piątek, 14 lipca 2017

Z Gogolina na Anaberg - Rockowe Igrzyska!

Z czym się kojarzy Gogolin? Z Karolinką, która do niego poszła, a Karlik też. Przynajmniej tak brzmią słowa popularnej piosenki.

Nam się kojarzył z początkiem wędrówki na Anaberg, gdzie podobnie jak rok temu w amfiteatrze zorganizowano Igrzyska Rockowe. O ile w 2016 ruszaliśmy na tą imprezę od południa, to tym razem od zachodniej strony.

Piątkowym popołudniem dojeżdżam na remontowany dworzec kolejowy z Eco i Młodym.

Na głównym placu stoi średnio gryfny pomnik wspomnianych Karolinki i Karlika.


W sumie nie wiadomo po co kobieta chciała iść do tego Gogolina, bowiem w połowie XIX wieku była to jedna z najbiedniejszych wsi w powiecie. Inne wersje tej pieśni mówią o wędrowaniu do Bogumina, co chyba byłoby lepszym pomysłem 😉.

Sytuacja majątkowa miejscowości zmieniła się po wybudowaniu linii kolejowej oraz rozpoczęciu przemysłowego wydobycia okolicznych kamieni i wypalaniu wapna. W Gogolinie zaczęły powstawać kolejne wielkie piece. Pamiątką po nich są wapienniki Wilhelma Dombrovsky'go w ścisłym centrum, wybudowane w 1874 roku. Niedawno przeszły remont, który powstrzymał szybką degradację.



Obok pieców rozciąga się szeroki plac Benedyktyński, na którym jeszcze dwadzieścia lat temu stały zakłady wapiennicze. Zastąpiła ich kostka, jakieś klomby, ławeczki. Oraz zamaskowane ujęcie wody podziemnej, na którym postawiono... wagonik! Kolejką wąskotorową dowożono do zakładów kamienie z bardziej oddalonych kamieniołomów.


My tu sobie łazimy i zwiedzamy, a z nieba zaczyna padać. Na początku słabo, potem coraz mocniej. Zaczynamy intensywne poszukiwanie jakiegoś przyjemnego lokalu, gdzie można przeczekać deszcz. Ale na internetowych mapach pokazywano tylko mało klimatyczne restauracje.
- Szukacie noclegu? - woła do nas para z jednego z balkonów.
- Nie, knajpy - odkrzykujemy.
- To tam jest restauracja!
- Wiemy, ale chcemy jakąś taką piwiarnię...
- Aaa, jak tak, to niedaleko stąd jest speluna. Ale taka prawdziwa speluna!
- I o to chodziiii! - gęby zaczęły nam się cieszyć 😉.
- Ale uważajcie, tam bywa taka niebieska ostryga, zwłaszcza w piątki - ostrzega facet.
Chłopaki nie zrozumieli, natomiast ja od razu przypomniałem sobie Akademię Policyjną  😛.

Idąc we wskazanym kierunku mijamy dawny budynek administracyjny zakładów wapienniczych.


Już po kilkuset metrach widzimy po lewej stronie drzwi, za którymi panuje ciemność ze i schody w dół. To bar "Vegas".


Faktycznie, to speluna w starym stylu. Na razie jeszcze pustawa, bo i pora młoda. Zamawiamy po sikaczu, a wkrótce pojawia się dwóch jegomości. Jeden - młodszy - wyraźnie szuka zaczepki. Na pięć stolików tylko nasz jest zajęty, ale on uparł się usiąść właśnie przy nim. Ostatecznie rozsiadamy się razem i facet się uspokaja, choć na dzień dobry rzuca hasła o "Polsce dla Polaków". W Gogolinie??! To by musiał chyba połowę sąsiadów eksmitować. Potem okazuje się, iż pochodzi ze Szczecina.

Drugi - starszy - to rodak Eco.
- Ooo, ty też żeś je z Odertalu! - cieszy się, gdy Andrzej się przedstawia.

