środa, 7 listopada 2018

Turzovská vrchovina czyli jak odwiedzić cztery pasma górskie w ciągu kilku godzin.

Słyszeliście o górach noszących nazwę Turzovská vrchovina? Ja jeszcze do niedawna nie. I trudno się dziwić.

Pasmo to znajduje się w zachodniej części Kysuc, między doliną rzeki Kysucy a granicą słowacko-czeską. Jest ono niewielkie - powierzchnia wynosi nieco ponad 200 kilometrów kwadratowych. 

Problem w tym, że uznają je jedynie Słowacy. Dla Czechów to południowe, słowackie stoki Beskidu Śląsko-Morawskiego. Podobnie stanowi polski podział. Słowacy jednak lubią dzielić własne góry po swojemu z uwzględnieniem granic państwowych, podobnie jak w przypadku Kysuckich i Orawskich Beskidów. Trudno o bardziej sztuczne rozdzielenie - przecież słupki graniczne niczego nie zmieniają, geologicznie i krajobrazowo to ciągle to samo pasmo. Skoro jednak postanowiłem pojechać w słowackie góry, to wypadałoby przyjąć ich regionalizację, nawet jeśli wydaje się nielogiczna. Albo chodzić po kilku pasmach jednocześnie, o czym jeszcze napiszę 😛.


W tym roku długo nie udawało mi się wybrać na wędrowanie po szlakach z tatą. Okazja wreszcie nadarzyła się dzień po Wszystkich Świętych.
- Tradycyjnie Czechy? - pytam.
- Może tym razem Słowacja? - zaproponował tata.
No dobra. Usiadłem nad mapą aby znaleźć jakiś ciekawy region, do którego nie trzeba byłoby zbyt długo jechać. Przypomniałem sobie pewne schronisko, gdzie osiem lat temu byłem na zlocie popularnego wówczas Forum Beskidzkiego. Zdawało mi się, że obiekt ten leżał w Jawornikach (Javorníky), ale byłem w błędzie - to właśnie teren "nieznanej" Turzovskiej vrchoviny. Międzynarodowe rozbieżności w sprawie istnienia lub nieistnienia tego pasma były kolejną zachętą - chodzenie po górach, których nie ma, to zawsze dodatkowa atrakcja.

W piątkowy poranek wita nas bezchmurne niebo. Prognozy pogody były niejednoznaczne, ale optymistyczne. W miarę zbliżania się do celu przybywało chmur - np. Lysá hora była całkowicie niewidoczna.

Po ponad stu przejechanych kilometrach parkujemy przy dużych budynkach przejścia granicznego Makov-Bílá. Jego lokalizacja też jest ciekawa, bowiem znajduje się około czterech kilometrów poniżej właściwej granicy. W wyniku takiego umiejscowienia kilka słowackich przysiółków zostało odciętych od reszty kraju: Czesi mogli do nich dotrzeć od swojej strony bez kontroli granicznej, natomiast Słowacy musieli przejechać przez oficjalne przejście graniczne. Dziwne. Choć patrząc na mapę to częściowo racjonalne, lecz o tym również wspomnę później.


Kawałek idziemy ruchliwą drogą nr 10. Wstępujemy do sklepiku sprzedającego swojskie sery; wybór spory. Za 3 euro kupujemy paczkę korbáčików, której nie udaje nam się zjeść do końca dnia.


Z tego miejsca zielony szlak prowadzi w kierunku grani. Mijamy kilka chałup tworzących osiedle Riečky. Ściga nas jakaś młodzieżowa grupa, lecz ostatecznie oni chyba nie idą w góry.




Na tej wysokości lasy są jeszcze kolorowe, wyżej dominują już drzewa iglaste.


Przecinamy Pisárovci - kolejny górski przysiółek.



U niektórych wzbudzamy wielkie zainteresowanie 😏.


Na niebie trwa walka żywiołów: słońce co rusz zakrywane jest pasami chmur ciągnącymi ze środka Słowacji. Z kolei temperatura wysoka, musiałem rozebrać się do krótkiego rękawka, bo było mi zbyt ciepło.


Następna szeroka polana na której stoją pojedyncze zabudowania gospodarcze. Tu czuć, że jesień jest w zaawansowanym etapie, a nie dopiero na początku swojego kalendarza.



Łączymy się z czerwonym szlakiem biegnącym z Makova. To znak, że jesteśmy już niedaleko pierwszego celu.


Sedlo nad Bitálovcami to trzy węzły szlaków niedaleko siebie. Kilkukrotnie skręcamy...


...i pojawiają się słupki graniczne a wraz z nimi Chata Kmínek. To właśnie w niej odbył się zlot forumowy w 2010 roku.


