wtorek, 3 stycznia 2017

Sylwestrowy Beskid Sądecki, cz. I: Przehyba-Radziejowa-Eliaszówka.

Sylwester w górach? Dla jednych marzenie, dla innych przekleństwo. W sumie dawno w tym czasie nie byłem, gdyż rok temu zajrzeliśmy na szlaki dopiero w Nowy Rok wieczorem. W Beskidzie Żywieckim było bardzo mroźno ale też prawie bezśnieżnie.

W 2016 chodziło mi coś takiego po głowie, ale większość obiektów oferuje drogie pakiety kilkudniowe, które zmuszają do nocowania w jednym miejscu i w oficjalnej oprawie. Długo wychodziło więc, że ostatnia noc w roku spędzona będzie w nizinach, a tu nagle zwolniło się kilka miejsc w chatce w Beskidzie Sądeckim. Szybka burza mózgów, decyzja i... wpłata zaliczki 😉. Później okazało się, iż odwoływane rezerwacje były wręcz normą w schroniskach, więc jeśli ktoś chciałby podjąć decyzję w ostatniej chwili, to też miałby szansę.

W okresie świąt pojawił się problem w postaci "warunków na szlaku". Nigdzie nie szło się dowiedzieć jak one wyglądają po ostatnich opadach śniegu. GOPR swój aktualny komunikat miał sprzed dwóch tygodni. Schroniska milczały o tym jak zaklęte (poza nielicznymi wyjątkami). Relacje ludzi były sprzeczne. Obsługa Hali Łabowskiej (gdzie początkowo mieliśmy pójść na pierwszy nocleg) powiedziała telefonicznie, że śniegu dużo, ciągle pada i raczej nie jest przetarte.

W takiej sytuacji zdecydowaliśmy się na wariant bezpieczny i pojechaliśmy z Neską w ostatni czwartek 2016 roku do Gabonia. A tam śniegu jak na lekarstwo! I szarówa.


Może u góry będzie wyżej? Bo jeśli tak wyglądają "zasypane" szlaki to niepotrzebnie zrezygnowaliśmy z Łabowskiej - przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Neska z kolei się cieszyła, bo od kilku dni miała stresa, iż spotka nas jakaś katastrofa z użyciem GOPR-u, więc teraz przynajmniej mogła iść bez duszy na ramieniu :D.

Narciarski szlak Gaboń-Przehyba liczy 7 kilometrów. Niby niewiele. No to idziemy. Po drodze mijamy kilka wiat postawionych dla użytkowników dwóch desek, ale w cieplejszym okresie mogą być niezłe do wykorzystania przez piechurów.


Z góry schodzi kilkanaście osób - pojedynczo i w grupach. Jeden z narciarzy mówi, że szlaki na grzbiecie są przetarte, a śniegu umiarkowanie. No to już wiemy, iż jutro nie będzie problemów. Najwyraźniej na Hali Łabowskiej spadł metr białego więcej albo ktoś inaczej wyobraża sobie trudne warunki...

Droga dłuży się niemiłosiernie, zwłaszcza, gdy zaczynają  się zygzaki. W pewnym momencie mija nas grupa quadowców... Ostatnio chodziłem albo po Czechach albo w terenach, gdzie jazda jest niemożliwa, więc odzwyczaiłem się już trochę od tych debili. Witamy ponownie w polskich Beskidach!

Robi się ciemno, między drzewami widać cywilizację.


Nad nami migają czerwone lampy nadajnika na Przehybie, lecz końca szlaku nie widać. Niczego nie widać. Mimo, że podejście nie było jakieś straszne to męczyłem się strasznie, głównie psychicznie...

W końcu po prawie trzech (!) godzinach osiągamy drzwi schroniska Przehyba.


Obstawiałem, że w środku albo będą tłumy albo pusto. Na jadalni kilka osób, które szybko się zbierają. Na noc zostajemy sami!

A sam obiekt? Cóż... Nocowałem tu bodajże w 2007 roku i pamiętałem, że było raczej średnio. Teraz obsługa też zajęta swoimi sprawami, nie jest niemiła, tylko obojętna. Jedzenie ujdzie, ceny też. Natomiast zirytowała mnie sytuacja z prysznicem - gdybym przypadkowo nie chciał sprawdzić jak wygląda w środku to nie byłoby nam dane z niego skorzystać, gdyż... zamknięto go na klucz!

