poniedziałek, 5 czerwca 2017

Suwalszczyzna (3): od Lazdijai do Punskas

Lazdijai (Łoździeje) to niewielkie litewskie miasto, liczące około 5 tysięcy mieszkańców (trochę mniej od Sejn). Założył je w XVI wieku Zygmunt August. Atrakcji turystycznych tutaj nie ma, ale dla nas stanowiły ważny przystanek na trasie wędrówki po Suwalszczyźnie.


Chociaż z tą Suwalszczyzną różnie bywa - Litwini jej granice wyznaczają w innych miejscach, nieco bardziej na zachód. Dla nich ten region to Dzukia (Dzūkija), która swoim obszarem sięga do Polski, za Sejny aż po jezioro Wigry. Zatem w zależności od spojrzenia: wędrujemy z plecakami albo po ziemi suwalskiej (wersja polska) albo po Dzuki (wersja litewska) 😀.

Po kąpieli w jeziorze Baltajis ruszamy w końcu w kierunku miasta. Ale zanim tam dotrzemy zaglądamy do knajpki położonej przy głównej szosie na przejście graniczne w Ogrodnikach.


Połączenie spelunki z tanią restauracją dla kierowców, ale mają swojskie jadło. Na szczęście barmanka mówi po rosyjsku, więc wiemy, co zamawiamy, choć akurat słowa šašlykas i guliašas są zrozumiałe 😉. Do tego jeszcze cepeliny i można napełniać brzuszki na sympatycznej werandzie.


Litewska impresja 😉.


Gdy wychodzimy z powrotem na rozgrzany świat popołudnie wkracza w coraz późniejszą fazę... W pobliżu stoją zabudowania gospodarcze, w których wczoraj próżno szukaliśmy z Eco otwartej kawiarni.


Do centrum suniemy dokładnie tą samą ulicą, którą wracałem z Andrzejem wieczorem ze sklepu. Mijamy drewniane domy (niektóre pomalowane do połowy) i pięknie okwiecone drzewa.



Po lewej stronie znajdują się szerokie, solidne schody z poręczami - wchodzę po nich z Bubą zobaczyć co się za nimi kryje. Odnaleźliśmy resztki dawnego cmentarza ewangelickiego.


A to chyba targowisko, nieczynne już o tej porze.


Po zakupach w znanym nam markecie osiągamy wysokość rynku - plac Niepodległości (Nepriklausomybės). Stoi na nim pomnik poległych za Litwę w walkach w latach 1918-1920 (czyli z Polakami; w sierpniu 1919 roku na kilka dni Łoździeje zostały zajęte przez polskich powstańców w czasie tzw. powstania sejneńskiego, po czym Litwini je odbili). Wybudowany został w 1930 roku, przy okazji uczczono rocznicę 500 lat od śmierci wielkiego księcia Witolda. Sowieci go zburzyli, ale w 1990 roku pojawił się ponownie. Widoczny na monumencie podwójny krzyż to herb rodowy Jagiellonów.


Jako, że wysunąłem się na czoło grupy i wlazłem tutaj pierwszy, to rozpoczynam poszukiwania jakiegoś baru, w którym moglibyśmy wypić ostatnie litewskie piwo. Zgodnie z zasadą dedukcji zakładam, że przy rynku musi coś być. Jakiś facet widząc człowieka z plecakiem pokazuje na dość obskurny budynek i mówi, że to jest hotel.
- Nie hotel, piwo - kręcę głową.
- Piwo to z boku - uśmiecha się mężczyzna 😀.

Pod hotelem działa pizzeria pełna nastolatków wgapionych w swoje smartfony i z krzykliwymi teledyskami na telewizorze. Postanawiamy zostać na zewnątrz, wpadamy do środka tylko po napój z pianką, który jest strasznie drogi (ponad 2 euro!).


Mija doba, od kiedy Symena zabrała nas samochodem z przejścia granicznego w Ogrodnikach. Zapewne by się zdziwiła, widząc iż po 24 godzinach nadal jesteśmy w jej mieście 😀.