Schronisko ma bardzo ciekawe położenie: budynek mieszkalny leży na Słowacji, a kapliczka, magazyn i basen w Republice Czeskiej. Granica biegnie wzdłuż drogi, a czasem dziwnie ją przecina.

Szlakowskazy wystawili u Słowaków Czesi, ale szlaki schodzące w głąb Słowacji mają podane czasy przejść, a nie kilometry.


Według czeskiej regionalizacji cały czas jesteśmy w Beskidzie Śląsko-Morawskim, według słowackiej - w Turzovskiej vrchovinie. Chyba, że zapragniemy zajrzeć na basen albo do pobliskiego domku, wtedy też będziemy w Śląsko-Morawskim. Kuriozum!



(Pierwsze zdjęcie: widok ze słowackiej strony na czeską chatkę, drugie zdjęcie: schronisko widziane z Czech, aczkolwiek miejsca do siedzenia i sąsiednie konstrukcje należą jeszcze do terytorium czeskiego).

W praktyce na tablicach i opisach w ogóle nie pojawia się słowacka wersja geograficzna, a jedynie nazwa "Beskidy". To nie jest błąd, bowiem Turzovská vrchovina zaliczana jest do Beskidów Zachodnich, choć oczywiście w żaden sposób czechosłowackie podziały górskie nie pokrywają się z polskimi.


Zastanawia mnie w jaki sposób działało to przed wejściem do Schengen? Klienci schroniska zapragnąwszy schłodzić się basenie musieli brać ze sobą paszport albo inny dokument uprawniający do przekroczenia granicy?? Jak dobrze, że takie absurdy zostały (przynajmniej na razie) zlikwidowane!


Wchodzimy do środka. Jest poza sezonem, więc menu skromne, ale posiadają m.in. zupę czosnkową 😊. Oprócz nas spotykamy tylko jedną parę turystów, ale w weekendy z racji łatwego dojścia trafiają tu prawdziwe tłumy spacerowiczów.


Schronisko wybudował w 1948 roku niejaki Vincent Kmínek przy starszej gospodzie. Po upadku komunizmu planowano postawienie nowego hotelu górskiego, a stary obiekt miał służyć robotnikom, a potem zostać zburzony. Na szczęście nie udało się zrealizować ani jednego ani drugiego.


Na dworze niebo zaciągnęło się mocno chmurami. Zupełnie inaczej niż zapowiadali meteorolodzy, gdyż według nich największe zachmurzenie miało być około godziny 10-tej, a potem oczekiwane były coraz większe przejaśnienia. Fajna ta ich praca - można wciskać ludziom dowolne bzdury, a konsekwencji z tego żadnych.

Wracamy się do najbliższego rozwidlenia szlaków. Teraz pójdziemy czerwonym biegnącym cały czas wzdłuż granicy.


Przyglądam się dokładnie granicznym słupków - wydają się dziwnie znajome. Z jednej strony wykuta litera S, z drugiej wgłębienie i namalowane C. Ależ tak, to są znaki z okresu II wojny światowej z ówczesnej granicy Protektoratu i Państwa Słowackiego! Bardzo podobne do tych w Beskidzie Żywieckim i Niskim! Różnica jest taka, że na tamtych zagipsowano "nieodpowiednie" litery, a tutaj pozostawiono S i skuto D.


Graniczna ścieżka jest przez większość odcinka płaska. Co jakiś czas mijamy domki letniskowe, stojące głównie po czeskiej (morawskiej) stronie.


Czasem pojawiają się widoki w kierunku północnym z Lysą horą (Gigulą), Smrkiem i Travným. Wygląda na to, że mają tam więcej słońca niż my.


Trujoki ślimakom smakują.


Po słowackiej stronie widać niewiele...


A tu znowu spojrzenie na Śląsko-Morawski.


Przy szczycie Beskyd (900 metrów n.p.m.) stoi "słup współpracy czesko-słowackiej". Forma dość osobliwa: orlica trzyma w szponach tarczę z godłem Słowacji. A gdzie tu czeskie elementy? Chyba, że chodzi o nawiązanie do pierwszego herbu Królestwa Czech, którym był właśnie ten ptak?


Przy Beskidzie znajduje się Masarykova chata. Nazwa wskazuje, iż wybudowano ją po czeskiej stronie szlaku, bowiem Słowacy nie mają wielkich powodów do miłości w stosunku do pierwszego prezydenta.


