piątek, 12 lipca 2019

Zagórz - Komańcza - Smolnik - Łupków. W drodze ku Bieszczadom pociągiem, autostopem i w sandałach.

Bieszczady to od kilku lat mój stały punkt programu wśród wypraw górskich. Tym razem postanowiłem je odwiedzić w połowie czerwca. Termin wydawał się idealny: już ciepło, ale jeszcze nie ma tłumów turystów wakacyjnych, a także tych związanych z długim weekendem bożocielnym. Choć właściwie określenie "już ciepło" jest niezbyt precyzyjne: trafiłem akurat na jedną z kulminacji czerwcowych upałów...

Wcześnie rano wysiadam z nocnego autobusu w Zagórzu. Miasto jest mi znane, ponieważ pochodzi z niego kumpel organizujący coroczne spotkania "miłośników Austro-Węgier" w Sanoku, więc kilka razy już w nim byłem. Mam teraz sporo wolnego czasu do następnego połączenia, więc mogę się trochę pokręcić.

Zacząć trzeba od jednego z dwóch dworców, bo to kolej była motorem do rozwoju miejscowości w XIX wieku. Budynek stacji "Zagórz" wybudowano w charakterystycznym austro-węgierskim stylu.


Kiedyś przy obsłudze węzła kolejowego pracowały 3 tysiące ludzi. Dzisiaj to raczej smutny obraz upadku, chociaż od kilku lat i tak więcej się tu dzieje...

Na torach można zobaczyć kilka ciekawych jednostek. Na przykład biało-zielono niemieckie MR z lat 70. Kursują do Rzeszowa. Swoją drogą to daleko się zapuścili, bo generalnie te składy w barwach Arrivy obsługują głównie województwo kujawsko-pomorskie i sąsiednie.


W tym roku jeden taki egzemplarz został wypożyczony przez firmę o intrygującej nazwie "Shortlines.pl". Okazuje się, że kryje się pod nią Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych obsługujących mało popularne linie kolejowe. Do nich należy także czerwony pociąg stojący kawałek dalej: to klasyczny czechosłowacki wagon motorowy 810, pierwszy raz widzę go na regularnym ruchu w Polsce i u polskiego przewoźnika!


Z dworca idę zrobić zakupy, a potem maszeruję w kierunku najbliższej świątyni, którą jest cerkiew świętego Mikołaja. Pierwotnie unicka, teraz prawosławna. Ładna, murowana i remontowana.


Na placu za kościołem najnowszy obiekt w Zagórzu - Pomnik Nieznanego Konfederata Barskiego. Jak na "nieznanego" to ma całkiem znaną twarz.


Konfederaci barscy idealnie pasują do dzisiejszych czasów: fanatyczni katolicy, którym wydaje się, że są patriotami. Nie lubili obcych, cudzoziemców i nowinek, a także innowierców. Niby walczyli z Rosją, ale tak naprawdę działali zgodnie z niej interesami. Czy to czegoś czasem nie przypomina?

Mimo wczesnej godziny robi się coraz cieplej, więc idę usiąść sobie na zacienionym brzegu Osławy. Tę rzekę będę spotykał dzisiaj jeszcze wielokrotnie.


Do śniadania kupiłem sobie takie coś 😊.


Bardziej pasowałby "Duch Osławy", ale niech będzie i San... Ogólnie to średnie.

Na posiłek wybrałem się tutaj nie tylko ja, w konsumpcji towarzyszy mi czapla.


Wracam na dworzec. W kierunku Bieszczadów postanowiłem pojechać pojazdem szynowym - stałe, codzienne i całoroczne kursy do Komańczy reaktywowano dopiero rok temu. Szynobus już stoi.


W środku przyjemny chłodek z klimatyzacji i obsługa. Innych pasażerów brak. Jest nawet automat biletowy, lecz psuje się akurat w momencie kiedy zamierzam z niego skorzystać 😏.