Oddajemy się mniej lub bardziej rozsądnej dyskusji...


...podczas gdy na dworze zaczyna się piekło. O ile po wejściu do lokalu deszcz ustał, to potem wrócił, ale w formie znacznie bardziej dzikiej: ściana wody, chłostająca ze wściekłością wszystko na swojej drodze. W mgnieniu oka ulicą popłynęła rzeka, a w knajpie zaczęła przelatywać przez mało szczelne okna.


Trwało to może z dziesięć minut, zaraz potem usłyszeliśmy dźwięk syren i pierwsza straż przemknęła obok ratować pozalewane piwnice...

Zdecydowaliśmy, że to będzie dobry moment na ewakuację z Vegas, bo potem mogłyby być problemy, aby kontynuować wędrówkę ;). W dodatku nie wiadomo co byłoby z tą błękitną ostrygą - gościu ze Szczecina już kilkakrotnie mówił Młodemu, że ma klasyczną, piękną budowę ciała i skórę prawdziwego białego człowieka i Aryjczyka 😁 .

Na zewnątrz pełno pozrywanych gałęzi.


Pierwszą większą kałużę widzimy obok gminnej hali targowej, która w przeszłości była parowozownią kolejki wąskotorowej dowożącej kamienie do wapienników. Działała ona jeszcze w latach 80. XX wieku.


Pod Biedronką pojawiło się już prawdziwe jezioro!


Wyglądało to dość malowniczo, zwłaszcza na tle neogotyckiego kościoła katolickiego.


Wozy strażackie jeżdżą tam i z powrotem.


Po zakupach idziemy dalej. Na jednej z kamienic widać dwujęzyczną tablicę.


W styczniu 1945 zamordowano tu wikariusza księdza Ericha Schewiora. Nie wiadomo dokładnie co było przyczyną: według jednej z wersji nie chciał wydać czerwonoarmistom alkoholu, według innej bronił sióstr zakonnych lub pielęgniarek. Jeszcze inna mówi, że ukrywał się w kobiecym przebraniu i został rozpoznany. A może po prostu wyzwoliciele mieli taki kaprys? Razem z nim zginęło 12 kobiet i syn jednej z nich. W tym samym czasie zamordowano także farorza miejscowej parafii. Jedne z wielu ofiar Tragedii Górnośląskiej.

Kilkaset metrów od kościoła katolickiego strzela w górę świątynia ewangelicka. Powstała w latach 1908-1909 z inicjatywy dyrektora zakładów wapienniczych. Obecnie oszpecona banerem nieaktualnej rocznicy.


Na skrzyżowaniu odróżniający się od pozostałej zabudowy kamienny spichlerz.


Wychodzimy ze ścisłego centrum. W oddali widać ponownie linię kolejową z Opola do Kędzierzyna a także autobanę.


Woda paruje, pojawia się słońce, więc automatycznie temperatura podnosi się. Przed opuszczeniem miasta zaglądamy jeszcze na dwie nekropolie.

Pierwsza z nich to cmentarz ewangelicki. Nie jest on duży, bo i wyznawców luteranizmu nie było w Gogolinie nigdy wielu. Ktoś o niego dba i kosi, ale z nagrobków zachowały się tylko nędzne resztki.



Poza jednym wyjątkiem, za to bardzo ciekawym! Powstał z drewna, lecz ciągle się trzyma. Ale nie to zwraca uwagę, lecz symbolika!


Zamiast krzyża wystrugano pojedynczą runę sieg. Data urodzin to runa leben[, natomiast śmierci tod. Umieszczano je na grobach działaczy NSDAP, SS-manów oraz wielu tych, którzy wystąpili z oficjalnych kościołów i zasili szeregi tzw. Niemieckiego Ruchu Wiary (Deutsche Glaubensbewegung), który miał dużo wspólnego z okultyzmem. Tutaj jednak mamy raczej do czynienia z członkiem Hitlerjugend: świadczy o tym młody wiek zmarłego (16 lat) jak i użycie jednej runy sieg, którą nosili właśnie młodzi z HJ. Pytanie czy taki był wtedy standard pochówków (członkostwo w organizacji było obowiązkowe i wcale nie musiało świadczyć o popieraniu nazizmu), czy może ów młodzian był bardzo zaangażowany albo jego rodzice? Tego się już raczej nie dowiemy.