Dzisiaj to wielki, dość bezpłciowy budynek, ale pierwotnie funkcjonowało tu drewniane schronisko wystawione w 1924 roku przez Klub Czechosłowackich Turystów. W 1952 spłonęło, gdy jeden z pracowników obsługi chciał się popisać przed nocującymi dziewczynami i do lampy naftowej nalał benzyny, a ta po podpaleniu eksplodowała. Ogień błyskawicznie zajął cały magazyn i odciął ludziom drogę ewakuacyjną, musieli uciekać przez okna. Następnie wybuchły zapasy paliwa (800 litrów), tak że pożar było widać podobno nawet z Ostrawy. Przypadkowo zdarzyło się to w dzień urodzin patrona, więc bezpieka podejrzewała sabotaż (tylko jakiego autorstwa?).

W każdym razie przez kilkanaście lat w miejscu tym nie było żadnego obiektu dla turystów, dopiero w 1970 wybudowano nowy, który kilka lat  temu mocno "unowocześniono". Jadalnia jest nawet sympatyczna.


Tablica fundacyjna z pierwszego schroniska.


Nie byłem pewien czy chcę tu wchodzić, ale po usłyszeniu od taty: - Pewnie chciałbyś napić się piwa? - nie mogłem odmówić 😏. Oprócz Radegasta zamówiłem także utopenca 😊.


Tymczasem pogoda znowu się zmienia: wiatr przegnał większość chmur i niebo zrobiło się niebieskie.


Ruszamy dalej. Linia graniczna tworzy zygzaki, ale ktoś nie umiał się zdecydować jaka jest dokładna odległość miedzy słupkami: zniknęło całe 10 cm!


Te słupki to chyba przeniesiono z jakiś innych części państwa, bowiem są niższe i wyraźnie kiedyś były mocno wkopane w ziemię.

Idąc przez las podziwiamy kolory liściastych drzew. Ruch na szlaku niewielki i nawet fragmenty utwardzonej drogi nie przeszkadzają.





Szybciej niż zakładałem docieramy do przełęczy Bumbálka. To przez nią przechodzi ruchliwa droga ze Słowacji na Morawy.


Przy jednym ze słupków robimy sobie zdjęcie z faną 😊.


Ponieważ na przełęczy wszystko pozamykane jest na głucho, więc bez zwlekania podążamy dalej.


Wkrótce osiągamy Trojačkę, którą niektórzy mylnie traktują jako trójstyk morawsko-śląsko-słowacki. To faktycznie jest punkt, gdzie łączą się trzy terytoria, ale Ostravic, Karlovic i dawnego Królestwa Węgier, o czym przypomina słup z 1906 roku.


Na chwilę wchodzimy w głąb Republiki Czeskiej do nieodległej wieży widokowej Čarták. Zgodnie z moimi obawami jest ona zamknięta.


Mamy jednak szczęście: podchodzi jakiś facet z kilkoma rodzinami.
- Chcecie wejść na górę? Wpuszczę was za 50 koron (normalnie bilet kosztuje 20).
- Chcemy, zapłacimy.
- Żartuję, możecie wejść za darmo - uśmiecha się klucznik.
No to wleźliśmy. W 2010 roku też mieliśmy wizytę gratis, bo... w kasie nie przyjmowali euro.

131 schodów i 28 metrów wyżej umieszczono platformę widokową z zamykanymi oknami. Okoliczne drzewa są wysokie, wieża ledwo nad nimi wystaje.


Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że panorama dotyczy zachodniej części Beskidu Śląsko-Morawskiego. Po lewej stronie (nad polaną) Kněhyně, w środku Smrk, po prawej królowa Lysá hora. Wszystko stosunkowo blisko - 13-15 kilometrów od nas.




Wytężamy wzrok w kierunku Beskidu Śląskiego. Jest on oddalony o ponad 40 kilometrów i zasłonięty przez wcześniejsze szczyty, więc nie ma szans go dojrzeć. Z kolei na Słowacji nadal kłębią się chmury.



Stąd prawie w ogóle nie czuć jesieni, niemal wszystko jest zielone jak w inne pory roku.


Wracamy do granicy zahaczając o źródło Vsetínskej Bečvy, dopływu Bečvy, która jest dopływem Moravy, a ta jest dopływem Dunaju. Niestety, wyschnięte.


Trojački schodzimy lekko w dół i tam szlak rozpoczyna trawers mało wybitnej góry. My jednak wspinamy się prosto, wzdłuż słupków, bowiem przed nami Beskydok/Beskydek o wysokości 953 metrów n.p.m.. Nie ma z niego żadnych widoków, nie postawiono nawet tabliczki, ale to najwyższy szczyt Turzovskiej vrchoviny! Jest okazja zaliczyć kolejny punkt do Korony Gór Słowacji, więc ją wykorzystujemy 😉.