Zauważamy, że na rynku zaczyna się gromadzić młodzież, a punktualnie o litewskiej 20-tej rozpoczynają taniec w rytm muzyki puszczanej z ratusza. Ciekawe co to za tradycja, może maturzyści?


Kilkaset metrów dalej znajduje się kościół św. Anny z końca XIX wieku, należący w przeszłości do diecezji sejneńskiej. I to by było na tyle jeśli chodzi o zabytki w Lazdijai.


Na skrzyżowaniu ustawiono interesujący nas drogowskaz. Pojawia się polska nazwa miejscowości, co na Litwie jest raczej rzadkie.


Droga na Galiniai jest mało ruchliwa, szybko kończy się miejska zabudowana, reprezentowana m.in. przez zaniedbane wille/pałacyki.


Fotografujemy się przy słupku z numerem 1 - do granicy jest takich jeszcze osiem, a to oznacza, że do Polski dziś nie dotrzemy, zresztą nigdzie nam się nie spieszy.


Domy stoją coraz rzadziej, okolica robi się coraz bardziej sielska - typowe suwalskie pofałdowanie pól i łąk. Niektórym widać sam marsz z plecakiem nie wystarcza, bo wyciągają piłkę i zachęcają do gry 😉.




Pora szukać jakiegoś miejsca na nocleg: odbijamy w szutrówkę, a potem między trawy, słusznie oceniając, że za górką będzie osłonięte miejsce, w którym nikt nie będzie nas niepokoił.


Jedyny minus to pobliskie bajorko, które generuje dużą ilość latających upierdliwych stworzeń. Trzeba szybko rozłożyć namioty i rozniecić ogień.



Litewskie pamiątki z marketu 😁.


Noc jest chłodniejsza niż poprzednie, gdyż śpimy na częściowo odsłoniętym terenie, a bliskość wody też robi swoje. Poranek jednak znów wita nas słońcem oraz ciepłem. Aż się chce odbyć ranny spacer.



Tym razem udaje nam się zebrać zanim zegarki wskażą południe - pierwszy sukces dnia.


Wracamy do głównej drogi i - tradycyjnie - rozdzielamy się na dwie podgrupy, licząc na złapanie jakiegoś stopa. Nadzieje jednak są dla głupich, akurat w naszym kierunku prawie nic nie jeździ. Pozostają własne nogi, lecz jakoś specjalnie nie narzekamy, bo okolica jest przyjemna.



 

Teren nie jest zbyt gęsto zamieszkały - z rzadka widać tylko pojedyncze gospodarstwa. Jedyne miejscowości jakie są w zasięgu naszego wzroku, to położone na południe od drogi mikroskopijne Salos i Galiniai (Galińce).




Nagle widzimy na horyzoncie jakąś bramę i płot z drutu kolczastego - zachowany fragment sistemy, umocnień granicznych otaczających cały miłujący pokój Związek Radziecki.



Wygląda on jednak dziwnie świeżo, jakby niedawno odmalowany - ciekawe czy go wyremontowano, czy po prostu postawiono od nowa dla turystów i, ku pamięci, mieszkańców?


Wkraczamy do strefy, która przez pół wieku była niedostępna dla zwykłych śmiertelników. Asfalt też od razu robi się gorszy, jakby chciał podkreślić, że to nie jest normalna ziemia.


W krzakach stoją jakieś budynki - czyżby dawnych pograniczników. Jest też dom wyglądający na normalny, lecz chyba dawno lub w ogóle nie używany. Kto tu może mieszkać? Z dachu sterczy antena...


Za domem błyszczy tafla jeziora Gaładuś (Galadusys), drugiego największego na Suwalszczyźnie (pierwsze są Wigry). W tym miejscu nie widać jego wielkości, gdyż północna część jeziora stanowi wąską, długą wstęgę. Drugi brzeg to już Polska.