Czekamy jeszcze na przyjazd pociągu z Sanoka. Po jego przybyciu mój skład zapełnia się ludźmi... w liczbie sztuk dwóch. Starsza kobieta wysiadająca na najbliższej stacji i facet, znajomy konduktorki. On jedzie kawałek dalej. Przy takiej frekwencji nie zdziwię się, jeśli wkrótce połączenie znowu zlikwidują, więc tym bardziej trzeba korzystać z niego, póki działa.

Szynobus toczy się wolno, fotografuję kolejne mniej lub bardziej zapomniane przystanki.


Zielone krajobrazy Pogórza Bukowskiego, później przechodzące w Beskid Niski i Góry Sanocko-Turczańskie.



W Komańczy-Letnisku widzę z okien grupę seniorów w obuwiu relaksacyjnym podążających w kierunku schroniska. W Komańczy właściwej (Команьча) jako jedynego turystę powinni mnie powitać chlebem i solą, lecz dworzec jest pusty. Konduktorka pyta się, czy będę także z nimi wracał, ale ja - rzecz jasna - mam zupełnie inne plany.


Zegarek pokazuje kwadrans przed 10-tą, a temperatura osiągnęła już taką wysokość, że można się wściec! Bez zbędnych ceregieli ruszam w drogę mijając drewniany kościół katolicki z 1950 roku. Nawet ładny, lecz gdzie mu tam do okolicznych cerkwi...


Na słupach są czerwone ślady Głównego Szlaku Beskidzkiego. Rozgrzanym asfaltem prowadzi mnie na zachód na mostek nad Osławicą.


Następnie odbijam w polanę i w las.


Po przekroczeniu niewielkiego potoku trafiam na miejsce, gdzie w 1943 hitlerowcy rozstrzelali kilkudziesięciu Cyganów złapanych w okolicy. Upamiętniono je pozbawionym napisów kamieniem otoczonym łańcuchem. Kiedyś zastanawiałem się z Eco, czy ten pomnik rzeczywiście istnieje, bowiem na większości map go nie zaznaczono. No i faktycznie jest.


Wspinam się do góry - to chyba największe podejście, jakie mnie dzisiaj czeka. Następnie trochę płaskiego i mocno w dół. Przyjemny, leśny odcinek.


Wychodzę w dolinie, gdzie kiedyś znajdowały się Prełuki (Прелукы, w latach 1977-81 Przełęcz). Szerokie betonowe płyty wyglądają jak lądowisko.


Kilka dni przed wyjazdem zauważyłem na mapie, że droga, którą będę teraz szedł przez długi czas, jest prawdopodobnie asfaltowa. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że wyleją asfalt na takim zadupiu! Perspektywa wielokilometrowego wędrowania tym utwardzeniem w upalnych warunkach niezbyt zachęcała, ale na zmianę planów było już za późno, a poza tym i tak chciałem przejść tę trasę.


W tym miejscu ponownie spotykam Osławicę wyznaczającą granicę między Beskidem Niskim a Bieszczadami, i także pomiędzy Beskidami Zachodnimi i Wschodnimi. Uwzględniono ten podział stawiając kilka tablic z opisami. Przydałoby się tu zabrać tych "ekspertów", którzy z uporem maniaka twierdzą, że Komańcza to także Bieszczady...



Przechodząc most znalazłem się zatem w Bieszczadach 😊, ale ponieważ rzeka mocno kręci i będę ją przecinał jeszcze kilka razy, więc w Beskid Niski powrócę. 


Prełuki teoretycznie nadal istnieją jako wioska, lecz składa się na nie ledwie kilka domów i około 10 mieszkańców. Sto lat temu liczyły blisko 350 dusz...


Żar leje się z nieba, asfalt się topi, ale gdy złapałem swój rytm, to idzie się nawet nieźle. Jak podejrzewałem - ruchu tu praktycznie brak, nie licząc jednego samochodu jadącego z naprzeciwka i mijającego mnie roznegliżowanego rowerzysty.

Od czasu do czasu spotykam pozostałości po bieszczadzkiej wąskotorówce, która kiedyś jeździła aż do Rzepedzi: mosty oraz zarośnięte szyny.


