środa, 9 marca 2016

Sądeckie marcowanie - od Rytra do Wierchomli

Przyszła pora na Beskid Sądecki. Dawno tam nie byłem. Półtora roku temu z krótką wizytą pod Bereśnikiem. A w tej części położonej na wschód od Popradu jesienią 2008 roku... tutaj najlepiej wychodzi jak szybko czas mija, bo wydawało mi się, jakby to było wczoraj!

Autobusem z Krakowa jedziemy w kierunku gór. Czas umilam sobie podglądaniem tabletu kobiety siedzącej rząd wcześniej - a tam różne sensacyjne filmiki typu "Wielkie pakowanie walizki 2,5 latki - stylizacje"...

Na przystanku w Rytrze opieprzam jakąś babkę, która tarasuje przejście. W sumie to tarasował jej mąż, ale ona stawiała stopy tam gdzie moje. Ma za swoje! 

W końcu wychodzimy.

Rytro. Niezbyt interesująca wioska nad rzeką.


Z paskudnym współczesnym kościołem oraz urzędem gminny przypominającym sklep osiedlowy.


Szukamy jakiegoś lokalu do konsumpcji - jedynym okazał się zajazd PTTK, który zresztą polecała nam znajoma z forum. Działa w jednym budynku razem z krematorium.


Jedzenie znośne, ceny akceptowalne, koncerniak rozwodniony. Norma.

Robimy jeszcze szybkie zakupy, a ja z żalem spoglądam na miejsce gdzie kiedyś stał Zajazd Ryterski. Klimat jak z PRL-u, smaczne żarcie i tanio. Stołowałem się tam w 2007 roku. Dziś w jego miejscu budują coś "tyrolskiego".


Za Popradem (to już administracyjnie Sucha Struga) zaczyna się ostre podejście czerwonym szlakiem (fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego), początkowo po asfalcie. Na rozstaju zrzucam plecak i na lekko idę w kierunku ruin zamku. Po drodze słaby widok na przysiółek Majchry.


Na zamku nie byłem wcześniej i widzę, że niewiele straciłem. W skutek ciągłych konserwacji wygląda obecnie jakby większa jego część była wykończona niedawno. Pewnie obudowali starsze mury, ale wali kiczem, przynajmniej dla mnie.


Po powrocie do rozstajów i plecaków uderzamy w las. Ściana płaczu - tak wszędzie straszą. Fakt, pamiętam, że podejście było ostre, ale nie płakaliśmy ;).


W przysiółku Za Halą wita nas czarny, zły pies. Nic nie robi na nim wrażenia.


Na polanie Kretówki robimy postój piwkowy. Widoki umiarkowane, delikatnie mówiąc. Robi się zimno, zwłaszcza, że jesteśmy spoceni.


Na szczęście najgorsze podejście już za nami :). Został kilkudziesięcio-minutowy odcinek z krótkimi fragmentami śniegu. Około 17.30 z mroku wyłania się chata Cyrla.


Pierwszy i ostatni raz byłem tutaj podczas tego samego wypadu, gdy stołowałem się w Zajeździe w Rytrze. Wspomnienia nie są zbyt przyjemne, bo początkowo nie chciano nam udzielić noclegu, proponując powrót do miejscowości albo nocleg w szopie przy minusowej temperaturze. W końcu się zlitowali, lecz niesmak pozostał. Ciekawe jestem co będzie teraz, bo na forach pełno zachwytów nad tą miejscówką.


W środku pusto. Co prawda przy schodach stoją jakieś cudze buty, ale to chyba podpucha ;). Wita nas facet z napisem "gówno prawda" i symbolem Gazety Wyborczej - to tak na zachętę dla prawdziwych Polaków :). I od razu zgrzyt - rezerwowany był pokój bez łazienki - pani z telefonu dokładnie to potwierdziła. A teraz wmawiają, że takie pokoje są tylko z łazienką, oczywiście droższe! Hmm - cenniki w schronisku i na stronie www mówią co innego... Więc albo pani przyjmująca rezerwację nie wie jakie ma u siebie pokoje i wszystkie możliwie cenniki są błędne, albo... dokończcie sobie sami :zly.

W jadalni ciepło, lecz zero klimatu. Jak w restauracji jakiejś.


Obsługa uprzejma, ale na dystans (od razu poznałem faceta, który nas kiedyś nie chciał przenocować :P). Na plus - baaardzo smaczne jedzenie! Ceny raczej wysokie, lecz na tle innych schronisk nie rekordowe. Napitki z kolei najniższe na tym weekendzie.

Są i koty.


Oraz dwa psy. Ten starszy śpi na podłodze w starej części schroniska, gdzie i my kiedyś spaliśmy - dokładnie na tych samych kafelkach.


Nie rozumiem skąd fascynacja Cyrlą - według mnie klimat tutaj jak w pensjonacie, a nie w schronisku górskim. Dobre jedzenie i czystość to nie wszystko...

W sobotę mieliśmy nadzieję na poprawę pogody - prognozy mówiły o 7 godzinach słońca. Dupa! Fakt, jest trochę jaśniej niż wczoraj, lecz czystego nie ma za grosz, w dodatku zerwał się bardzo silny wiatr.

Cyrla w roku 2007 (zdjęcie z Wikipedii, ale mojego autorstwa):


Cyrla w roku 2016 (zdjęcie z komputera, ale mojego autorstwa):


Stara część jest nadal dobrze widoczna, reszta... hmmm, można pominąć.

