poniedziałek, 15 stycznia 2018

Urwanie głowy na Pilsku!

Na początku grudnia zimy na nizinach i wyżynach nikt nie widział, natomiast obecna była już w górach. W dodatku była to zima złośliwa i mało przewidywalna, bowiem warunki turystyczne zmieniały się z dnia na dzień, zazwyczaj na niekorzyść. To wszystko spowodowało, że pierwotny plan weekendu w Beskidzie Żywieckim nie doszedł do skutku. Ponieważ jednak i tak miałem zarezerwowany nocleg na Hali Miziowej, to zmolestowałem kumpla i razem ruszyliśmy w sobotę rano w kierunku Beskidów.

Jeszcze w Żywcu nie było ani grama białego... Śnieg pojawił się dopiero w okolicach Korbielowa, a na przełęczy Glinne było już bardzo zimowo.


Po wyjściu z samochodu czuć nieprzyjemny chłód, wdzierający się pod ubranie. Brrr! Niebo, zgodnie z prognozą, całkowicie zaciągnięte. Na zegarku nie ma jeszcze nawet południa, więc po założeniu plecaków przechodzimy przez dawne przejście graniczne. W letnim okresie działa tam sklepo-bar, w którym się już kilkukrotnie stołowałem.


Tym razem już z daleka widać, iż to nieodpowiednia pora roku. Po wejściu do środka nie ma wątpliwości - bar zamknięty.
- A co chcieliście? - pyta sprzedawczyni.
- Posiedzieć w cieple, napić się czegoś...
Pani szybkim ruchem otwiera nam sąsiednią, "barową" salę 😉. 

Może z tym siedzeniem w cieple to lekka przesada, lecz i tak jest przyjemnie. Z głośników leci chrześcijańskie radio Lumen, więc wysłuchujemy m.in. Anioł Pański po słowacku, ale też całkiem miłą muzykę. Co jakiś czas wpadają klienci, w większości polskojęzyczni. Pojawił się też facet idący z dużą torbą podróżną od strony Korbielowa: kupił butelkę wina, pożyczył kieliszek, opróżnił całe... i polazł dalej na Słowację 😛.


W końcu pora się zebrać i ruszyć w drogę. Nie wiedziałem jakie warunki są pod Pilskiem, ale założyłem, iż szlak czerwony prowadzący w kierunku schroniska jest na tyle krótki, że damy radę nim przejść niezależnie od ilości śniegu. Nie pomyliłem się, w dodatku był on przetarty, więc podchodzenie nim nie nastręczało większych problemów.



Jeszcze tylko przejść przez las...


...i ukazuje nam się jedna z szerokich tras narciarskich. Zaczyna zmierzchać, więc już mało kto zjeżdża, za to pojawia się ratrak. Ostatnie podejście niczym po krzywym stole i w okolicach godziny 16-tej osiągamy progi schroniska na Hali Miziowej.


Okazuje się, że jesteśmy jedynymi, którzy dotarli tu piechotą! Cała reszta to narciarze. Meldujemy się w recepcji i ruszamy zrzucić klamoty do pokoju. I tu podwójne miłe zaskoczenie: cena za zbiorówkę jest niższa niż w wielu "klimatyczniejszych" obiektach, a na każde dwa pokoje przypada łazienka z prysznicem, więc nie trzeba latać w gaciach po korytarzach...

W jadalni czuć zbliżające się święta.


Do pokoju dokwaterowują nam ekipę rzeszowszko-śląską i trzeciego (ostatniego) pieszego turystę na całe schronisko, który przyjechał z Cieszyna. Wieczór spędzamy na sympatycznej integracji 😉.


Niedziela, według prognoz, miała być bezchmurna z piękną pogodą. Czuję więc duży zawód widząc rano z okna okolicę - szaro i buro! Na szczęście z każdym kolejnym kwadransem zaczyna się przejaśniać.



Przez jadalnię przelewają się tłumy w kaskach i butach narciarskich. Spotykam też kolegę, który ostrzega, iż na górze strasznie wieje. Ciężko mi w to uwierzyć, bowiem pod schroniskiem jest spokojnie.

Idę porobić trochę zdjęć: Babia Góra w chmurach!



No dobra, trzeba się zebrać i ruszyć na Pilsko.



Na trasie narciarskiej mija nas jakiś kretyn, który wrzeszczy, aby nie łazić po stoku. Chciałem mu odkrzyczeć, żeby nie jeździł po szlaku, ale już zniknął w dole. Sam jestem narciarzem, lecz takie typy to powinny być trzymane w zoo...


Z każdym metrem wysokości wiatr przybiera na siłę. Po dojściu do granicznych słupków wieje już ostro, ale jest pięknie.





