piątek, 17 stycznia 2020

Brama Lubawska, Kotlina Jeleniogórska i Rudawy Janowickie - wszystko w jeden weekend!

Październikowy wypad w Sudety miał być bardziej z kategorii krajoznawczych niż górskich. Wędrować z plecakiem także mieliśmy zamiar, ale nastawialiśmy się przede wszystkim na podziwianie architektury i... celebrowanie małomiasteczkowego klimatu 😏.

Ostatnia kolejowa przesiadka wypadła nam na dworcu w Sędzisławie (Ruhbank). Po wyjściu z cuga od razu zwracamy uwagę na nietypowy budynek tartaku - dawnej stacji transformatorowej.


Na bocznych torach stoi już motorový vůz serii 810, czyli mój ulubiony model i to nawet niezbyt przebudowany. Obsługuje międzynarodowe połączenie do Trutnova. Skład jest czeski, załoga też, ale kiedy spytałem się, czy mogę zapłacić za bilet w koronach, to popatrzono na mnie jak na wariata.


Z Sędzisławia (Sędzisława?) jedzie dość sporo osób. Większość wysiada w Kamiennej Górze, reszta w Lubawce. Potem zostajemy sami z dwuosobową obsługą. Po kilku minutach przekraczamy granicę, konduktora wychodzi z szynobusu, aby ręcznie opuścić szlabany na przejeździe.

Na dworcu w Královcu (Königshan) ani żywej duszy. I to jest chyba normą. Pociąg po kwadransie postoju wróci w stronę Polski. Przyznam się, że nie rozumiem idei funkcjonowania takiego połączenia! Jedynie wczesny poranny kurs oraz wieczorny dociera do Trutnova, pozostałe kończą bieg właśnie tu, w wiosce gdzie nic nie ma i psy szczekają dupami. Nawet z przesiadkami jest problem, gdyż przez miejscowość kursują tylko lokalne autobusy i to dość rzadko. 
Całoroczne przewozy w tej formie uruchomiono rok temu i wcale się nie zdziwię, gdy za jakiś czas znikną z powodu braku frekwencji.


Nam ten pociąg się przydał, ale od tego momentu musimy już kombinować, jak się dostać dalej. Co prawda za chwilę ma odjeżdżać bus, lecz nie umiemy zlokalizować przystanku. Proponuję więc ruszyć z buta główną drogą na południe i próbować łapać stopa. Mina Bastka wskazuje, że za bardzo nie wierzy w powodzenie tego planu 😛.


Zbliżamy się do punktu oznaczonego jako Královecké sedlo i jest to właściwa przełęcz Lubawska, podczas gdy na polskich mapach wskazywana jest ona błędnie na granicy w pobliżu byłego przejścia.

Przejrzystość jak na razie nie zachwyca - Śnieżka oddalona jest o jakieś 17 kilometrów i już lekko zamglona, natomiast Královecký Špičák w delikatnej bieli.



Mija kilka minut i zatrzymujemy samochód; podwozi nas Czech z pasażerem cudzoziemcem. Raz, dwa i wysiadamy w Bernarticach (Bernsdorf). Wioska jest kilka razy ludniejsza niż Královec, lecz trudno nazwać ją metropolią, skoro nie posiada nawet knajpy 😏. Robimy małe zakupy w COOP-ie i zaglądamy do kościoła na górce, wzniesionego w XVIII wieku.


Na cmentarzu sporą grupę (może nawet większość) stanowią groby niemieckie. Niektóre mają właścicieli przed- i powojennych: Czesi nie usunęli starych napisów.


Krzyż pokutny przy kościelnym murze.


Z centrum Bernartic kierujemy się na zachód boczną drogą. Przechodzimy pod ciekawym wiaduktem z 1869 roku, a kawałek dalej na ruinie domu widzimy stare cegły z nazwą producenta.



Na tym odcinku biegnie zielony szlak, lecz postanawiamy trochę skrócić trasę i ciśniemy przez pola. Według zdjęć satelitarnych powinna tu być wydeptana ścieżka, ale w terenie zupełnie jej nie widać.


Za wzgórzem z mgły próbuje przebić się hołda zabytkowej kopalni Jan Šverma.


Mijamy kilka przewróconych kamiennych krzyży. Obok jednego z nich robimy postój, a Bastek... rozpala ognisko 😛. Pojawił się ślad ścieżki, pozacierane ślady farby świadczą o tym, iż kiedyś tędy biegł szlak.