Obok ewangelików chowano żydów. Kiedyś dzielił ich wysoki na dwa metry mur, który dziś już nie istnieje.


Kirkut (właściwie powinienem użyć słowa "Kirchof) założono w 1857 roku i należał do gminy wyznaniowej z Opola. W Gogolinie zawsze żydów było niewielu, ale - jak to u nich - stanowili ważną część struktury mieszkaniowej: byli kupcami, karczmarzami, inspektorami, księgowymi, wreszcie kilku posiadało własne wapienniki. Nie mieli natomiast swojej synagogi, a modlili się w bożnicy, gdzie obecnie mieści się... bar Vegas 😋!

Burzę wiekową przetrwało około 30 macew, część jest nadal czytelnych. Na zdjęciu powyżej widać rodzinę Fink, właścicieli sklepu kolonialnego. Na fotce poniżej spoczywa m.in. Moritz Schaefer, posiadający sklep tekstylny z pasmanterią, miał też zezwolenie sprzedaży ciuchów dla dzieci i niemowląt w całym powiecie Groß Strehlitz.


W okresie II wojny światowej chowano tutaj także żydowskie ofiary lagrów, budujące Reichsautobahn 29. 

Na tym skończyliśmy dzisiejszą część historyczną, przed nami już tylko czysta wędrówka. Początkowo szutrówką, potem przechodzimy asfaltem pod A4, następnie znów przyjemne drogi polne.



Krótki odcinek pokonujemy polem kukurydzy, co przypomina mi trasę sprzed roku, jednak teraz było znacznie łatwiej się przedrzeć.


Z tyłu mamy ładny widok - Gogolin z wieżami kościołów, a za nim cementowania Gorażdże w Choruli (Chorulla, Steinfurt).


Mijamy kilka uli, na szczęście nic nas nie atakuje. Chwilę potem zatrzymuje się przy nas jakiś facet w samochodzie. Pyta się gdzie idziemy i nie bardzo wierzy, że nie zostawiamy śmieci kaj popadnie.

Na niebie przyroda odgrywa piękny spektakl, na szczęście bez skutków w postaci kolejnych opadów 😉.


Ślady wcześniejszej ulewy widać i tu - oprócz dużych ilości błota drogi są częściowo zatopione, co wyraźnie czuć w coraz bardziej mokrych butach.


Linię kolejową przecinamy kilka razy - w niektórych miejscach polne przejazdy zostały skutecznie zablokowane przez PKL; to ostatnio taka moda, mająca niby poprawić bezpieczeństwo, a w rzeczywistości utrudniająca tylko życie okolicznym mieszkańcom.


Zbliża się wieczór, zaczynają podnosić się mgły. Romantycznie.




Czasem na winklu zrobimy sobie krótki postój taktyczny.


Końcowym akcentem jest przejście przez śpiący Zakrzów (Sakrau). Mieliśmy do niego wrócić na zwiedzanie następnego dnia, lecz już nam się nie chciało.


Zamknięte bramy autostrady to znak, iż jesteśmy blisko końca wędrówki.


Nocujemy w niewielkim lesie. Rozbijanie namiotu idzie nam ciężko, lecz ostatecznie staje pośród mokrej trawy. Młody od razu kładzie się spać, ja z Eco próbujemy rozpalić ognisko, lecz drzewo stawia opór. Dopiero rano, kiedy wszystko trochę przeschło, udało się wzniecić ogień.


