czwartek, 21 kwietnia 2016

Bieszczady na dziko: Terka - Tworylne - Krywe - Zatwarnica

Po mojej listopadowej pierwszej wizycie w polskich Bieszczadach postanowiłem rychło tam powrócić, najlepiej w terminie gwarantującym względny spokój. Początkowo z Eco planowaliśmy marzec, lecz ostatecznie stanęło na połowie kwietnia. Jak się okazało, nie mogliśmy lepiej tracić z datą.

Autobusem z Górnego Śląska tym razem dojeżdżamy do Polańczyka, który o tej porze sprawia wrażenie miejsca opuszczonego przez Boga i większość ludzi. Z przystanku ewakuujemy się na drogę wojewódzką, licząc na złapanie stopa, gdyż najbliższy PKS mamy dopiero za prawie 2 godziny. Ruch uliczny nie wróży nic dobrego...


Najpierw wszystkie auta jadą w przeciwną stronę - chyba wszyscy chcieli uciec z głębi Bieszczadów. Później kierowcy nie przeważają większej ochoty na zabranie nas, niezmiennie pokazując najgłupszy gest, jaki można pokazać autostopowiczom - "jadę tylko kawałek". A my przecież nie wybieramy się do Pekinu, tylko też kawałek!

W końcu po ponad pół godzinie zatrzymuje się terenówka i podwozi nas do Bukowca (Буковець). Nasz punkt startowy jest w innym miejscu, lecz nie narzekamy, tylko od razu ruszamy w trasę. Autobusem dojechalibyśmy ciut dalej, ale też przecież dużo później.


Pogoda na razie ciężkawa - chmury, nad wzgórzami mgiełki, lecz widać iż w tle są już pierwsze przejaśnienia.


Drogą przez górę dochodzimy do Terki (Терка).


Miejscowość przeżyła kilka tragicznych zwrotów akcji w latach 40. ubiegłego wieku. Konflikt narodowościowy istniał już tu przed wojną, podsycany przez unickiego księdza - z tego powodu wybudowano dla równowagi rzymsko-katolicki kościół, choć jego wyznawcy stanowili oni znikomy procent mieszkańców. Istnieje do dzisiaj jako jedyny sprzed 1945 w całej gminie - obok jego młodsza wersja, nawet nie tak znowu brzydka.


Podczas wysiedlania wsi przez wojsko w 1946 roku zginął nastoletni chłopiec. W odwecie UPA uprowadziła kilku Polaków i Ukraińców, którzy przeszli na rzymską wiarę, po czym część zabiła. Kolejnego odwetu dokonało Ludowe Wojsko Polskie, wzięło 30 cywilnych zakładników spośród miejscowych Ukraińców i rozstrzelało (lub według innej wersji - spaliło żywcem, obrzuciwszy uprzednio granatami w zamkniętym budynku). Ostatnim akordem był w ramach zemsty atak UPA na Wołkowyję, gdzie stacjonowali żołnierze i śmierć 30 osób, w większości Polaków. Makabra...

Patrząc na to spokojne miejsce trudno sobie wyobrazić wydarzenia, dziejące się przed dekadami.


Cerkiew z Terki rozebrano w 1957 roku. Pozostała dawna dzwonnica, obok której jest grób zamordowanych Ukraińców.


Przy skrzyżowaniu stoi sklep - podobno dla niektórych kultowy.


Sklep jak sklep - normalny, jak to na wsi, nic w nim kultowego. Ponieważ jednak w autobusie usłyszeliśmy, że dziś Międzynarodowy Dzień Trzeźwości to siadamy na Leżajska i jakieś skromne śniadanie ;).

Po ponownym założeniu plecaków idziemy krótki odcinek zielonym szlakiem, oglądając kilka zachowanych starych budynków.


Szlak odbija na prawo, natomiast my podążamy prosto błotnistą, mokrą ścieżką, która powoli wyprowadza nas w górę. Niestety, pogoda się psuje, robi się ciemnawo i zimno.


Podejście nie trwa długo i wkrótce mijamy zdziczałe sady, przysmak bieszczadzkich niedźwiedzi - to pozostałość po wsi Studenne.


Cerkwisko to właściwie tylko łąka, na którym stoi jeden krzyż. Brak opisywanych w necie śladów mogił i kamiennego murku.


Zaczyna padać, więc nie zwlekamy i schodzimy w dół ścieżką - na wyczucie, licząc, że doprowadzi nas do celu. Eco wsuwa na siebie pelerynę i w tym momencie lać przestaje - niezły patent  :lol.

W dole przy miejscu określanym jako Stary Plac dochodzimy do Sanu i mostu - gdybyśmy tu przyszli ponad pół wieku temu to stalibyśmy na granicy: w latach 1939-41 niemiecko-radzieckiej, a od 1945 do 1951 polsko-radzieckiej.