Na szlaku wieje coraz mocniej. Masakra, widać świeżo połamane drzewa. Nie podnosi to na duchu. Gdy dochodzimy do grani i połączenia ze szlakiem niebieskim pojawia się trochę śniegu.


Dalsza wędrówka byłaby bardzo fajna, gdyby panowała słoneczna wiosna albo ogólnie inna pogoda. A tak z widoków nici, usiąść nie ma jak, gdyż łeb urywa, najcieplej też nie jest.


Czasem widać słabo Radziejową, którą początkowo wzięliśmy za... Babią Górę :).


Niektóre odcinki dają namiastkę zimy stulecia.


Jest nawet bałwan Adolf - hajlować już umie, do polityki się nadaje ;).


Poza jednym dość krótkim postojem za Halą Pisaną, gdzie schroniliśmy się za drzewem, to cały czas mozolnie do przodu.


Po niecałych trzech godzinach osiągamy Halę Łabowską. Co tu jestem, to schronisko wygląda bardziej nowo. Pieniądze unijne, o czym świadczy szpetna tablica (świadczy też o braku znajomości geografii przez urzędników).


W jadalni Łabowskiej zimno jak zawsze i atmosfera sterylna. Siedzi trochę turystów, gdyż do tej pory spotkaliśmy ledwie kilku.


Przy okazji okazuje się, iż w prognozie pogody zmienili siedem godzin słońca na dwie. Pewnie już są za nami.

Druga część dzisiejszej trasy jest mniej widokowa i bardziej monotonna (kiedyś poważnie uszkodziłem tam sobie kolano, próbując zaatakować kolegę ;)).

Gdzieś daleko czasem przebija słońce.


Zatrzymujemy się na coś mocniejszego przy wiacie, jedynej znanej mi w Beskidzie Sądeckim. Nadal solidna, lecz dookoła pełno śmieci. Co z tego, że ustawiono śmietnik, skoro Lasy Państwowe dawno go nie opróżniały?


W końcu widzimy węzeł szlaków pod Runkiem. To musi być bardzo niewymiarowy szczyt, bo PTTK sama gubi się w jego wysokości.


Ostatni krótki odcinek to zejście do bacówki nad Wierchomlą, przy której jesteśmy przed 18-tą. Na ciemnym niebie lekkie, czerwone paski.


W bacówce pusto. Ale nie na długo. Pani z okienka informuje nas, że jako nocujący mamy prawo do zniżek na piwo i jedzenie :). To fajny zwyczaj jeszcze z czasów Artura, legendarnego dzierżawcy sprzed dekady. To na jego pożegnaniu byłem tutaj ostatni raz. Eh, były czasy...

Za oknem widać sznur latarek - nadciąga SKPB Kraków z kursantami. Spora grupa, mało integrowalna z obcymi. No cóż, trzeba radzić sobie bez nich ;).


Kursanci mają jakiś test, ale to dopiero czwarty miesiąc, więc ich wiedza była jeszcze niezbyt imponująca. Mam nadzieję, że to nadrobią, bo nie chciałbym być prowadzony przez przewodnika, który myli Krościenko z Krosnem :).

W niedzielę rano pogoda jest ciut łaskawsza - nawet widać trochę niebieskiego. I nawet panorama lepsza.


Niedługo, bo szybko się zaciąga, jednocześnie widać dalej. Na szczęście Taterek niet.


Kilka słów o bacówce: niestety, dopadła ją zmora wielu schronisk, a mianowicie dobudowanie zadaszonej werandy. Zniekształciło to jej sylwetkę, dawnego spichlerza ze Złockiego. 


Wolałem starszą wersję.


Ogólnie to pozostał w bacówce częściowy klimat sprzed lat, szkoda tylko, że po podłączeniu do prądu nie ma już wieczorów przy świecach...

Nie tylko my uważnie wyglądamy przez okno ;).


Zdjęcie z faną i pożegnanie czerwonych spodni :( Przeżyły swoje, zwłaszcza, że zdobyłem je na kimś innym ;).


W czasie śniadania w schronisku zjawia się sporo osób w strojach dowolnych, łącznie z wysokimi obcasami i fikuśnymi sweterkami. Zapewne wjechali z dołu wyciągiem i przeszli kawałek do nas, pocąc się niemiłosiernie.

A my schodzimy czarnym szlakiem - na przemian śliskim i oblodzonym. Mija nas jakiś szalony wbiegacz. 


Po niecałej godzinie dochodzimy do potoku Wierchomlanka.


Wkrótce potem pojawiają się zabudowania, głównie osady turystycznej przy kompleksie narciarskim w Wierchomli Małej. Mijamy grupki narciarzy i nadmiernie przyjaznego psa. Daremnie szukamy jakiegoś sklepu, nic nie ma. Planowaliśmy jeszcze przejść się do Wierchomli Wielkiej i zobaczyć dawną cerkiew, ale skoro na przystanku stoi busik to wsiadamy do niego, tym bardziej, że od jakiegoś czasu lekko siąpi.

Powrót w Sądecki uważam za udany, choć pogoda mogłaby być zdecydowanie lepsza!

1 komentarz:

  1. Zazdroszczę wycieczki, ja ostatnio odwiedziałem ekologiczny wypas owiec polecam!

    OdpowiedzUsuń