Po trzech kwadransach docieram do Duszatyna (Душатин). Wioska rozciągała się w dolinie prowadzącej w kierunku jeziorek, ale na rozstajach stała cerkiew i znajdował się cmentarz. Po tej pierwszej nie ma śladu, po nekropoli mamy cerkwisko, czyli wykoszoną łąkę z jednym grobem i symbolicznym głazem. Grób jest z roku 1944.



Z kolei przy drodze stoi sezonowy bar. Na szczęście jest otwarty. Prowadząca go kobieta wita mnie słowami:
- W taki upał nie chodziłabym z plecakiem nawet jakby mi zapłacili!
Mnie nikt pieniędzy nie dał, więc muszę chodzić 😏. Pytam się o piwo.
- Jest świeżutki i zimniutki Leżajsk.
Nie jestem w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście taki świeżutki, bo wali żelastwem jak każdy Leżajsk, ale zimny na pewno, więc dobrze gasi pragnienie. Robię sobie prawie godzinną przerwę.


Główny Szlak Beskidzki skręca na jeziora, a ja idę dalej wzdłuż rzeki. Przede mną kilka brodów, co najmniej czterokrotnie będę przekraczał Osławę i zmieniał pasma górskie. Co chwilę widać opuszczoną infrastrukturę kolejową, łącznie z dość sporymi mostami.



Przy pierwszym brodzie górskie buty zamieniam na sandały i od tego momentu maszeruje się bardzo przyjemnie, mimo, że to zwykłe, plastikowe laćki 😏.


Postanawiam też próbować łapać stopa. Na tym odcinku drogi jest co prawda zakaz ruchu bez specjalnego zezwolenia, ale nie wszyscy się tym przejmują. Pędzą na mnie dwa wypasione wozy z kujawsko-pomorskiego. Macham, minęli i wpadli na płyty. Kierowca drugiego pokazał niezidentyfikowany znak, jakby odkręcał butelkę, a mogło to znaczyć: "mam cały wolny tył i ciebie w dupie".


Trudno, idę dalej. Na niebie pojawiają się chmury i czasem zakrywają słońce przynosząc krótkotrwałą ulgę.




Udaje mi się złapać podwózkę kolejnym samochodem, tym razem na pewno legalnym. Właściciel auta jedzie do Mikowa, więc przejeżdżam z nim tylko około kilometra, ale zawsze to coś. Wychodzę przy ostatnim z zaznaczonych na mapie brodów (ale możliwa jest także przeprawa mostem), więc stwierdzam, że urządzę sobie tutaj wczesnopopołudniową pauzę.



Wskakuję do potoku Mikowego. Rozgrzane ciało na zimną wodę reaguje krzykiem 😏.


Wypijam piwo, wcinam ciecierzycę z puszki i kabanosy (nie z puszki). Ogarnia mnie błogość i stan radości, który występuje tylko podczas wyjazdów: kiedy wszystko się układa, pogoda dopisuje i człowiek nigdzie się nie spieszy...

Po odpoczynku ruszam dalej. W oddali pojawiają się górki.


Mniej więcej na wysokości "schroniska nad Smolnikiem" fotografuję krzyż z 1898 roku...


...i łapię autostopa: starsza para zawozi mnie transporterem do centrum Smolnika (Смільник) obok drogi do cerkwi. Leżąca obok asfaltu skrzynka z butelkami służy chyba jako dodatkowy drogowskaz...


Podążam do cerkwi. Nie zbudowano jej z drewna, ale i tak to ciekawa konstrukcja, zwłaszcza w zestawie z dzwonnicą.


Świątynia stanęła w Smolniku w 1806 roku, lecz konsekrowano ją dopiero prawie 40 lat później. Aż do 1947 roku służyła grekokatolikom, potem na przemian była zamknięta i używana przez katolików obrządku łacińskiego. Obecnie należy do parafii w Nowym Łupkowie i tylko patron cały czas jest ten sam: święty Mikołaj.


Podobno w środku znajduje się piękny ikonostas, ale przez uchylone drzwi prawie nic nie widać. Napisy w cyrylicy nad wejściem nie zostały zniszczone, to cieszy.


Wokół kościoła trochę grobów, cmentarz nadal jest używany.