Wkrótce pojawia się ogień, więc wesoło smażymy sobie wuszty. Wieje dość upierdliwy wiatr i ogólnie zrobiło się dość chłodno, możemy zatem trochę się ogrzać.


Podmuchy przynoszą jednak poprawę pogody - chmury ustąpiły, wyskoczyło słońce. Cała okolica od razu nabrała kolorów i dalsza wędrówka zrobiła się znacznie przyjemniejsza.



Ponieważ przełęcz Lubawska oddziela Karkonosze od Gór Kamiennych (a szerzej Sudety Zachodnie od Środkowych), więc formalnie jesteśmy w Karkonoszach. Po raz trzeci w tym roku.



Z jednego z pagórków spoglądamy na główny cel dzisiejszego dnia - Žacléř (Schatzlar). Ładnie położone miasteczko ze sporą liczbą zabytków.



Huśtawka w alejce 😛.


Žacléř wita nas blokami, które szybko zmieniają się w kamienice. Jako pobożni turyści znów udajemy się do kościoła, a konkretnie na cmentarz.



Tutejsza nekropolia jest bardzo podobna do tej w Bernarticach, to znaczy najbardziej przyciągają oko nagrobki sprzed okresu komunistycznego.



Wyróżniają się dwa pochówki wojenne - żołnierzy radzieckich i francuskich. O ile ci pierwsi są zrozumiali, to co robili tu Francuzi i jak zmarli w 1945 roku? Możliwe, że byli to jeńcy wojenni, gdyż w okolicy działały podobozy KL Groß-Rosen.



Rýchorské náměstí - trójkątny rynek miasteczka - otacza wiekowa zabudowa, niektóre obiekty posiadają podcienia (odbudowane poddasze to efekt pożaru). Na środku stoi słup maryjny. W 2003 roku centrum ogłoszono miejską strefą zabytkową.




Biały budynek pełni funkcję muzeum, a na trawniku możemy podziwiać obrośnięty pomnik cesarza Józefa II.


Dwa drewniane domy to pozostałość starszej architektury, typowej dla górskich miejscowości na przełomie XVIII i XIX wieku.


W Žacléřu znajduje się co najmniej pięć knajp lub restauracji, gdzie można coś zjeść i się napić. Zabezpieczyliśmy się na tę okoliczność i każdy z nas zabrał ze sobą co najmniej 500 koron na wydatki. Pierwszy lokal widzimy niedaleko rynku; niestety, otwierają go dopiero o 15-tej, czyli za ponad godzinę. Nic to, idziemy dalej. Drugi lokal zaprasza od 17-tej... cholera. A potem już szybko leci: numer trzy nie działa w ogóle, bo jest w remoncie, numer cztery zamknięty z powodu urlopu, numer pięć tylko w weekend! Jakaś paranoja, jeszcze z czymś takim u Czechów się nie spotkałem!


Siadamy na murku przed jedną z nieprzyjaznych restauracji i głowimy się, co robić... Aby lepiej nam się myślało, biegnę do sklepu i kupuję piwo w butelce, które szybko gasi pragnienie. Przez to łażenie po mieście zrobiła się już godzina 15-ta, wracamy więc do pierwszej lokalizacji, a tam doczytujemy, że jednak w piątki działa... od 18-tej. Załamka totalna!

Zniechęceni drepczemy na rynek. Dostrzegam tam cukiernię, którą, dla odmiany, otwarto wcześniej niż się reklamuje na szyldzie. Zaglądamy, w końcu Czesi często taki przybytek traktują jak normalną knajpę. I tym razem strzał w dziesiątkę - to sympatyczna spelunka, gdzie produktów cukierniczych próżno szukać, a lany Krkonoš kosztuje jedynie 20 koron!

Po szybkim ususzeniu kufelka opuszczamy Žacléř i autobusem ewakuujemy się się do Královca. Tam na skrzyżowaniu stoi znana sprzed roku restauracja i ona na pewno jest otwarta.


W środku prawie tak samo pusto jak podczas pierwszej wizyty. Niestety, ceny poszły trochę w górę, a porcje niekoniecznie się zwiększyły, choć i tak nie zostawimy tu majątku.


Tymczasem na dworze powoli zbliża się wieczór i niebo nabiera odpowiednich kolorów.




O 18-tej podążamy na dworzec kolejowy. Oczywiście jesteśmy tu sami, w szynobusie znowu nie ma nikogo innego oprócz nas i załogi sztuk dwie.