Czas na przerwę, zwłaszcza, że wypadałoby zaliczyć kąpiel. We wszystkie dotychczasowe dni wskakiwaliśmy do wody, więc i wtorek nie może być gorszy. Ale...

...nie tym razem! Gaładuś jest lodowate! Nie wiem, czy to z powodu jego wielkości czy z innych przyczyn - zamoczenie głębsze niż do kolan jest ponad nasze możliwości. Jedynie Andrzejowi po długiej walce z samym sobą udaje się zanurzyć, ale krótkie pływanie przerywają okrzyki wulgarnie komentujące temperaturę wody.


Kilkaset metrów dalej stoją słupki graniczne i... kończy się asfalt. Z polskiej strony na Litwę prowadzi szutrówka.



Pożegnalne zdjęcie z litewską symboliką.


Z boku - jeszcze na Litwie - do jeziora prowadzi drewniany pomost, którego użycie mogłoby zakończyć się połamaniem nóg.


Obok szutrówki stoi nowa tablica informująca o granicy państwowej - kolorystycznie przypomina te sprzed ery Schengen, tylko pozbawiona zakazów jej przekraczania. W ramach czepiania się analizuję celowość jej ustawienia... W środku lasu, gdzie nie widać zarośniętych słupków, może miałoby to sens ale tutaj? Kawałek dalej są wyraźne znaki o nowym kraju, jedynie ślepy mógłby ich nie zauważyć. No, ale państwo chętnie wydaje cudze pieniążki, a biorąc pod uwagę długość granicy, to ktoś na pewno zrobił niezły biznes na setkach/tysiącach takich tablic...


W Polsce zmienia się krajobraz - lasy ustępują miejsca łąkom i pastwiskom.


Patrząc na mijany drogowskaz przypomina mi się pewien poseł z pewnej partii, protestujący przeciwko dwujęzycznym napisom na niemieckich autostradach - że obok współczesnej nazwy polskiej pojawia się również ichniejsza, np. Wroclaw (Breslau), Szczecin (Stettin). Bo przecież drogowskazy mają zawierać tylko aktualne nazwy. Jak widać nie jest to wcale takie pewne...


W Sankurach (Sankūrai) ponownie pojawia się asfalt i polsko-litewskie nazwy miejscowości. W wielu przypadkach wystarczyłyby tylko te drugie, bo w niektórych wsiach gminy Puńsk Litwini stanowią prawie 100% mieszkańców.


Na skrzyżowaniu dróg prowadzących w kierunku Budy Zawidugierskiej (Vidugirių Būda) zrzucamy z Eco plecaki i rozsiadamy się w oczekiwaniu na Bubę i Grzesia, którzy zostali z tyłu.


Zastanawiamy się dokąd dzisiaj dotrzemy... Patrzymy na mapę - fajnie by było dojść do jakiegoś jeziora, ale najbliższe to Sejwy, czyli dość daleko.

Gdy jesteśmy już w komplecie od strony granicy widać zbliżający się samochód. Bez większej nadziei machamy rękami i... auto na litewskich blachach staje. Próbujemy się dogadać w jakimś ludzkim języku, ale okazuje się, iż kierowca mówi po polsku.
- Do Sejw nie jadę, mogę was podrzucić do Wojtokiem - rzuca z kresowym zaśpiewem.
- Dobre i to - patrzymy na mapę. - To już niedaleko Puńska.
- Ja jadę do Puńska.
- Możemy też do Puńska?
- Pewnie - zgadza się.
- No to super!
- A skąd idziecie?
- Z Lazdijai...
- A... z Łoździejów.
Początkowo zastanawiałem się czy polski Litwin, czy może Litwin tylko znający godkę znad Wisły, ale odmiana miasta po polsku utwierdziła mnie w przekonaniu, że to ta pierwsza wersja. Zresztą w samochodzie leciało polskie radio, w którym akurat opowiadano o ofiarach wczorajszego zamachu terrorystycznego...