Tymczasem na horyzoncie czai się zło... Prognozy zapowiadały popołudniowe burze i wygląda na to, że się sprawdzą. Pytanie tylko czy dorwą i mnie, czy może przejdą bokiem?


Na razie się tym nie przejmuję i podziwiam widoki.


Smolnik miał szczęście i dotrwał do naszych czasów, choć liczba mieszkańców jest dziesięciokrotnie mniejsza niż przed wojną, a Rusinów już tu raczej nie spotkamy. Za to działa sklep! Taki, przy którym od razu chce się usiąść.


W przysklepowej wiacie degustuje sobie dwóch dżentelmenów. Witam się z nimi, zostawiam plecak i idę po coś chłodzącego. Następnie spędzamy przyjemnie czas dyskutując o tym i o owym, przewalają się miejscowi na zakupach i turyści. Ogólnie jest fajnie, choć mój niesmak wzbudziło chwalenie się jednego rozmówcy tym, jak pomógł swojemu psu odejść na tamten świat:
- Stary już był, więc wziąłem siekierkę i go trzonkiem w nos zdzieliłem. Po problemie. Z paroma kotami też.
Widać, że pewne metody na polskich wsiach się nie zmieniają. Jego kolega też jest zdegustowany taką akcją, na co tamten odpowiedział złośliwym rechotem... Ech.

No dobra, znowu się zbieram do dalszej drogi. Po chwili widzę z boku łemkowską chyżę. Okazuje się, że teraz mieszka w niej piwosz spod sklepu. Podjeżdża na rowerze, zaprasza na podwórze i do środka, pozwala fotografować.


Obiekt nie jest w najlepszym stanie. Budynek gospodarczy, widoczny po prawej, dosłownie chyli się ku upadkowi, to nie żadne zwichrowanie obiektywu. Ostatni remont robiony był pewnie dawno temu.



W środku chałupy czuję się trochę jak w skansenie. Tylko patrzeć jak wyjdzie babuszka w chuście... ale nie, dzisiaj mieszka tu tylko jedna osoba. Gospodarz z dumą pokazuje wiszące na ścianie zdjęcie Marcina Dorocińskiego, z którego udziałem kręcono w obejściu film (nie pamiętam tytułu).


Z kolei w szopie interesujące są wyryte na belkach stropu krzyże i jakieś symbole w kształcie koła. Miały chronić przed nieszczęściem albo zapewniać Bożą opatrzność? Szkoda, że nie zachowała się żadna data aby określić rok budowy.


Żegnam się po raz drugi z towarzyszem spod sklepu i po chwili ostatni raz przekraczam Osławę. Kawałek dalej widzę budynek przypominający młyn.


Zarośnięty węzeł wąskotorowy. Składy kolejki bieszczadzkiej kursowały do Smolnika jeszcze w latach 2009-2011, potem je zawieszono i chyba nie ma szans na przywrócenie. Nie przeszkadza to ustawiać znaków STOP-u, aby kierowcy musieli się zatrzymać przed pociągiem, który nie nadjedzie.



Podobna sytuacja jest na szosie wojewódzkiej - przejazd kolejowy nie używany od dwóch dekad, a znaki wyglądają na nowe! Trudno się dziwić, że przeciętny użytkownik samochodów nie zwraca uwagi na oznaczenia, bo podobnych "kwiatków" jest w Polsce cała masa!



Wreszcie schodzę z asfaltu, odbijając z drogi nr 897 na szuter, skrót do Nowego Łupkowa (Новий Лупків). Szedłem tędy tylko raz, podczas pierwszej wizyty w Bieszczadach kilka lat temu. Jako dodatkową atrakcję mam coraz wyraźniejsze pomruki burzy, która skrada się gdzieś za mną.


No polach ponownie pojawiają się ślady Bieszczadzkiej Kolejki Wąskotorowej. Ten odcinek pozostaje nieczynny od 1994 roku, kiedy to zakończyła swoją działalność jako podmiot państwowy. Krzyże świętego Andrzeja rdzewieją już ćwierć wieku.



Jakieś ruiny, możliwe, że dawnego PGR-u. I droga do nadal działającego zakładu karnego, w którym kiedyś zbyt krótko trzymali Macierewicza.