Jest to ta sama obsługa co rano; konduktorka nas poznaje i tylko z uśmiechem macha ręką, kiedy chcemy zapłacić za bilet, więc kilkukilometrowy odcinek międzynarodowy zaliczamy za darmo 😊.

Wysiadamy w Lubawce (Liebau), gdzie gotują nam arcypolskie powitanie: na ławkach siedzi grupa młodzieży z zaciętymi minami, gryzie i pluje słonecznikiem, a na nasz widok rzuca:
- Polska dla Polaków, k...a!

Pokrzepieni na duchu możemy udać się do miejsca noclegowego. Ponownie będziemy spać w schronisku młodzieżowym przy ulicy Szymrychowskiej (nazwa pochodzi od pierwszej powojennej wersji Chełmska Śląskiego). Od stacji kolejowej to nieco ponad kilometr, lecz ja łapię stopa, bo po co będziemy tak chodzić? 😉

W ubiegłym roku w schronisku bardzo nam się podobało, tym razem już mniej. Także wzrosła cena, a zastaliśmy dodatkowo stan mocnego zaniedbania, zwłaszcza w kuchni. Nie jestem czyściochem, ale gdy zobaczyłem lepiące się od tłuszczu garnki i sztućce, nie myte od dawna, klejący się do rąk stół i resztki jakiegoś podejrzanego mięsa na patelni to miałem ochotę puścić pawia... Stawiam, że to wina nowego osobnika, który tam mieszka i uważa obiekt za swoją własność.

Wieczorem jeszcze wypad do miasta aby coś zjeść (produkt szumnie nazywany pizzą) i znów mamy wrażenie, że Lubawka to miejscowość, gdzie po zmroku diabeł mówi dobranoc...

W sobotę wita nas piękna pogoda. To dobra zmiana w porównaniu z 2018 rokiem, kiedy ciągle mieliśmy pełne zachmurzenie.


Ulicą Szymrychowską idziemy niespiesznie podziwiając mijane wille, niektóre bardzo ładne.



Rejon lubawskiego dworca wraz z samym budynkiem idealnie nadawałby się na plener horroru lub filmu postapokaliptycznego, ewentualnie jako reklama pod tytułem: Chcesz skutecznie zniszczyć infrastrukturę kolejową? Zgłoś się do PKP/PLK/....



Kościół ewangelicki, współcześnie pełniący zaszczytną funkcję magazynu.


Opuszczamy Bramę Lubawską i pędzimy szynobusem do Sędzisławia, tam mamy kilkanaście minut na przesiadkę. Miejscowy budynek - w przeciwieństwie do Lubawki - niedawno wyremontowano, ale zapomniano o jednej rzeczy. Toaletach.


Chyba z tego powodu niektórym Sędzisławianom odbija: gdy tylko poszedłem z aparatem w krzaki to nagle znienacka pojawił się samochód i jakiś facet wrzeszczy do mnie:
- Nie ma kibla!
- Przydałby się na stacji - odpowiedziałem uprzejmie.
- To se trzeba zrobić - syczy kierowca.
- Jest pan cholernie zabawny - rzuciłem i wracam do plecaków, a już wyskakuje do mnie inny stary dziad i krzyczy:
- Co, nie ma się gdzie wysrać, hę?! Problem jest?!
Wyjątkowi frustraci tu mieszkają...

Podjeżdża nasz pociąg. Siedzimy sobie spokojnie w wagonie restauracyjnym i pijemy piwo, z okien mijają górki Rudaw Janowickich. Chcemy wysiąść w Wojanowie i wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że... mijamy stację bez zatrzymywania się! Okazało się, że ten skład to pociąg przyspieszony i akurat tam nie staje!

Wyskakujemy w Jeleniej Górze. Szczęściem w nieszczęściu na drugim peronie stoi pociąg jadący w przeciwną stronę; czeka na inne połączenie, które jest opóźnione, więc zziajani wpadamy do środka. Dopytuję jeszcze konduktora co z biletami, ale po opowiedzeniu naszej historii wystawia nam je bez dopłaty (nie zdążylibyśmy kupić ich w kasie).

Końcem końców z pół godzinną obsuwą udało się dostać do Wojanowa (Schildau). Po zakończeniu wojny wioska ta aż czterokrotnie zmieniała polską nazwę, aby w końcu otrzymać aktualną.


Boczną, ale ruchliwą asfaltówką suniemy do głównej drogi; towarzyszy nam widok na Śnieżkę i inne części Karkonoszy. Dziś pewnie okupują je tłumy turystów.