Zaraz, zaraz, jakiego, kurna zamachu?! O niczym nie wiemy! Czy jak jadę gdzieś daleko to zawsze musi się wydarzyć coś tragicznego?! W czasie mojej pierwszej wizyty w Bieszczadach islamiści zabawiali się w Paryżu...

Szybko migają tablice kolejnych miejscowości. Trochę żal wiosek z pokręconymi nazwami i drewnianego dworca w Trakiszkach. Ale wszystkiego nie damy rady obejrzeć.

Po dwudziestu minutach wychodzimy z samochodu w Puńsku (Punskas). Zaoszczędziliśmy kilka dobrych godzin drogi. Z tej okazji postanawiamy się z Andrzejem trochę pościgać...


Cwaniaczek wystartował przed czasem i wygrał 😉.

Puńsk jest stolicą polskich Litwinów - stanowią 3/4 wszystkich mieszkańców. I widać, że to nie jest tylko statystyka podczas spisu powszechnego, jak choćby wśród śląskich Niemców - na ulicy słychać głównie litewski, w sklepie sprzedawczyni po polsku mówiła tylko do nas. Mamy wrażenie, że cały czas jesteśmy na Litwie i dopiero tablice na budynkach samorządowych przypominają, że jednak zmieniliśmy państwo.


Dom Kultury Litewskiej.


Jako, że stop przywiózł nas tutaj we względnie wczesnej porze, ruszamy na poszukiwania restauracji. Kierowca mniej więcej powiedział nam, gdzie jej szukać, pomaga również spotkany na ulicy dzieciak.

Udało się: nad jeziorem Punia stoi lokal, który serwuje kuchnię litewską. W tym roku wyprawa jest zdecydowanie pod wezwaniem lokalnych specjałów! Zamawiam bliny, chłopaki kiszkę stolco... ziemniaczaną, a Buba kartacze.


Po konsumpcji obiadokolacji ruszam na krótki spacer, aby rozejrzeć się po miejscowości. Puńsk był niegdyś miastem królewskim (prawo magdeburskie otrzymał od Władysława IV), ale w XIX wieku został zdegradowany do roli wsi i tak pozostało do dzisiaj.


Na głównej ulicy rząd niskich domków mieści sklepy i punkty usługowe.


Widoczny na zdjęciu poniżej obiekt zainteresował mnie z powodu podwyższenia gruntu - droga jest na wysokości okien. Dopiero potem okazało się, iż fotografuję... synagogę! Jest to prawdopodobnie jedyna zachowana drewniana bożnica żydowska na terenie Polski: ponieważ główny budynek został otynkowany, więc nie rzuca się zbytnio w oczy.


Wybudowano ją na przełomie XIX i XX wieku. W mniejszej dobudówce (po lewej) mieścił się cheder - szkoła talmudyczna. Obecnie synagoga jest w rękach prywatnych i przedstawia dość opłakany stan... dziwię się, że żadnym środowiskom żydowskim nie zależy na chociażby podstawowym  remoncie, gminie ta ruina także nie przynosi chwały.

W Puńsku przedwojennym Żydzi byli najliczniejszą grupą mieszkańców; mimo, że handel i usługi znajdowały się głównie w ich rękach, to tutejsi starozakonni należeli przeważnie do biedoty o bardzo konserwatywnych poglądach. Ich historia zakończyła się pewnego zimowego dnia 1939 roku, kiedy to Niemcy pognali ich na mrozie w kierunku granicy z Litwą.

Restaurację opuszczamy, gdy zaczyna się szarzeć - musimy wyjść z wioski, bo nad jeziorem Punia nie mamy szans się rozbić.

Tym razem ostatnie promienie słońca zaskakują nas na asfalcie...


Po przejściu kilometra rośnie z boku lasek - miejsce wygląda interesująco. Niestety, pola do niego prowadzące poprzecinane są kanałami. Buba testuje głębokość jedną nogą i bez plecaka od razu zapada się w wodzie po kolana... tędy nie przejdziemy!