Nowy Łupków jawi się w okolicy jako prawdziwa metropolia - oprócz dużego sklepu posiadają znaną wśród turystów knajpę 😏. Pierwsze kroki kieruję więc tam.


Zostawiam plecak i idę na wieś. Zaglądam na stację kolejową, gdzie w przeszłości stykały się tory normalne z Zagórza i wąskotorowe z Cisnej. Pociągi standardowe nadal tu dojeżdżają, ale tylko w weekendy i w wakacje, w inne dni kończą kurs w Komańczy, jak mój poranny. Co ciekawe - budynek wąskotorówki wygląda lepiej, niż ten od składów normalnotorowych. A w tle coraz ciemniejsze niebo i odgłosy uderzeń pioruna.



Wśród traw stoją trzy niszczejące wagony, kiedyś reprezentacyjne salonki polityków. Korzystał z nich Gierek, Jaruzelski, Wałęsa i Kwaśniewski. To niby skansen kolejowy, choć nie mam pojęcia na jakich zasadach on działa.


A z innej beczki: gdyby się spytać przeciętnego turystę gdzie leży Łupków, to zapewne większość odpowiedziałaby, że w Bieszczadach. Część bardziej zorientowanych dodałaby, iż na pograniczu z Beskidem Niskim. Od "zawsze" tę granicę wyznaczała przełęcz Łupkowska ze swoim słynnym tunelem. Niedawno jednak powstał nowy podział polskich gór autorstwa wielu mądrych głów. Po jego obejrzeniu człowiek może się mocno zdziwić, a czasem popukać się w czoło. Według tego podziału całość Łupkowa przeniesiono w Beskidy Zachodnie, w Beskid Niski, gdyż nową granicą jest potok Smolniczek. Zatem od godziny, kiedy zboczyłem z drogi wojewódzkiej, jestem ponownie w Niskim. No cóż, ja pozostaję wierny tradycyjnemu podziałowi Kondrackiego, a ten świeży podział traktuję jako... zabawną ciekawostkę 😏.


Po zrobieniu zakupów wracam do baru. W tle cały czas hałasują grzmoty i świecą błyskawice. Burza jednak do nas nie dotarła, ale następnego dnia dowiedziałem się, że w Cisnej leciał grad i poczynił sporo szkód.


Przez knajpę przewala się dużo ludzi, zarówno miejscowych, jak i turystów. Na pewien czas dosiada się do mnie koleś, który - podobnie jak ja mam w planach - śpi w Starym Łupkowie, ale on w obiekcie luksusowym, bo posiadającym dostęp do łazienki 😏. Potem przysłuchuję się rozmowom Łupkowian... Głównym tematem jest dojazd do Humennego na Słowacji - ktoś tam ma jutro kogoś odebrać.
- Chłopie, to kawał drogi, tak ze 120 kilometrów - rzuca jeden z zaaferowanych dyskutantów.
- No co ty, maksymalnie 40 - ripostuje drugi.
W rzeczywistości jest około 70 kilometrów.
- I tak pojadę - stwierdza przyszły kierowca. - Ale co ja muszę mieć ze sobą za dokumenty? Polskie prawo jazdy wystarczy? Jakieś dodatkowe papiery?
I w tym momencie uświadomiłem sobie, jak ci ludzie niewiele wiedzą o sąsiadach żyjących za miedzą. Dosłownie za miedzą, bowiem granica oddalona jest od nas może o jakieś 3 kilometry... Przestaje mnie dziwić, że można całe życie mieszkać w takim miejscu i kompletnie nie mieć pojęcia, co się tam dzieje. A następnie wierzyć politykom, którzy wmówią, że granda, banda, terroryzm, drożyzna i rozpusta.


Około godziny 20-tej zbieram się na ostatni odcinek dzisiejszego dnia: szutrówkę w kierunku Starego Łupkowa. Do niedawna biegł nią niebieski szlak, teraz przerzucili go w las na drugą stronę torów.

Chmury i słońce odgrywają przede mną ładny spektakl, nic go nie zakłóca.