W zamian za bogate w surowce tereny wokół Sokalu Polska otrzymała ziemie na północ od Sanu z Ustrzykami Dolnymi. I dobrze - dzięki temu zamiast zniszczonych regionów górniczych w okolicach Bugu są większe polskie Bieszczady.

Od tego miejsca nasza trasa przez dłuższy czas będzie biegła wzdłuż rzeki, po "polskim" brzegu. Gdyby nie wymiana terenów w 1951 roku to po drugiej stronie byłaby dziś Ukraina.


Ścieżka jest średnio wydeptana, choć widoczna. I mokra. Właściwie cały czas idziemy po grząskim gruncie.


Na szczęście nad nami pojawia się nieśmiało słońce, więc możemy przestać myśleć o deszczu.


Mijamy dawną wieś Obłazy, rozłożoną po dwóch stronach Sanu. Pozostałością po niej są resztki drewnianej zagrody oraz zarośniętej alei.


Następnie oddalamy się trochę od rzeki i w pewnym miejscu skręcamy w złą dróżkę leśną, w porę jednak orientujemy się w pomyłce, bo inaczej cały plan szlag by trafił!

Na jakiejś polance spotykamy lisa. Wypatruje czegoś usilnie przed sobą i zauważa nas dopiero, gdy podchodzimy bliżej :).


Naszą trasę co jakiś czas przecinają strumienie. Początkowe udaje się je przejść suchą stopą, ale potem konieczna staję się krioterapia.

fot. Eco
Wychodzimy na szeroką polanę, gdzie niegdyś rozciągało się Tworylne (Творильне, 1977-1981 Słoneczna). To ostatnia nazwa to efekt idiotycznej akcji polonizacyjnej nazw bieszczadzkich z okresu późnego Gierka, którą za kolejnej ekipy w niemal całości cofnięto.


Była to duża wieś, licząca w okresie międzywojennym ponad 700 mieszkańców. Już po wojnie "zaglądała" tu UPA, mordując polską i ukraińską rodzinę. Ta ostatnia pewnie była za mało ukraińska. Potem wkroczyło tu LWP, kazało spakować się ludziom w ciągu godziny i na ich oczach spaliło wszystkie zabudowania. Tworylczyków wywieziono na Warmię.

Na środku łąki widać wyraźnie dawną aleję dworską oraz ruiny zabudowań gospodarczych.


Kiedyś stała tutaj rozpadająca się chałupa, wokół której w 1991 roku odbył się zlot hippisów z ruchu Rainbow Family - cała dolina zmieniła się wówczas w jedną wielką indiańską wioskę. Według okolicznych mieszkańców była to sodoma i gomora po której zostało mnóstwo śmieci. Z kolei według innych wersji konserwatywni lokatorzy okolicznych wsi po prostu nie zaakceptowali ludzi z różnych stron świata, którzy ciągle chodzili uśmiechnięci, nikt się nie tłukł po mordzie, nie leżał nawalony pod sklepem, mówił w różnych językach i wierzył w co chciał. A do kolorowych nagusów kąpiących się w Sanie schodziły się wycieczki "obserwatorów", co w oczywisty sposób nie podobało się bieszczadzkim małżonkom, wzywającym do bezwstydników policję ;).

W Tworylnym w słoneczku wypijamy pszeniczne piwo od Łukaszenki i próbujemy iść dalej, co nie jest takie proste, gdyż przed nami duże bagniste rozlewisko.


W końcu udaje się je obejść dalekim bokiem i wrócić do naszej ścieżki, przy której stoją resztki dzwonnicy, a Eco fotografuje również podmurówkę dawnej cerkwi.


Kawałek dalej kolejne ruiny - tym razem niemieckiej strażnicy granicznej, strzegącej nieodległego Sanu, za którym już był tylko Kraj Rad...


Jeszcze wyżej ostatnia pozostałość po dawnej osadzie - dwa cmentarze po dwu stronach zarośniętej starej drogi.


Ścieżka prowadzi w górę - to dość męcząca cecha tej trasy, że co chwilę musimy gramolić się do góry, po czym dokładnie tyle samo trzeba zaraz zejść.


Bardziej namacalną przeszkodą są wspomniane strumienie - po wersji na boso próbujemy je przeskakiwać...


...lub przebiegać sprintem :D.

fot. Eco
Andrzejowi zazwyczaj się udaje, a mnie połowicznie, tzn. moczę tylko jednego buta :P.

Przechodzimy miejsce, gdzie kiedyś istniał przysiółek Tworylczyk - ponoć widać jeszcze jakieś piwnice, lecz my nie potrafimy ich dojrzeć wśród krzaków.


I po raz kolejny jesteśmy przy Sanie z widokiem na "ukraińską" stronę.


Po ostatniej zdradliwej przeszkodzie wodnej mijamy resztki pałacu spalonego przez banderowców w 1945 roku - to granica wsi Krywe (Криве, do 2005 oficjalnie Krzywe).


Trafiamy na dawno nie widziane oznaki cywilizacji - przewróconą tablicę informacyjną oraz znaki ścieżki dydaktycznej, która prowadzi piękną trasą przez wzgórze z widokami na okolice.