Na szczęście kawałek dalej jest miedza, którą udaje nam się przedostać suchą stopą. Na polanie w lesie bez problemu rozstawiamy namioty, a w tym czasie Buba szuka drewna na ognisko - sprawdzony schemat realizowany co wieczór.

Teren jest tak pofałdowany, że dziś rozpalamy ogień w jamie, mamy więc dodatkowe zabezpieczenie antypożarowe 😏.


11 komentarzy:

  1. Oj .... widać się działo. Próbowałem czytać po litewsku, ale niestety bez zrozumienia :( Pewnie dogadać by się szło, wszak większość to mniejszość polska?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym rejonie akurat zadeklarowanej mniejszości polskiej nie ma (poniżej 2%), oni skupiają się w okolicach Wilna. Ale niektórzy znają jakieś pojedyncze słowa po polsku, np. w markecie pani na kasie wymamrotała "dziekuje" ;)

      Usuń
    2. Sprawdziłem dokładnie - w okręgu łoździejskim spis z 2011 roku wykazuje 77 osób deklarujących się jako Polacy, co stanowi 0,34 % populacji. Dlatego już po I wojnie światowej ten region przypadł Litwie i RP nie miała do niego większych pretensji terytorialnych.

      Usuń
  2. Ps. Ta kiszka stolcowa musiała być rarytasem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę PRL-em zajeżdza na tej Litwie, mam wrażenie ze jest tam troche biedniej niz w Polsce...Ale może to byc tylko takie moje spostrzeżenie :) Piwo litewskie dobre było? :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko powiedzieć po krótkich wizytach, ale: samochody takie jak w Polsce, jeśli nie lepsze (radzieckie to wyjątek), ludzie na biednych nie wyglądają :) Z tego co pamiętam, jak kiedyś jeździłem po krajach Pribalitki, to w głównych miastach wyglądało na bogaciej niż w Polsce, a na prowincji ciut biedniej.

      Natomiast co do piwa - byłem zachwycony, że w regionalnym markecie, było tyle różnych rodzajów i to że w puszcze! No i w normalnej cenie - w RP zazwyczaj piwa typu IPA, Witbier, Blondie są sporo droższe od jasnych pilsnerów...

      Usuń
    2. Co do biedy, Litwa sprzed ośmiu lat przypominała mi Ukrainę: rozsypujące się chałupy, na dachach anteny satelitarne a obok chałup wypasione fury. Ale drogi już wtedy były niezłe. Jak teraz to wygląda?

      Usuń
    3. Drogi nadal są niezłe, przynajmniej te główne. Łoździeje jak to miasto - walących się chałup za dużo nie było widać, ale sporo drewnianych, więc pewnie w polskiej nomenklaturze oznaczać to może "biedę", bo człowiek zamożny mieszka w nowym klocku ;) Domki na przedmieściach często nieotynkowane z gołą cegłą, ale zadbane, trawniki przystrzyżone, burdel od szosy niewidoczny. Gospodarstwa rolne podobne jak w Polsce, może mniej wypasionych traktorów.

      Litwinka która nas podwoziła narzekała na euro, lecz nie wiem czy rzeczywiście im podrożało wszystko, czy to efekt psychologiczny. Auto miała w miarę nowe, zachodnie - ogólnie to poradzieckich konstrukcji mechanicznych widzieliśmy może ze dwie :D

      Usuń
  4. Zawitałem latem do Puńska. Chciałem w sklepie spytać o drogę, a tu dwie panie gadają w obcym mi języku. Pewnie po litewsku. Po pytaniu zaraz przeszły na j. polski. Generalnie kraina bardzo życzliwych ludzi, takie odniosłem wrażenie po dwutygodniowym pobycie na Suwalszczyźnie i Podlasiu. Fajna relacja.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wschodzie jeszcze zachowała się ta życzliwość, obecna chociażby na Bałkanach. W mniejszych miejscowościach, bo w większych różnie bywa, już ludzie bardziej zmanierowani.

      Pozdrawiam również!

      Usuń