Pojawiają się oznaczenia szlaku, który wyszedł z lasu i tak jak dawniej prowadzi wzdłuż Smolniczka, tam gdzie kiedyś znajdowały się zabudowania wsi. Mijam cerkwisko i przekraczam potok, a to oznacza, iż wróciłem w Bieszczady 😛. Taa-daam! O ile w nowym podziale Nowy i Stary Łupków leżą w Beskidzie Niskim, o tyle Chatkę na Końcu Świata łaskawie zostawiono tam, gdzie zawsze była...


Po chwili pojawia się charakterystyczna sylwetka schroniska. Pierwszy raz jestem tu wiosną (a patrząc na pogodę to wręcz latem).


Nadzwyczajnej frekwencji nie ma, mimo, iż w końcu mamy piątek. Przy ognisku biesiaduje kilku facetów z dużego miasta. Nieco już wciętych i głośnych, ale w miarę kulturalnych. Oprócz nich nocować będzie może jeszcze z pięć osób, w tym starzy bywalcy, a nawet chatkowy z lat 80-tych. Dołączam się do nich i wieczór przelatuje na rozmowach wszelakich. Na koniec dosiadamy się do ekipy ogniskowej, lecz z powodu planów na jutrzejszy dzień zabawię tam dość krótko...


A z dzisiejszej wędrówki jestem bardzo zadowolony i nawet ten asfalt jakoś mocno nie przeszkadzał. Plastikowe sandały spisały się znakomicie, udało mi się w nich dotrzeć do samej chatki bez żadnej kontuzji 😏.

9 komentarzy:

  1. Intryguje mnie to obuwie relaksacyjne u emerytów - klapki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klapki, sandały, adidasy i chyba dostrzegłem japonki ;) W sam raz aby pójść na obiad do PTTK-u :D

      Usuń
    2. Odkąd zobaczyłam Rosjankę w drewnianych chodakach (!) ostro popylającą pod górę po śliskich skałach przy twierdzy w Sudaku (Krym), zaczęłam doceniać walory obuwia relaksacyjnego ;-)

      Usuń
    3. Kobietę w chodakach widziałem kiedyś na Krywaniu. Co prawda na tym fatrzańskich, ale jednak ;)

      Usuń
  2. Po tej wycieczce, zasłużyłeś na dumne miano sandałowego włóczykija. ;)
    Ja jakoś nie potrafię przekonać się, do tego typu obuwia na szlaku. Mimo że nieraz skwar, to i tak zawsze łażę w zakrytych, choć oczywiście niejednokrotnie przekonywano mnie do założenia czegoś przewiewniejszego. Dobrze chociaż, że nie mam kłopotów z nadmierną potliwością stóp. ;)
    Fajne zadupia odwiedzałeś. Szczególnie urokliwie zrobiło się pod koniec, po tych po- burzowych iluminacjach.

    P.S. Te wynaturzenia geografów, są doprawdy śmieszne (choć często też irytujące). Nie wiem...może to jakaś forma podnoszenia sobie samooceny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szlak też bym się nie wybrał w sandałach, ale tu się nieźle sprawdzały :) Nawet odcinek po drodze szutrowej i potem przez pola do chatki był w nich przyjemny.

      PS>Geografowie są w sumie po to, aby ciągle coś na ziemi dzielić, inaczej skąd byśmy wiedzieli, gdzie jesteśmy? :) Ale faktycznie często ich nowe propozycje mogą budzić zdumienie...

      Usuń
  3. Tym wpisem przypomniałeś mi ulubione trasy z czasów studenckich, mam wrażenie jakby czas się tam zatrzymał. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W niektórych miejscach faktycznie czuć klimat poprzedniej epoki ;) Pozdrawiam również!

      Usuń
  4. Nigdy nie byłem w Bieszczadach, tak więc z ciekawością przeczytałem wpis. Nie jestem w dodatku zmotoryzowany a tamtejsza komunikacja jest fatalna, nawet w sezonie.
    Też jestem hanysem i też wędrującym ;)
    Toteż zapraszam wszystkich na moją stronę: http://fotowojaze.pl/

    OdpowiedzUsuń