normalny goryczkowy pilsner, a nie jakiś radler.


A co do Javorníka - na pewno tam jeszcze wrócę podczas cieplejszej pory uzbrojony w plecak i śpiwór! Podejrzewam, że widoki mogą być znacznie dalsze niż w niedzielnej szarości. Ale wypad udany i cel zrealizowany 😊.

11 komentarzy:

  1. Fajne pasmo. Ich taki wyspowy charakter jak żywo przypomniał mi Góry Wałbrzyskie. Tym bardziej że Wielki Jawornik przypomina nieco Chełmca widzianego z Wałbrzycha, a i same wzniesienia mają zbliżoną budowę ;)
    Ładne też schronisko i oczywiście wieża. Ma ciekawą konstrukcję i miło że jest jednak drewniana. Coś takiego mogliby właśnie postawić np. na Smreku (w Izerach), bo to co jest wygląda jak jakaś nowa instalacja HAARP-a ;) Ja wiem, że metalowa wytrzymalsza, mniej problemów z konserwacją itd. ale...to już nie to.

    Najważniejsze że aura nie była najgorsza i udało się osiągnąć cel :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę na słowo z tymi Wałbrzyskimi, bo aż tak ich nie znam :) Metalowych nie lubię - zimne to, pioruny ściąga i w ogóle :D

      Usuń
  2. Fakt zima coś się za szybko wycofuje. Wróci w marcu?
    Wrzuciłem z ciekawości trasę do planera Michelina i wyszło tylko 125 km najkrótsza trasą. Kolejna okolica do przedeptania. Wieża z potencjałem, druga po przeciwnej stronie drogi ( na Radegaście).I ciekawe pastelowe bloki w centrum Frenštátu też warte obejrzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Radegaście (a właściwie Radhostie) jest chyba tylko nadajnik, widoki trzeba podziwiać z powierzchni ziemi.

      Co do zimy... oj, chyba będzie ciężko, wiosnę czuć nawet w górach :|

      Usuń
    2. Jednak w pobliżu Radegasta, nad przełęczą Pustevny jest , no może do wieży jej daleko, ale altana widokowa, z niezłym widokiem - jak się ma szczęście do widoczności.Radhošť (1129 m npm)jest oddalony o około 2,5 km od Radogasta, który jest niższy(1106 m npm).
      Radegasta nie lubię, jak i generalnie czeskich piw ale na górę chyba się wybiorę.
      Jak tylko skończy się sezon narciarski:)

      Usuń
    3. Radegasta nie unikniesz, leją go w prawie każdej knajpie tam :D Nie jest taki zły, jak na czeskiego koncerniaka oczywiście.

      Widokowo to tam jest całkiem sporo fajnych miejsc.

      Usuń
    4. A niech leją!Jakoś muszę jeszcze do dom wrócić a wiadomo że :řidič motorového vozidla nesmí požít alkohol nebo jinou návykovou látku během jízdy ani řídit po jejich požití v době, kdy by ještě mohl být pod jejich vlivem - na piechotę po całym dniu tuptania po górach to bym nie chciał.
      Wiadomo - fajny widok z góry to zawsze wisienka na torcie.

      Usuń
    5. Można spróbowac komunikacją publiczną, choć połączeń transgranicznych jest mało...

      Co do widoków - właśnie dlatego tak lubię ten Beskid, że nadal ma drzewa, a wycinek od groma mniej niż po polskiej stronie. Ciekawe czemu...

      Usuń
    6. Przy kilkudniowym wypadzie, opcja do rozważenia. Na jeden dzień - sprawa trudna. Poza tym jak się już człowiek rozbestwi to trudno mu się zmusić do porzucenia wygód. A wsiąść do autka po całym dniu łażenia to prawie jakby się już w domu było (◕‿-)
      Co do wycinki.Słowacy na ten przykład patrzą z zazdrością na gospodarkę leśną w Bieszczadach bo u nich tnie się na potęgę. Widać co kraj to ... inna piła.

      Usuń
  3. Kurcze, cały czas piszesz o miejscach, w których nie bylismy i lista gór do zdobycia powieksza sie z kazda Twoja notka :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby się nie powiększała to znaczy, że już wszystko zobaczyliśmy :)

      Usuń