Według Czechów po ich stronie rozciągają się już Góry Wsetyńskie (Vsetínské vrchy). Mamy zatem trzecie pasmo odwiedzone dzisiejszego dnia, w dodatku to nasz debiut w ich progach 😏. Granica między nimi a Śląsko-Morawskim przebiega prawdopodobnie na Trojačce. Aby jeszcze trochę zamieszać, to dodam, że Czesi uważają, iż to nadal są Beskidy, natomiast Polacy już nie.


Wykopany słupek. VK to zapewne Velké Karlovice.


Schodzimy coraz niżej. Cienie robią się dłuższe, temperatura spada. Wkrótce ponownie stykamy się ze szlakiem. I tu znowu pokręcona sytuacja: na mapach oraz szlakowskazach widnieje kolor czerwony, a w terenie... żółty. Czy ktoś to w ogóle kontroluje??


Przecinamy dwie polanki. Przy dobrej widoczności widać z nich Fatry i Tatry. Dzisiaj musimy się zadowolić dachami kilku chałup oraz drogą nr 10.



Muchomor jaki jest każdy widzi.



Dochodzimy do asfaltu - to Makovský priesmyk/Makovský průsmyk, przełęcz oddzielająca Turzovską vrchovinę (lub Góry Wsetyńskie) od Jaworników (Javorníky). Tu definitywnie kończą się Beskidy.


Niemal równo na granicy (ale jednak po słowackiej stronie) stoi wysoki człowiek w płaszczu. To pomnik upamiętniający 1. Czechosłowacką Brygadę im. Jana Żiżki. Utworzona przez komunistów przedostała się do Protektoratu z ogarniętej powstaniem Słowacji. W tych okolicach partyzanci stoczyli we wrześniu 1944 roku najbardziej krwawą potyczkę z Niemcami na terenie współczesnej Republiki Czeskiej.


Robiąc zdjęcia przechodzę drogę, więc debiutuję także w Jawornikach! Kurde, cztery pasma w ciągu kilku godzin, to jest tempo!

Jadąc na zachód dotrzemy do Velkych Karlovic.


Po wschodniej stronie możemy wybrać między Machovem a Bumbálką. I to tłumaczy, dlaczego czesko-słowackie przejście graniczne było położone tak nisko (prawy dolny róg mapy - symbole stacji benzynowej): odcinek między dwiema przełęczami Czesi wykorzystywali jako najkrótsze połączenie swoich dwóch miejscowości. Gdyby zorganizować kontrolę graniczną centralnie w miejscach przecięcia granic, to musieliby być dwukrotnie zatrzymywani na krótkim odcinku.


Pozostał nam najmniej przyjemny fragment do przejścia: około trzech kilometrów "dziesiątką". Szosa jest bardzo tłoczna, dominują ciężarówki. Pobocza brak, więc idzie się mało komfortowo. Na szczęście nie musimy tędy iść po ciemku, czego się obawiałem.



Przy jednym z licznych zakrętów widzimy opuszczony dom przypominający czechosłowackie urzędy celne. Tylko położenie się nie zgadza, w końcu to był środek państwa.


Bez niebezpiecznych przygód wracamy do samochodu. Wycieczka okazała się bardzo sympatyczna 😊.

W drodze powrotnej do domu zahaczamy tradycyjnie o browar "U Koníčka" w Vojkovicach. Zjadam nakladanego hermelina, zatem udało mi się dziś skonsumować całą "wielką trójkę" moich ulubionych czeskich dań 😊.


Na wynos biorę piwo "Hektor" uwarzone z okazji 100-lecia niepodległości Czechosłowacji. Imię Hektor nosił koń prezydenta Masaryka, a ekstrakt wynosi 19,18%.


4 komentarze:

  1. No proszę!
    A u nas żadnego trunku jubileuszowego "Kasztanka"! Cóż za oburzające zaniedbanie! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak "Kasztanka" to mogliby sprzedawać np. nalewkę kasztanową tudzież o podobnym kolorze :D

      Usuń
  2. Ciekawe są te terminologiczno-geograficzne rozbieżności, szczególnie właśnie na terenach przygranicznych. Niektóre aż zabawne :)
    Ha...nie ma to, jak latać po górach w krótkich gaciach na początku listopada, nie? ;)
    Ja też niedawno biegałem w t-shircie po Sudetach, i tylko swoisty koloryt (bo na pewno nie temperatura) przypominał mi, jaka to pora roku. Fajny wypadzik. Dobrze że Twój tata wciąż w formie i co jakiś czas, możecie sobie uskuteczniać takie rodzinne wyjazdy.

    P.S.Masz dwie pary butów? Pytam, bo jeśli dobrze widziałem, to będąc z eco na Fatrze nosiłeś jakieś wyższe?

    Pozdrówka

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładna, atrakcyjna trasa. Czas spędzony z ojcem bezcenny.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń