czwartek, 17 stycznia 2019

Jak zdobyłem Wichren...

W opozycji do tego, co obecnie wyprawia zima w górach, postanowiłem wrzucić tutaj wspomnienie z upalnego sierpnia 2013 roku, kiedy to zajrzałem w bułgarskie góry Piryn (Пирин). Jest to drugie najwyższe pasmo kraju, a ósme na kontynencie.


Największe miasto podgórskie to Bansko (Банско), nazywane czasem bułgarskim Zakopanym. Widać ktoś musiał bardzo tej miejscowości nie lubić, choć podobieństwo jest uderzające.



Bansko przywitało nas spokojem, pustymi ulicami, lokalami ze smaczną kuchnią oraz licznymi niedokończonymi hotelami na obrzeżach. Budowano na pałę, zaczął się kryzys ekonomiczny i wszystko stanęło.

W góry prowadzi droga asfaltowa; pniemy się ostro, przez kilkanaście kilometrów ciągłe serpentyny, ale szosa jest niezłej jakości. Jedynym minus to fakt, że większość aut już zjeżdża, więc co chwila trzeba kogoś przepuszczać na winklach.

Obok pola namiotowego (a właściwie kawałka piętrowego trawnika) przy schronisku Bynderica (Бъндерица) zabieramy na stopa jakąś małomówną parkę. To znaczy coś mówią, ale nie bardzo kojarzę język - ni to francuski, ni hiszpański, mocno chrapliwy.   

Dojeżdżamy najdalej jak się da - do schroniska Wichren (Вихрен) na 1950 metrów - parking tutaj skromny, ale udaje mi się wcisnąć wóz. Facet z recepcji, dowiedziawszy się, że chcemy spać dwie noce, daje nam domek kempingowy, w tej samej cenie, co zbiorówka (kosztowało to wówczas 12 lewów od osoby, czyli jakieś 25 złotych). Jedyna trudność, to przepaść zaraz za drzwiami, trzeba uważać, aby nie polecieć 😏.

Samo schronisko zrobiło na mnie dobre wrażenie - z racji łatwego dojazdu trochę tutaj przypadkowych osób, ale wieczorem zostają piechurzy. Tanio w bufecie, napitki trafiły się najtańsze na całym wyjeździe. Z negatywów - brak było kontaktów, tak więc doładowanie czegokolwiek było możliwe po dogadaniu się z kuchnią.


Jest już późnawo, więc dziś robimy tylko rozruch - doliną rzeczki Byndericy idziemy w kierunku ogromny kotłów lodowcowych, gdzie na wysokości 2230 położone jest Muratowo ezero (Муратово езеро).   

Początkowo zachmurzone niebo po jakimś czasie ponownie dopuszcza do głosu słońce... 



Szlak jest prosty i chyba popularny, bo mijamy wielu turystów wracających do schronu - im dalej jednak tym puściej. Spotykamy też zabiedzonego osła i nie mam tu na myśli żadnego polskiego polityka. 

Po wdrapaniu się rumowiskiem dochodzimy do jeziorka. 



Jest tu rozbity namiot (podobnie jak inne - nielegalnie, bo to PN). Bułgarski marynarz opowiada, że był w Gdyni i pyta się, czy podoba nam się w Pirynie. Oczywiście, że tak!   
- W Polsce to chyba nie macie gór? - pyta.  
- Mamy, ale nie takie. Na przykład. Tatry...  
Facet tylko wybałuszył oczy - jak widać jego znajomość nie sięgała Giewontu 😏 (to komentarz do przekonania wielu ludzi, iż Tatry są znane na całą Europę - nie, nie są. To jedynie niewielki fragment Karpat i tyle).   

Wracając do schroniska zaglądamy jeszcze do innego, mniejszego jeziorka - Okoto (Oko). Tutaj stoi kilka namiotów i więcej osób. 


W kolejny dzień wita nas piękne słońce. Cel dziś mamy jeden - szczyt o takiej samej nazwie co schronisko, czyli Wichren. Będzie to próba pobicia mojego dotychczasowego rekordu wysokości (do tamtej pory było to 2469 po wejściu na Galdhøpiggen w Norwegii).

Wichren dobrze widać z dołu, ładnie oświetlony.



Szlak od tej strony nie ma większych trudności technicznych, trzeba tylko zaliczyć odpowiednią liczbę metrów podejścia. O tym, że godzina do wymarszu jest właściwa, świadczą podjeżdżające busiki, z których wysypują się turyści. Trochę przerażony patrzę na ludzki potok ruszający w górę, ale na szczęście trasa jest na tyle rozległa, że wszystko się rozejdzie i będzie jeszcze wiele miejsc na spokojne kontemplowanie przyrody.   

Początkowy odcinek to kosówka i osuwiska... 



W pewnym momencie stajemy na rozdrożu. 