Krywe też podzielono po wojnie granicą, a mieszkańców usiłowano wywieźć do ZSRR. Ponieważ jednak ukrywali się w lesie, to zdołano złapać jedynie 16 rodzin. Polacy byli skuteczniejsi - rok później ponad 300 osób wywieźli w okolice Szczecinka, a domy spalili.


Za PRL-u prowadzono tu wypas bydła, powstał też Ośrodek Pracy Więźniów, którzy zajmowali się pasaniem zwierząt. W 1971 roku zamieszkało tutaj dwóch jedynych oficjalnych mieszkańców - państwo Majsterek, którzy prowadzili m. in. agroturystykę. Niestety, w ubiegłym roku pani Majsterek zginęła w wypadku samochodowym i Krywe ma dziś tylko jednego stałego mieszkańca, co czyni je być może najmniejszą zamieszkałą wsią Polski.


Przez jakiś czas funkcjonowało w Krywem schronisko Akademii Medycznej z Lublina, które... nie było schroniskiem i nie udzielało noclegów :D.

fot. Eco
Na środku wzgórza stoją mury cerkwi św. Paraskiewy z 1842 roku. Nie zniszczyło jej LWP, za to zniszczyli mieszkańcy Wołkowyji, którzy po rabunku podłożyli ogień w celu zatarcia śladów. Mimo wszystko są to najlepiej zachowane ruiny cerkwi w Bieszczadach, w ostatnich latach zabezpieczone dodatkowo przez gminę.


Pamiętając jakie dziś święto i to, że przy cerkwi działało kiedyś bractwo trzeźwości, robimy sobie popołudniowy postój :).


Widoki na ciszę bezcenne...


Znowu musimy zejść, a potem wejść wzdłuż łąk i dawnej, zarośniętej dziś drogi.


Zostawiamy szlak edukacyjny i kolejne zejście wykonujemy po krótszej, słabo widocznej ścieżce przez las. W dole nie bardzo wiemy którędy dalej, widzimy zaś dziwną, drewnianą konstrukcję mieszkalną - ni to barak, ni to domek. Obchodzimy ją i wtedy pojawia się pierwszy człowiek od opuszczenia Terki, będący jednym z wcieleń Jędrka Połoniny, który kieruje nas do dość mało stabilnego mostku ;).


Hulskie (Гільське, 1977-1981 Stanisławów) też już nie istnieje. Dawnych mieszkańców przeważnie eksportowano do Sowietów, a potem wieś spaliła UPA w ramach "akcji żniwnej", by nie mogli tutaj się osiedlić polscy koloniści. Zostały ruiny cerkwi św. Paraskiewy, ledwo stojąca dzwonnica i resztki cmentarza.


Został nam jeszcze ostatni odcinek do przejścia - bardzo już męcząca droga gruntowa z resztkami asfaltu kręcąca się w kierunku Zatwarnicy. Tradycyjnie już musimy dawać czadu pod górę, aby od połowy mocno schodzić w kierunku poziomu morza...


Zatwarnicę znam z listopadowego wyjazdu, lecz tym razem wkraczamy do niej z innej strony. Cel jednak pozostaje ten sam - żółty sklepik w centrum.


Zamknięto go ponad godzinę temu, lecz nasi znajomi kupili wcześniej napoje turysty z pianką i schowali za tablicą ;).


Z ulgą zrzucamy plecaki i ściągamy buty... odcinek był ciężki - dużo wchodzenia i schodzenia, wieczne błoto, wszystko mokre, liczne strumienie, czasem szukanie właściwej drogi. Warto jednak było :). Dzikie Bieszczady istnieją nadal, trzeba ich tylko poszukać ;).

Według pierwotnych planów mieliśmy łapać stopa na Wetlinę i dalej na Cisną - na szczęście jednak nie musimy tego robić, bo aut tyle co kot napłakał: przyjadą po nas znajomi od Leżajska :). Na ich spotkanie ruszamy do Sękowca, przekraczamy więc dawną granicę na Sanie...


...i tylko zostaje poczekać.


Na koniec zaś serwujemy sobie mały przysmak :).


5 komentarzy:

  1. Podsumowując: nie ma to jak sprawdzeni znajomi, którzy dobrze wiedzą co kupić (i jeszcze gdzie schować) ;)

    Fajny wypad. Ładne fotki. Coś mi się zdaję, że nie jest to Wasze ostatnie słowo na bieszczadzkich szlakach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pierwszy dzień z trzech, więc jeszcze cosik będzie :)

      Usuń
  2. Lubię tamte rejony. Dzikie i nieprzewidywalne. Trunek nawet fajny mieliście ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swojskie trunki zawsze są dobre :) Choć np. mieliśmy też tarninówkę, ale ta była za mocna, ciężko było wyczuć smak.

      Usuń
  3. Udostępniłem przez Twitter`a :) Recon

    OdpowiedzUsuń