W sobotę pozostało nam dotrzeć na Anaberg, który nie jest zbyt daleko. Po śniadaniu pakujemy klamoty i zarzucamy plecaki w coraz bardziej przypiekającym słoneczku.


Zaliczamy jakieś dziwne asfaltowo-betonowe drogi wzdłuż aczwórki, przypominające trochę hitlerowskie RAB-y, a kończące się znienacka pod kapliczkami.



Cały czas też pamiętamy, aby się nie odwodnić, wykorzystując do tego swojskie napitki 😉.


W Oleszcze (Oleschka, Nieder Erlen) byliśmy już kilka razy, więc nawet się w niej nie zatrzymujemy. Gdyby jeszcze działała tu jakaś knajpka albo chociaż sklep... nic z tego, pustynia!


Przed nami podejście na grzbiet Chełmu, którego najwyższą część stanowi Anaberg. Nie jest może jakieś mocne, ale lekko w kość daje. Zanim znikniemy w lesie widok w kierunku Gorażdży.


Na szutrowej drodze widać, że wczoraj musiała nią płynąć rzeka. Tak w ogóle ten odcinek miał być w niemieckich planach zjazdem z autostrady. Zdążono wybudować kamienne kanały odprowadzające wodę, widoczne jeszcze słabo wśród roślinności.



Polacy plany skorygowali, na Anabergu zjazdu nie ma, za to autostrada prowadzi przez jedyną w całej okolicy górę. Mądre!

Po jakimś czasie pojawia się kostka brukowa, zapewne współczesna, a potem most, który teoretycznie jest przejściem dla zwierząt, ale ponoć nie bardzo chcą z niego korzystać. Wcale się im nie dziwię - biegać po betonowych płytach??


Robimy pauzę, mamy już całkiem niedaleko. Teraz pójdziemy wzdłuż autostrady, ale często wcale jej nie widać zza roślinności. W pewnym miejscu jest nawet aleja, ewidentnie posadzona ludzką ręką.



Żółte pole jest już nam znajome, wielokrotnie spaliśmy po jego drugiej stronie, spać będziemy i tym razem. Wśród zbóż majaczą podstawy ANANAS-ów - radarów dalekiego zasięgu, wybudowanych do wczesnego wykrywania przez Luftwaffe wrogich bombowców nadlatujących nad zakłady w Zdzieszowicach i Blachowni.


Niedaleko MOP-u, podobnie jak rok temu, rozłożyło się pole namiotowe koncertowiczów. Klimat małego Woodstocku 😉.


Pod tanksztelą robimy ostatnią przerwę na bączki; za chwilę pojawi się sylwetka klasztoru na Anabergu.


No i jesteśmy!



Na chodniku stara pokrywa - słynna firma "Polte" z Magdeburga była popularna na Górnym Śląsku, kilka takich widziałem np. w Opolu.


Po ulicach kręcą się jakieś pielgrzymki, mocno zdezorientowane tłumem ludzi w skórach, kapeluszach, chustach i koszulkach muzycznych. Jakiś ksiądz tłumaczy owieczkom, że za chwilę pójdą zobaczyć piękny amfiteatr. Życzę powodzenia 😃.


W restauracji "Pod Jeleniem" czeka nas Grześ i Pati, podobnie jak rok temu. I tak jak wtedy lokal nie wydala - na takie ilości klientów wystawili jedną kelnerkę, większość dań to ponad godzina oczekiwania. Jakby tego było mało niebo zaciąga się chmurami i podczas konsumpcji dwukrotnie nad Anabergiem przechodzą oberwania chmury. Plus był z tego taki, że nie musieliśmy słuchać na Igrzyskach Rockowych pierwszych amatorskich zespołów oraz smęcenia Comy 😊.


Bagaże zostawiamy w samochodzie. Aparatu nie wniesiesz, za to smartfony oczywiście tak. Nie wiadomo czy można wnosić własne jedzenie i picie, bo informacje podawane przez organizatorów były wzajemnie wykluczające się. Po wejściu na teren imprezy nie można już wyjść - paranoja tłumaczona względami bezpieczeństwa.