Na skrzyżowaniu odbijamy w prawo aby zahaczyć o Łomnicę (Lomnitz), w której stoi jeden z bardziej znanych zespołów pałacowych Parku Kulturowego Kotliny Jeleniogórskiej, nazywanego również bardziej poetycko Doliną Pałaców i Ogrodów.

Łomnicki kompleks składa się z głównego pałacu, dworu oraz folwarku. Pałac jest najstarszy, ale obecną formę otrzymał w połowie XIX wieku. Mieści się w nim prywatne muzeum.


Dwór - "Dom Wdów", bo zgodnie z nazwą mieszkały tam wdowy - wybudowano na początku tego samego stulecia. Wykorzystywany jako restauracja i hotel.


Po okresie PRL-u wszystko było bardzo zaniedbane, ale w latach 90. dobra zostały zakupione przez potomkinię ostatnich właścicieli z rodu von Küster i kompleksowo wyremontowane. Nawet zabudowania gospodarcze przekształcono w sklepiki i różne lokale użytkowe.
Ruiny albo opuszczone budynki zawsze przyciągają moją uwagę i aparat, ale zawsze wolę obiekty w takim stanie - istniejące i nadal służące ludziom.

Najnowszą atrakcją będzie "Dom Modlitwy" - dawny kościół ewangelicki z XVIII wieku, który stał kiedyś w Rząśniku (Schönwaldau). Opuszczony, zaniedbany i przeznaczony do wyburzenia został rozebrany i jest stopniowo składany w Łomnicy. Świątynię wzniesiono w technologii muru pruskiego, więc będzie to raczej kopia niż wierna rekonstrukcja, bo wątpię, aby oryginalne materiały nadawały się do powtórnego użycia.


Wracamy do Wojanowa, który od Łomnicy oddziela Bóbr (Bober), a kolejny zespół pałacowy nie leży dalej niż pół kilometra od poprzedniego. Ten jest jeszcze bardziej imponujący.


Pałac, oryginalnie barokowy, otrzymał modną szatę w stylu neogotyku angielskiego w latach 30. XIX wieku. Domownicy zmieniali się w nim dość często, posiadał go nawet jeden wydawca gazet. W czasach Najjaśniejszej Rzeczpospolitej okazał się godny bycia siedzibą PGR-u. W 2002 roku, będąc już w rękach prywatnych, spłonął, lecz podniesiono go z ruiny i obecnie przyciąga ludzi z grubszymi portfelami, spragnionych wizyty w luksusowym hotelu i SPA.


Zdecydowana większość dawnych siedzib szlacheckich na Ziemiach Wyzyskanych to dziś obraz nędzy i rozpaczy, natomiast Wojanów i Łomnica (oraz kilka innych okolicznych pałaców) to wyjątkowe przykłady, pokazujące, że jednak można zrobić z nimi coś rozsądnego. Przy każdej z rezydencji zadbano również o zabytkowe parki.


Kręcąc się z plecakami pomiędzy wyperfumowanymi ludźmi wyglądamy jak gówno w przerębli, więc opuszczamy teren hotelowy i drogą ruszamy dalej. Najbliższe górski są całkiem blisko - "cycki" Rudaw Janowickich, czyli Sokolik (Forstberg) i Krzyżna Góra (Falkenberg, widać nawet krzyż na tej drugiej).


W centrum Wojanowa fotografujemy Pomnik Poległych, stojący chyba na prywatnym gruncie, bo odgrodzono go siatką.


Naprzeciwko stoi kościół Wniebowzięcia NMP. Stary, gdyż prezbiterium pochodzi z 14-go stulecia, a nawę dobudowano dwa wieki później. Ma ciekawe wnętrza, a drzwi są otwarte, więc zaglądamy do środka. Spotykamy tam dwójkę innych turystów i wystraszoną miejscową kobietę. Mówi ona, że właśnie trwają prace konserwatorskie (faktycznie ktoś siedzi przy ścianie i coś maluje), nie można robić żadnych zdjęć i mamy zaraz opuścić obiekt.
Z jednej strony gmina reklamuje się kościołem jako atrakcją turystyczną, z drugiej to byłoby lepiej, aby obcy się jednak przy nim nie pokazywali, gdyż to tylko niepotrzebny kłopot.



Kawałek za kościołem przez Bóbr przerzucono zielony metalowy most, dokładnie na wysokości pięknego domu, w przeszłości karczmy sądowej. Ludzie kiedyś dobrze kombinowali - przy napitkach i strawie można było rozstrzygać spory lokalnej społeczności (często jedzenie fundował oskarżony, licząc na łagodniejsze wyroki konsumentów 😛).



Karczma oczywiście dawno nie przyjmuje głodnych i wysuszonych, ale obok działa sklep pomalowany na wściekle żółty kolor. Posiada własną wiatę i wychodek, nadaje się więc do pełnienia roli kulturalnego środka wioski. Kupujemy po Skalaku i rozsiadamy się na ławach. Oprócz nas bytuje tam dwóch dżentelmenów, wkrótce pojawia się trzeci. Początkowo spożywają piwo w sennej atmosferze, ale potem znienacka wybucha awantura: grożą sobie pobiciem, przestawieniem facjaty i rzucają komentarze odnośnie rodziny.
- Ci...lu, szmato, ścierwo! - i tym podobne określenia padają gęsto. Co byłem powodem tego konfliktu? 20 złotych. Jeden oskarża drugiego o kradzież tej kwoty podczas jakiejś imprezy, tamten twierdzi, że pieniądze przywłaszczył sobie ktoś inny, gdy pijanego właściciela odprowadzał do domu.
Na szczęście do rękoczynów jednak nie doszło, wystarczyło wzajemne ubliżanie 😏.

Za zielonym mostem zaczyna się Bobrów (Boberstein). To prawdopodobnie administracyjnie część Wojanowa, choć internety nie są w tym zgodnie. W Bobrowie również znajdziemy pałac, lecz w zupełnie innym stanie.


To najmłodsza konstrukcja z oglądanych dzisiaj - koniec XIX wieku, możliwe, że zastąpiła starszy obiekt. Rusztowania stoją przy nim od co najmniej 2004 roku i, porównując zdjęcia, przez piętnaście lat nie zrobiono chyba nic!


Po bokach bramy siedzą dwa kamienne lwy z herbami rodziny von Decker.


Posesji pilnuje duży, czarny pies. To ta rasa, która budzi respekt samym swoim wyglądem, ale ten podbiega do nas z radością na pysku i macha ogonem. Dałem mu się obwąchać przez kratę, jednak wysunąć ręki do głaskania nie miałem odwagi 😏.


Klimat "retro".


Od strony południowej pałac otaczają mury obronne z basztami, ale to żadne średniowiecze, tylko też fantazje dziewiętnastowiecznych architektów.


W Wojanowie musieliśmy wybrać kierunek dalszej drogi: albo krótsza trasa od razu w góry albo obchodzimy je dookoła przez Karpniki. Padło na tę drugą. Wydawało mi się, że na mapie oznaczona jest jako szeroka arteria, na której będzie można łapać stopa, w rzeczywistości miała formę taką:


Szło się bardzo przyjemnie - z jednej strony niewysokie Rudawy Janowickie, z drugiej część grani karkonoskiej. Do Śnieżki mamy stąd tylko 15 kilometrów.




Dotarcie do Karpników (Fischbach) zajęło nam niecałe trzy kwadranse. Miejscowość zwiedzałem w miarę dokładnie w 2017 roku, więc tym razem nie zakładałem zwiększonej penetracji.


Zatrzymaliśmy się na chwilę przy sklepie - tu nikt nie chciał nikogo bić. Zajrzeliśmy przez kratę do zamkniętego kościoła katolickiego. Bastek usiłował porwać kota, ale ten nie był chętny do współpracy.


Podeszliśmy także do świątyni ewangelickiej, a właściwie tego, co z niej zostało. Nawę wybudowano w 1752 roku, na początku ubiegłego stulecia dodano wieżę, a po zmianie granic wszystko szlag trafił. Ale żuliki i młodzież się cieszy, ma gdzie pić... W środku wyglądał kiedyś TAK.



Liczyłem, że w Karpnikach spożyjemy obiad - niestety, w restauracji odbywa się zamknięta impreza firmowa. Rozżaleni i głodni ciśniemy w kierunku przełęczy Karpnickiej.


W brzuchach strasznie burczy i trzeba temu jakoś zaradzić: wdrapujemy się na jeden z pagórków i rozpalamy małe ognisko. Mamy kiełbaski, swojskie wino, liście zamiast sztućców. Dookoła nas przyroda serwuje kolory kończącego się dnia.


Krzyżna Góra w barwach jesieni.