Schodzę do recepcji i mówię jak jest.
- I bardzo dobrze, wodę trzeba oszczędzać - rzuca nieprzyjemna kobieta w biurze. No tak, nasza dwójka mogła przecież lać się godzinami wrzątkiem i wszystko zmarnować... Dostaję łaskawie klucz, ale mam go zwrócić do godziny 20-tej (czyli za niecałe dwa kwadranse)... Rzecz jasna nigdzie nie ma żadnej informacji o takich drobiazgach.

Prysznice uskuteczniamy w pośpiechu, ale na dole i tak już nikogo nie ma. Klucz zatem przenocuje u nas do rana.

A rano? Wcześniejsze prognozy mówiły o pięknej pogodzie, natomiast w czwartek zaczęły się one gwałtownie zmieniać na gorsze - wynikało z nich, że może być sporo chmur. Jako zawodowy pesymista jęczałem, że będzie kicha, natomiast Inez z wrodzonym optymizmem przekonywała o cudnościach, które nas czekają. Miała rację!


Dostaliśmy pokój z takim widokiem z okna, więc o 7-mej rano nie musieliśmy nawet nigdzie wychodzić 😃. W sumie samego słońca nie widzieliśmy, tylko jego poświatę. Oczywiście najbardziej rzucały się w oczy Tatry, choć lekko przysłonięte drzewami.



Z lewej pasmo Niżnych Tatr z Kráľovą hoľą ozdobioną nadajnikiem (odległość około 70 kilometrów).


Znacznie bliżej, gdyż w okolicach dychy, Małe Pieniny z Wysoką, a za nimi słowackie Góry Wołoskie (Volovské vrchy) w Rudawach. Wszystko to z mgiełką w dole, którą początkowo braliśmy za efekt naturalny, ale z każdą kolejną godziną silniejsza stawała się opcja, że to efekt patriotycznych działań ekologicznych - czyli smog.


Wróciliśmy do snu na dwie godziny, aby potem zachwycać się porankiem w pełni.



Pakowanie, śniadanie i o 11 ruszamy w drogę. Przy takiej pogodzie aż się chce iść!




Według Neski szlak (GSB) w kierunku Radziejowej miał być bardzo nudny. Z moich odwiedzin sprzed lat pamiętałem głównie las, ale minęła przecież cała dekada! Okazało się, że po drodze jest wiele miejsc jeszcze bardziej widokowych niż spod schroniska!




Nad Małymi Pieninami pasmo Magura Spiska (15 kilometrów od nas).


Z rzadka pojawiają się widoki w drugą stronę, na pasmo Jaworzyny w dalszej części Beskidu Sądeckiego.


Radziejowa ze Złomnistego Wierchu.


Inez ciągle sprawdzała położenie, licząc na to, że już niedaleko 😉.


Po dwóch godzinach docieramy pod wieżę najwyżej góry Sądeckiego. Oprócz nas pojawiło się tutaj trzech skuterowców, którzy zniszczyli wydeptany szlak!


Wdrapujemy się na górę. Las powoduje, że panorama nie jest tak efektowna jak na otwartych przestrzeniach. Niemal ze wszystkich stron widać też, iż doliny oddzielone są białą zaporą.




Najwięcej tego jest wokół Trzech Koron. W Szczawnicy i okolicy muszą mocno hajcować na końcówkę roku.


A co widzimy czego nie było na Przehybie? Gorce jak na dłoni: Lubań z wieżą i Turbacz.


Lubań jest blisko (20 km). Za nimi niemożliwa do pomylenia (choć nam się kiedyś zdarzyło) Babia Góra (78), Pilsko (93) i Romanka (99 kilometrów).


Najdalszym pasmem jakie dojrzeliśmy była Mała Fatra - wybijający się Stoh i Rozsutec (ponad 110 kilometrów).


Jeszcze musi być fana!


Tatrzańskie ostatki.


Schodzimy, bo na wierchu piździ okrutnie. Zakładam komin i do tego grubszą czapkę, co Inez komentuje: "Gorzej wyglądać już nie możesz" 😛. Optymistka 😉.

Fot. Inez.
Najwięcej wchodzenia już za nami, teraz głównie w dół. Nadal jest pięknie, wręcz bajkowo!