Atakujemy Pilsko. Wiatr się dalej wzmaga.


Wokół nas zadymka, ale panorama Beskidów wydaje się taka spokojna. Przed nami doskonale widoczna Hala Rysianka z Romanką, z tyłu Barania Góra (23 km) i Wielka Czantoria (40 km). Na lewo w oddali Beskid Śląsko-Morawski (ok 50 km), lecz Lysa hora jest zasłonięta.



Zadymka przybiera na sile.





Na polskim szczycie Pilska mamy już do czynienia z wichurą: wiatr jest tak silny, że trudno ustać na nogach.



Szlaku w kierunku słowackiego szczytu nie widać! Człowiekowi wydaje się iż wie, gdzie iść, w końcu byłem tu nie raz (ostatnio w czerwcu), ale przy tej pogodzie wszystko zlewa się w jedno.


Chcieliśmy schodzić niebieskim na przełęcz Glinne, ale także tej ścieżki nie jestem w stanie odnaleźć! Jest pierwszy słupek i dalej nic! Masakra!




Zwycięża rozsądek i postanawiamy zawrócić do schroniska, bo łatwo tu pobłądzić, a nie chcemy wylądować gdzieś po słowackiej stronie. Na dzisiaj musi nam wystarczyć tylko ten szczyt Pilska... Termometr na Hali Miziowej pokazywał -7 stopni, ale u góry odczuwalna była zapewne taka, jak podczas styczniowych mrozów w Łupkowie!



Niżej trochę się uspokaja, więc znów można stanąć w normalnej pozycji. Gdy w końcu łapiemy oddech okazuje się, że po raz pierwszy w życiu zamarzły mi powieki i rzęsy 😛.


Niebo przybiera barwy późnego dnia...



To zdjęcie unaocznia, jak mały zasięg miała ówczesna zima - najbliższa miejscowość jest na zielono.


Zahaczamy jeszcze o schronisko na krótki odpoczynek...


...i schodzimy do przełęczy Glinne, gdzie zostawiliśmy samochód. Za dużo nie przeszliśmy w ten weekend, ale jakie emocje 😉.

14 komentarzy:

  1. Polski Beskidyzm Zimowy bywa ciężki, ale w momencie gdy szlaku nie widać, lepiej zawrócić. Bezpieczeństwo przede wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co udawać bohaterów! Śledząc naszą trasę wyszło, że kierowałem się dobrze w kierunku przełęczy, ale w terenie w ogóle tego nie było widać. Zabłądzi cżłowiek na Słowacji, bez ubezpieczenia i będzie problem.

      Usuń
  2. Tak, Słowacy pewnie by pomogli, ale zapłacić by kazali ;) Niemniej zima beskidzka przecudnej urody :) Nawet jeśli nie jest łatwo, to potem się wspomina miło ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza wspomina się miło, gdy człowiek później siedzi w ciepłym :D

      Usuń
  3. O matulu! W tej kurteczce pewnie wypizgało Cię za wsze czasy. Mam nadzieję że nie skończyło się zapaleniem płuc?

    Mój znajomy miał poprzedniej zimy podobną przygodę w Karkonoszach (tam w sumie to norma). Jak wpadli w zadymę na zboczach Małego Szyszaka, to z wielkim trudem odnaleźli drogę do "Odrodzenia". Jak opowiadał, jeszcze trochę i skończyło by się na odmrożeniach palców u rąk. Zima w górach ma swoje prawa i nie oszczędza nikogo.

    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurtka ma już kilkanaście lat, więc niewiele zostało z jej dawnej jakości, ale jak się pod nią coś dobrego podłoży to jeszcze daje radę ;) A i czasem wystarczy krótka chwila, aby się odmrozić...

      Usuń
  4. pogoda moze nie byla super, ale zdjecia ze szczytu genialne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W niższych partiach było bardzo ładnie (bo słonecznie), tylko w wyższych ten cholerny wiatr :P No i chyba rano tak nie wiało.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Bo zima w górach jest nastrojowa :) Tylko jej mało :(

      Usuń
  6. Hej, dysponujesz trackami gps ze swoich wedrowek? Gdzies gdzie mozna podejrzec trasę dokladna drogi? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę podesłać Ci na maila, bo nawet nie wiem jak można by je tutaj umieścić :)

      Usuń
  7. A z czym smigasz? jakis zegarek sportowy? zrzucasz na jakies portale sprotowo-spolecznosciowe? Strava? Endo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam Garmina którego dostałem od brata i wgrywam do endomondo, ale z widocznością tylko dla znajomych

      Usuń