sobota, 27 sierpnia 2016

Mołdawia rumuńska. Cerkwie malowane.

Po opuszczeniu Maramureszu kilkadziesiąt kilometrów przejedziemy przez Siedmiogród. Najpierw średniej jakości drogą do miasta Bystrzyca (Bistrița, węg. Beszterce, niem. Bistritz), a potem krajową nr 17 na wschód.

Krajówka ma niezłą nawierzchnię, ale jest inny minus - jakieś 90% to obszar zabudowany. Właściwie przez cały czas. Bynajmniej nie ma tam jednak ciągłej zwartej zabudowy - po prostu Rumunii stawiają znaki drogowe jeszcze bardziej idiotycznie niż w Polsce. Teren zabudowany radośnie wita często kilka kilometrów przed miejscowością, w lesie albo między polami, co chwila są ograniczenia do 30 czy 40 km/h przed jakimś niby ciężkim fragmentem drogi, który okazuje się normalnym łagodnym zakrętem albo wręcz prostym odcinkiem. Po skończeniu robót o odwołaniu można zapomnieć... W efekcie ograniczeń prędkości nie przestrzega prawie nikt! Ja z początku w ramach przyzwoitości starałem się nie przekraczać tych 70 km/h, ale gdy byłem regularnie wyprzedzany przez niemal wszystkich kierowców, z ciężarówkami i busikami włącznie, to przestałem się przejmować jakimikolwiek znakami... Ci, którzy mnie nie wyprzedzali, to druga, przeciwna kategoria kierowców: zawalidrogi! Na prostym odcinku bez żadnych ograniczeń potrafią radośnie cisnąć 60 na godzinę i nie dać się wyprzedzić. W mieście pojadą 30 wykonując sześć innych czynności jednocześnie. Na zakręcie niemal staną, bo przecież śmierć nadciąga z naprzeciwka... Samochody na polskich blachach szybko się wtapiają w tłum - albo pędzą jak dzicy albo tak się wleką, że człowiek modli się, aby dostali nagłej sraczki i musieli zjechać w krzaki . W Rumunii zdecydowanie trzeba mieć żelazne nerwy za kierownicą...

Pomijając innych uczestników ruchu to jechało się przyjemnie, zwłaszcza, że po obu stronach ciągną się góry. Na lewo pasmo Bârgău, na prawo Călimani. Gdy obszar zabudowany w końcu się kończy rozpoczyna się wielokilometrowy remont nawierzchni polegający na wysypaniu grysu z hukiem wyskakującego spod kół i walącego w karoserię. Ta miła szosa wywozi nas na przełęcz Tihuta o wysokości 1200 metrów skąd widoki są jeszcze bardziej górskie.




Pierwszym miastem w Mołdawii jest Vatra Dornei (Dornavátra, Dorna Watra). No właśnie: w Mołdawii. W powszechnej użyciu słowo "Mołdawia" kojarzy się z państwem o tej samej nazwie. Tymczasem kraina historyczna Mołdawia zajmuje znacznie szerszy teren i podzielona jest między Rumunię, Ukrainę i Republikę Mołdawii. Ta ostatnia to wschodnia część krainy, na wschód od Prutu, przyłączona do Cesarstwa Rosyjskiego w XIX wieku i funkcjonująca pod nazwą Besarabii. Od zachodniej Mołdawii (tej, której nie zajęli Rosjanie) oderwano północną część i jako Bukowina znalazła się w państwie Habsburgów, natomiast pozostałe terytorium razem z Wołoszczyzną utworzyło później Rumunię. Pokręcone trochę . Ażeby jeszcze bardziej zamieszać - po II wojnie światowej północną Bukowinę (będącą częścią północnej historycznej Mołdawii) włączono do ZSRR i leży dziś na Ukrainie, podobnie jak Budziak, wybrzeże Morza Czarnego, które kiedyś wchodziło w skład Besarabii .

W każdym razie Vatra Dornei to już historyczna Mołdawia, a konkretnie Bukowina. Za miastem czeka nas kolejna przełęcz i znowu sielskie, zielone widoczki.



Architektura gospodarcza tutejszych okolic.


Z przełęczy zjeżdżamy w dół w dolinę rzeki Mołdawa.


Tak jak Maramuresz słynie ze swoich drewnianych cerkwi tak Bukowina z murowanych, bogato zdobionych malowidłami, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz, otoczonych murami monastyrów. Pierwszą z nich wizytujemy w wiosce Voroneț. To chyba najbardziej popularny monastyr - jest płatny parking, sporo autokarów i galeria straganowa z klimatem jak z Krupówek.


Tłok jednak nie wszystkim przeszkadza - zamaskowany kot śpi jak zabity .


Monastyr z wysokimi murami kryje cerkiew św. Jerzego wybudowaną pod koniec XV wieku przez hospodara mołdawskiego Stefana Wielkiego.
Najpierw powstały malowidła wewnętrzne, a w połowie następnego stulecia zewnętrzne. Najlepiej zachowana jest tylna ściana z motywami Sądu Ostatecznego.


Wygląda to bardzo ciekawie i można dostać oczopląsu.


Cerkiew jest uznawana za najbardziej interesującą ze wszystkich malowanych świątyń wpisanych na listę UNESCO ale tłumy rozwrzeszczanych ludzi zachęcają raczej do szybkiej ewakuacji. Ponieważ nocować mamy niedaleko to postanawiam zajrzeć jeszcze do osady Plesza (Pleșa, niem. Pleschnitza).


To jedna z polskich wiosek zamieszkała niemal w całości przez Polaków. Choć polskie korzenie przodków nie są wcale tak oczywiste... W XIX wieku ich praprapradziadowie przybyli tu z okolic Czerniowic na północnej Bukowinie aby zasiedlić puste ziemie. Jednak ich jeszcze wcześniejsi pradziadowie na Bukowinę dotarli z gór Beskidów, spod słowackiej dziś Czadcy. Polskość tamtejszych górali - zwłaszcza kilka wieków temu - była mocno wątpliwa, raczej dopiero pod Czerniowcami ostatecznie się spolonizowali.

Do Pleszy prowadzi szutrówka, która wygląda dość dobrze, jednak po kilkukrotnym łomocie ciężkimi kamieniami w podwozie postanawiam zawrócić. W wiosce i tak nie ma nic specjalnego do oglądania a serwować masaż autu dla samego podjechania uznałem za zbyt wyuzdany . Fotografuję tylko kilka gospodarstw za płotem leżących na początku wsi.


Nocujemy w odległym o kilka kilometrów Mănăstirea Humorului. Tak na marginesie jest to jedna z najbardziej "polskich" gmin Rumunii, osoby deklarujące się jako Polacy stanowią 19% (oprócz Pleszy także w Pojana Mikuli - Poiana Micului).

Znajduje się tu kemping, ale tym razem śpimy pod dachem, bo zaoszczędziliśmy na poprzednim w Syhocie. Babka pilnująca kempingu mówi tylko po rumuńsku lecz udaje nam się dowiedzieć, że w pobliżu działa restauracja, wychodzimy więc na polowanie na kolację.

W miejscowości stoi sporo ciekawych domów, starsze kobiety wędrują z kosami a drogami co rusz przejedzie wóz konny. Kwintesencja Rumunii.





Po kolacji kręcimy się po centrum niemal w całości pogrążonym już w ciemnościach. Zaliczamy też wizytę w sympatycznej spelunce na niezbyt smacznym piwie. Poza główną drogą oświetloną dość punktowo trochę jaśniej jest przy nowej cerkwi oraz pomniku poległych ozdobionym unijną szmatą.



Środowy poranek jest chłodny i tak jak poprzednie: słoneczny.




Spelunka w której wczoraj piliśmy piwo nawet z zewnątrz jest fajna .


Mănăstirea Humorului to po prostu Monastyr Humor. Stoi w środku wsi, również wpisany na listę UNESCO. Jest trochę mniej popularny niż Voroneț, więc mniej tu ludzi, w dodatku zwiedzamy go rano, kiedy kręci się tam tylko jedna niemiecka wycieczka emerytów.

Cerkiew pod wezwaniem Zaśnięcia Bogurodzicy powstała w 1530 roku, a freski kilka lat później. Ponieważ nie jest fundacją książęcą to nie posiada wieży.


Monastyr zlikwidowali Austriacy pod koniec XVIII wieku (tak jak w przypadku innych malowanych monastyrów), a cerkiew stała się parafialną. Mniszki wróciły tu w 1990 roku.


Freski są zachowane w różnym stopniu - najlepiej na ścianie południowej najbardziej osłoniętej od wiatrów i deszczów.


Za fotografowanie z zewnątrz trzeba płacić (choć nikt nie pilnuje czy robisz zdjęcia z biletem czy bez), w środku jest zakaz. Wiadomo, zszargamy świętość miejsca robiąc swoje obrzydliwe, paskudne fotografie... Rzecz jasna łamiących ten przepis jest wielu.



Po renowacjach malowidła wyglądają jak nowe...

O roli obronnej monastyru świadczy wieża z XVII wieku, służąca także jako dzwonnica. Zwłaszcza zza płotu nieźle się to komponuje z cerkwią.


Obok współczesny monastyr w którym mieszkają zakonnice.


Wsiadamy do auta i wrrrum.... Po kilkunastu kilometrach radykalnie zmienia się krajobraz: Karpaty zostają z tyłu, natomiast wokół pojawiają się rozległe przestrzenie charakterystyczne dla wyżynnej Mołdawii.




Na pewno ładniej musi wyglądać to wiosną albo wczesnym latem, bo teraz natura zmęczona jest upałami i słońcem, które, mimo ledwo godziny 10-tej, mocno już daje się we znaki. Ale i tak jest pięknie .


6 komentarzy:

  1. Pudelku,
    Z całym szacunkiem, jeżeli uważasz że prowadzenie samochodu po rumuńskich trasach wymaga żelaznych nerwów, to pojedź do Gruzji. Uwierz mi, przy Gruzji, Rumunia to sielanka... http://www.eryniawtrasie.eu/9535
    Z innej beczki, kilka lat temu nie było aż takiej "komercji" przy monastyrach. Byliście w kopalni soli w Kaczyce? Tam dopiero był "klimat" ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, do Kaczyki nie dotarliśmy.

      Natomiast jeśli chodzi o prowadzenie - pewnie, że są kraje bardziej dzikie samochodowo :) Chyba bardziej trzeba uważać np. w Albanii. To na tej samej zasadzie Niemiec wjedzie do Polski i poczuje się jak w dziczy, a co dopiero na Bałkanach ;) No, ale Rumunia to EU, więc można wymagać pewnej cywilizacji :) W Bułgarii jeździło się trochę lepiej.

      Usuń
  2. O nie, przy Gruzji, Albania to też przyjemność ;-)
    Co do cywilizacji - wszystko zależy od definicji tego słowa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że takie porównania na dłuższą metę są bez sensu :) Zaraz ktoś może napisać "Z całym szacunkiem, co tam Gruzja. Indie to mają dzikie drogi. A od Indii Nigeria jeszcze gorsze". Ale czy to oznacza, że Gruzja dzikich dróg nie ma? :>

      Tak samo jak napiszę, że Bułgaria to biedny kraj. Ktoś inny doda, że biedna to jest Mołdawia, a jeszcze inny, że Bangladesz :) Dla Szweda Polska to biedny kraj więc zawsze punkt widzenia zależy od siedzenia :)

      Usuń
  3. Drogi wyglądają całkiem dobrze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tym odcinku główne drogi mają dobrą nawierzchnię, rzadko czego się można przyczepić ;)

      Usuń