Wielki i Mały Rogacz. To na szczęście nie ten Rogacz z Beskidu Małego, gdzie mieści się chatka, która "nie jest chatką studencką"!


Dolina Małej Roztoki.


Nad Tatrami utrzymuje się dziwne chmura, przypominająca rozciągnięte UFO. Wisi tam już od dłuższego czasu. Niechybnie jakiś obcy rząd coś rozpyla, aby osłabić zdolności reprodukcyjne obywateli RP.


Czasem mijamy fajne znaki dla narciarzy, lecz tych prawie nie ma. Za to pieszych dość trochę się kręci - w sumie z kilkadziesiąt osób wykorzystujących znakomitą pogodę.


Za Małym Rogaczem.




Przyznaję bez bicia, że chyba pobiłem swój rekord dzienny orgazmów 😋. Dobrze, że jednak nie poszliśmy na Halę Łabowską!


Polana Litawcowa reklamowana jest jako punkt widokowy na Tatry, więc przyciąga turystów z drugiej strony.



Początkowo zastanawialiśmy się czy nie iść od razu na Eliaszówkę zaliczyć zachód słońca. Ale nie ma szans - nie dalibyśmy rady. Zatem z przełęczy Gromadzkiej schodzimy trochę w dół do "bacówki" Obidza, serwującej smaczne jedzenie w rozsądnych cenach.



W tych okolicach ruch jest większy, docierają ludziska z licznych pensjonatów Kosarzysk i Piwnicznej. Jednak oni wszyscy po obiedzie wracają do siebie, a my w nadciągającym zmierzchu wchodzimy na zielony szlak graniczny w kierunku Eliaszówki. Momentami jest kiepsko oznaczony, więc trochę szukamy; nieprzyjemnie się idzie po drodze, którą wyrównywał ratrak pobliskiego ośrodka narciarskiego.



Napotykamy chatkę z której po ujadaniu psa wychodzi gospodarz. Gawędzimy z nim chwilę i idziemy dalej. Ten szlak przypomina wczorajszy z Przehyby - zdaje się nie mieć końca, a w ciemnościach okolica wygląda cały czas tak samo. Niby idziemy granicą, lecz spotykamy tylko jeden słupek.


Wreszcie dołazimy do wieży na Eliaszówce. Gramolę się na nią niepotrzebnie - widzę tylko nieliczne światełka w dole w Kosarzyskach oraz odległego wyciągu. Trzeba tu wrócić w dzień. Mamy jeszcze z pół godziny drogi, z tego końcówka specyficznym szlakiem chatkowym oznakowanym odblaskami :D.


Chata Magóry to nasz cel. Prowadzona przez Andrzeja (Jędrka), który kiedyś siedział na Metysówce w Gorcach, i jego żonę Olę. Początkowo czujemy się trochę niepewnie, gdyż jadalnia z kuchnią wygląda jak czyjeś mieszkanie, lecz tak właśnie ma być :). I znów jesteśmy jedynymi nocującymi!

Miejsce z klimatem, ale o tym jeszcze napiszę w odcinku o samym Sylwestrze i Nowym Roku.


6 komentarzy:

  1. Chyba pierwsza Twoja relacja gdzie nie narzekasz na widok Tatr, ale jak się trafia na takie warunki to przecież można o tym zapomnieć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatry jak Tatry, bardziej mnie interesowało co widać z boku :) Na początku nie byliśmy nawet pewni, czy za nimi są Niżne, gdyż o świcie wieża na Kralovej była bardzo niewidoczna :)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Grudzień im sprzyjał (pomijając Lysą horę) ;)

      Usuń
  3. Widoki - cudo! Zdjęcia nie gorsze. Widzę, że mamy podobny stosunek do quadów w górach czy w lesie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest zaraza :| Do tego występująca tylko w Polsce - tzn. ja przynajmniej nie spotkałem się z quadami czy skuterami w okolicznych państwach, aczkolwiek nie wątpię, że np. na takiej Ukrainie mogą być. Niszczenie przyrody, smród, hałas, zagrożenie dla zwykłych ludzi. Do tego bierna postawa służb policyjnych i miejscowych - ale jest tajemnicą poliszynela, że policjanci lub ich znajomi sami rozjeżdżają góry...

      Usuń