Zawierzamy znakowi malowanemu - w końcu jest trwalszy. Niestety, wyprowadza nas na manowce w postaci rumowiska skalnego. Trzeba się cofnąć i iść za leżącą tabliczką, gdzie wkrótce dochodzimy do rozwidlenia szlaków - jeden czerwony w lewo, drugi w prawo - obydwa na szczyt (na niektórych mapach zaznaczony jest kolor niebieski). Ten w lewo jest łatwiejszy.


Po jakimś czasie krzaki zostają za nami, zaczyna się przestrzeń i widoki na błyszczące Dżamdżiewi skali (co za nazwa!), otaczające Wichren. Bardzo przypomina mi to Dolomity. 


Po drugiej stronie czai się Chwoinati wryh. 


Uzupełniamy zapasy wody przy ostatnim źródełku, przy którym jeden facet łaje trójkę dzieciaków, która chyba nie jest zbyt zadowolona z wyprawy - najmłodszy ciągle słucha na głos muzyki (że też facetowi to nie przeszkadza, ja miałem ochotę go rozszarpać), najstarszy ledwo stoi na nogach. A "przewodnik", chyba za karę, prowadzi ich jakimś karkołomną ścieżką pod samymi skałami.

Ogólnie przekrój wiekowy jest duży - od staruszków po iluś-latków.   

Podejście kotłem pod przełęczą Kabata (Кабата)



Szczyt niby coraz bliżej, ale nadal daleko.


Jeszcze kilka metrów...



...i jesteśmy na przełęczy, gdzie wita nas porywisty wiatr i trochę ludzi. Spotykamy też wczorajszych stopowiczów i zaczynam podejrzewać, że to ukryta opcja żydowska 😏.

Widoki stąd ładne - m.in. na różnokolorowe Włachinske ezera (Влахини езера).



Mam radochę, bo już pobiłem swój dotychczasowy rekord wysokości - jesteśmy bowiem gdzieś na 2600 metrów. Przed nami ostatnie, najbardziej strome podejście - zygzakowata ścieżka na szczyt. Dopiero tutaj widać małość człowieka wobec wielkości gór. Turyści wyglądają jak mróweczki.




Nie ma kawałka prostego miejsca, niektórzy ze wspinających mają dość. Są też tacy którzy na górę wbiegają (bez niczego - kurtki, wody, na nogach adidaski) i zbiegają, kiedy my dalej idziemy pod górę. 



Ale wreszcie jest - szczyt Wichrenu (tymczasowo okupowany przez Czechów). 


Wysokość 2914 metrów, trzecia na Bałkanach. Nieznacznie wyższe są bułgarska Musała oraz grecki Olimp. Niektórzy wyróżniają dodatkowo dwa szczyty Olimpu, wtedy Wichren nosiłby bałkańską "czwórkę".

Według dawnych Słowian właśnie tu mieściła się siedziba boga Peruna, ale jej pozostałości zniknęły w mrokach dziejów.




Czechów tutaj sporo - ledwo siadamy, starszy Czech za mną otwiera... puszkę Żubra! I pyta, czy chcę. Nie dziękuję, fuj... Czech stwierdza, że na tej wysokości każde zimne piwo jest dobre - no tak, moja Zagorka nieco się podgrzała, ale i tak smakuje.



Widoki piękne, choć kolory nieco wyblakłe. Wrażenie robi Kuteło (Кутело) - góra niewiele niższa, ale trudniejsza ze słynną eksponowaną granią Konczeto (Кончето).




Schodzimy ścianą północą, znacznie mniej przyjemną niż wejście. Jest ostro, ścieżka wąska. W kilku miejscach brakowało mi jakiegoś łańcucha albo czegoś do złapania, bo często jedyna możliwość to zjechać na tyłku. 



Za nami podąża ukryta opcja żydowska oraz dziadek z wnukiem - ci ostatni chyba po pewnym czasie ryzykują, bo jest za stromo. Końcówka zejścia to już nie skały ale sypkie kamienie - nie wyobrażam sobie schodzić tutaj po deszczu lub z ciężkim plecakiem. 


Uff, wreszcie dotarliśmy do przełęczy Premkata (Премката) i można spojrzeć na Wichren z drugiej strony, a także w doliny i na Kuteło.. 




My też złazimy w dolinę, ale w przeciwną stronę, gdzie jeszcze widać płaty śniegu (niektórzy na nich zjeżdżają). Krajobraz zaczyna robić się księżycowy.





Odbijam trochę ze szlaku zobaczyć schron awaryjny Kazana (Казана), w którym można się schronić w razie załamania pogody - w środku miejsce dla kilku osób, butelki z wodą, wygazowane piwo i jedna fajka 😛.



Na szlaku mijamy znowu stopowiczów - są kompletnie wyczerpani, przeliczyli swoje siły. Nie mają już wody, częstujemy ich też jabłkiem i ciasteczkiem, na które facet patrzy dość podejrzliwie - rzeczywiście pochodzą z Izraela i nie wiedzą, czy ciasteczko jest koszerne. Jak człowiek nie miał problemów, to wymyślił sobie dziwaczne zakazy religijne...