Na parkingu przy ścieżce prowadzącej do schroniska Szwajcarka stoi sporo samochodów. Część z nich zniknie wraz z nadejściem nocy, ale wiele zostanie na koncercie. My również przyszliśmy tutaj posłuchać muzyki - to był nasz plan na Rudawy Janowickie. Chociaż, czy rzeczywiście na Rudawy? Według nowego podziału geograficznego kończą się one na przełęczy Karpnickiej, a schronisko i Sokoliki (Góry Sokole) to już... Kotlina Jeleniogórska 😛. Wysoko leży ta kotlina...

Dziś zagra Grupa Na Swoim. Sala na piętrze wypełniona maksymalnie, część osób musiała zostać na zewnętrznej galerii.



Tradycyjnie po koncercie nastąpiła długa, nocna integracja. W niedzielę, jak w poprzednie dni, ładna pogoda nie odpuszczała.


Pozostało nam tylko zejść na pociąg (rok wcześniej nam zwiał, tym razem zdążyliśmy). I kolejny piękny okołogórski weekend przeszedł do historii.

11 komentarzy:

  1. Fajnie że znów uraczyłeś nas ładnymi sudeckimi widokami, podczas złotej jesieni. Takie klimaty biorę w ciemno! :)
    Ciekawa wycieczka, choć o zdecydowanie bardziej nizinnym charakterze. Ale sporo pysznych widoków na góry i ciekawych obiektów po drodze,a to się liczy. Przez Žacléř tylko przejeżdżałem i z tego co widzę, dobrze że nie musiałem się tam stołować po drodze. Bo niezłe siurpryzy tam. ;)
    Stan dworca w Lubawce osłabia mnie od dawna. Nic się tam nie zmienia od lat, a przecież był to kiedyś jeden z największych węzłów kolejowych w Sudetach, a sam dworzec miał świetną renomę. Kiedyś... :(
    Bobrów też chyba nie doczeka się dokończenia prac w tej pięciolatce. Straszy rusztowaniami już od dawna. Dobrze, że dokończyli chociaż Karpniki.
    Finał wycieczki w "Szwajcarce", jak najbardziej na miejscu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojanów i Łomnica to chlubne wyjątki, a Bobrów to już praktycznie norma jeśli chodzi o stan śląskich pałaców... Skoro jednak mają tam psa, to znaczy, że właścicielowi zależy, aby nikt się po terenie nie kręcił - może ludzie kradną cegły albo coś??

      Usuń
  2. Toż w Łomnicy w zabudowaniach folwarcznych jest restauracja samoobsługowa, dla tych nieuperfumowanych. Ceny jak najbardziej dla ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z poziomu ulicy wszystkie te restauracje wyglądały na mało budżetowe i we wszystkich było pełno ludzi, bo to w końcu sobota, pora obiadowa. Obiad zjedliśmy pod sklepem ;)

      Usuń
  3. Część
    Przyznam się, że nie rozumiem idei funkcjonowania takiego połączenia!
    odpowiadam zjezdza na obsługe to Trutnow w koncu to czeski vlak a obsługa jest polska KD
    maszynista jets czeski

    OdpowiedzUsuń
  4. Jesień tego roku oferowała kilka weekendów z tak piękną pogodą. W jeden i ja kręciłem się po pokazanych miejscach, ale tylko po polskiej stronie. M.in. odwiedziliśmy Łomnicę i Wojanów. Ale w czasie naszego pobytu było tam takie mnóstwo ludzi, że zrezygnowałem ze zwiedzania. Na twoich zdjęciach miejsca te wyglądają na bardzo spokojne. Jesień to wspaniały czas na wycieczki w te rejony.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Łomnicy było w miarę spokojnie, choć sporo ludzi się kręciło przy dawnych zabudowaniach folwarcznych. W Wojanowie już większe tłumy, ciągle ktoś się przechadzał, dojeżdżał itp., ale czekałem, aż będzie w miarę pusto ;)

      Usuń
  5. Ja kiedy ostatni raz byłem w Lubawce i okolicy ten świat nieco inaczej wyglądał. Dworzec należał do największych w tamtym regionie i zrobił na mnie wielkie wrażenie jak na tak małe miasto. Jeśli chodzi o turystykę teren był bardzo dziewiczy, nawet Rudawy Janowickie.
    Teraz chyba wszędzie jakby ludzi więcej?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba było dawno, bo ten dworzec jest już w ruinie od... 20 lat? W Rudawach faktycznie kręci się sporo osób, przyciągają skałki, szlaki itp.. Natomiast Brama Lubawska jest raczej spokojna, bo to nie klasyczne góry - jeszcze w miarę płasko i nisko.

      Usuń