Szlak się rozdziela - jeden trawersuje Wichren i wraca do naszego schroniska, drugi wali w dół. To tak jak my.


W miejsce kamieni pojawia się straszny sypki piasek. A na łące widać taki oto napis:


Zielony szlak mocno się nuży, po wejściu w las mogą odpocząć oczy i nogi (opalone na pisankę), ale kolana wołają DOŚĆ! Wreszcie wychodzimy obok schroniska Bynderica, sięgającego korzeniami 1915 roku. 


Dzisiaj obiekt wygląda mało zachęcająco - pijemy więc po zimnym piwie i taratorze, a po zaczerpnięciu oddechu żółtym szlakiem podążamy do naszego miejsca noclegowego. Niedaleko szlaku można obejrzeć ogromną sosnę bośniacką, która ma mieć od 1200 do 800 lat... 


W sumie wyprawa, niezbyt odległa kilometrowo, zajęła nam niemal cały dzień - ale najpierw 1000 metrów podejścia, potem jeszcze więcej zejścia i znowu podchodzić. Wieczorem w nagrodę więc mastika 😛.


Wszystko zatem się udało, a owej rekordowej dla mnie wysokości nadal po latach nie udało mi się przebić.

Kolejnego dnia zjeżdżając w doliny znów zabraliśmy autostopowiczów - oczywiście okazało się, że to ponownie znajomi Żydzi 😛.


10 komentarzy:

  1. Czesi piją Żubra??? Ten świat naprawdę upadł nisko :/

    Gratuluję rekordu wysokości. Ciekawe pasmo. Najbardziej przypadły mi do gustu te polodowcowe jeziorka, żywo przypominające karkonoskie lub te, w Górach Skandynawskich. Pogoda znów taka że mucha nie siada, a i też widać nie ma tragedii, jeśli chodzi o tłok. Daleko np. do tatrzańskiej patologii ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka razy się zdarzyło, że Czesi chwalili polskie piwa - jeśli chodzi o te rzemieślnicze, to mieli rację, ale z Żubrem to przesada :P Może rzeczywiście chodziło o to, że było zimne :D

      Górki faktycznie ładne. Ludzi w liczbach bezwzględnych mogło być sporo, ale się rozciągnęli na tych kilometrach - w sumie przy stromym zejściu to już w ogóle było pustawo...

      Tatry mają ten problem, że z niewiadomych dla mnie powodów dla wielu osób są kultowe/święte/arcypolskie, więc cisną się tam jak muchy do g...a. Bułgarzy posiadają więcej wysokich pasm, więc widać jakoś się to rozkłada albo nie są takimi górołazami.

      Usuń
    2. "Tatry mają ten problem, że z niewiadomych dla mnie powodów dla wielu osób są kultowe/święte/arcypolskie, więc cisną się tam jak muchy do g...a"

      Wiesz, ja tego "fenomenu" też nie ogarniam. Zresztą mnie osobiście Tatry nie urzekły niczym. Byłem raz, widziałem, trochę łaziłem i...więcej nie zamierzam. Natomiast w pewnym sensie ich popularność i status arcy- coś tam, odpowiada mi. Może dzięki temu, mniej tych wszystkich słomianych "entuzjastów gór", pojawi się na szlakach Karkonoszy, Gór Stołowych czy Złotych? :)

      Usuń
    3. Oczywiście, to jest największy plus Tatr - że ci, którzy je tak uwielbiają, uderzają właśnie tam i inne pasma pozostawiają od siebie wolne :) Choć biorąc pod uwagę jak w ostatnich latach wraca moda na góry to i w innych górkach jest dużo ludzi :/

      Usuń
  2. Rozumiem porównanie osła do polityka, ale zabiedzonego?!
    Co do koszerności, przestałam się dziwić, gdy nasz klient z Izraela zażyczył sobie towar, który nie zostanie wyprodukowany (sic!) w piątek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to był polityk z opozycji, dlatego zabiedzony ;)

      Takie wspomniane podejście do rygorów religijnych jest dla mnie odmianą choroby psychicznej. Zresztą potężna niekonsekwencja, bo szabat zaczyna się w piątek po zmroku, więc de facto towar nie powinien być wyprodukowany w sobotę!

      Usuń
    2. Wybacz, ale nawet opozycja miała wystarczająco dużo czasu na wzbogacenie ;-)
      Piątek czy sobota, byle forsa się rabinowi zgadzała... Ale poważnie, była mowa o piątku.

      Usuń
    3. Nie każdy z opozycji zdążył dorwać się do państwowego stołka ;) Bo żeby nie chciał, w to wątpię ;)

      Usuń
  3. W życiu bym nie pomyślała, że w Bułgarii są takie piękne miejsca! Trzeba będzie dodać do listy planowanych wyjazdów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bułgaria ma wiele pięknych miejsc, ale 90% ludzi ciągnie nad morze, przy którym - nawiasem pisząc - zazwyczaj tak ładnie już nie jest.

      Usuń