Na szczęście nie było - jak w 2016 - gigantycznych kolejek do toitoiów oraz pseudopiwa, ale to zapewne zasługa wyraźnie mniejszej ilości widzów. Nie wróżę długiej przyszłości dla Igrzysk, bo już w tym roku pojechali z cenami tak, że wiele osób odstraszyli, a skład zespołów wcale nie był lepszy.

(Kolejne zdjęcia ze zdobycznego smartfona, więc ich jakość jest tragiczna).


Spotykamy znajomych, niektórych dawno nie widzianych 😉.


Błoto znowu przypomina Woodstock, ale to już koniec podobieństw do legendy.


Pozytywnie zaskoczył mnie Big Cyc: niby piosenki jajcarskie, ale cholernie aktualne w dzisiejszych czasach (co oczywiście nie wszystkim się podobało, zwłaszcza zwolennikom "dobrej zmiany" 😉). Ale od pogo pod sceną jeszcze kilka dni byłem poobijany 😛.


O Dżemie można napisać tylko dobrze. Wszystkim narzekającym "to już nie to samo" daję kopa w dudę - było super, gardło od śpiewania zdarte kompletnie.


Cree słuchałem już z pozycji siedzącej, bo u "młodego" Riedla nie widzę nic szczególnego poza głosem tak podobnym do ojca. Na Złe Psy nie mieliśmy już sił, zresztą Nowak jakimś wybitnym wokalistą nie jest, a na zegarku było już grubo po 1-szej w nocy.

Wróciliśmy po bagaże i tradycyjnie udaliśmy się na Waldhof, gdzie nikt nas nie niepokoił.

W niedzielny poranek sielanka...


A po rozpaleniu ogniska walka na kiełbasy 😛.


Nadszedł moment, którego bardzo nie lubię, czyli schodzenie w dół. Razem z Eco ruszyliśmy oczywiście na Zdzieszowice, tym razem nie przez Żyrową ale przez las z bardzo wysokimi drzewami i z widokami na koksownię.



W Odertalu byliśmy wczesnym popołudniem i wydawało się, iż szybko się wydostanę, ale... zatrzymały mnie Przewozy Regionalne. Eco twierdził, że na dworcu kasa w niedzielę nie działa, więc uderzam prosto do pociągu. Przy kupnie biletu konduktor coś sprawdza i... kasa jednak działa, będzie dopłata. Tłumaczę, że wpadłem w ostatniej chwili (kiedyś to wystarczyło, aby nie pobierać dodatkowego haraczu), ale nic to nie daje. No dobra, ile będzie tej dopłaty? W kieszeni mam 10 złotych i jakieś drobne, bilet normalnie kosztuje 9,80, a dopłata... 8 złotych  😲. Posrało? Może od razu 50??

Zostałem na peronie, następne połączenie za dwie godziny, a klimat zrobił się iście afrykański, słońce wręcz pali skórę... Zakończenie weekendu mi się zdecydowanie nie spodobało!

6 komentarzy:

  1. Błękitna ostryga w dawnej bożnicy - stwórca ma duże poczucie humoru :lol:
    A swoją drogą czuję pewien niedosyt ze spelunkowej relacji, stanowczo za wcześnie wyszliście ;-)
    https://www.youtube.com/watch?v=c5IpWNOyD6E

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bałem się, że utkniemy tam na zawsze :D

      Usuń
    2. To byłoby ciut... problematyczne ;-)

      Usuń
    3. W momencie jak zaczęło tak lać to już nawet mówię Andrzejowi, aby skrócić trasę i zamiast polami iść asfaltem. On jednak twardo stwierdził, że musimy wyjść i nieść ten krzyż... miał rację, ponieważ spelunkowe piwo później mocno się wypacało w drodze :)

      Usuń
  2. Ja bym na pewno nie odwazyla sie wejsc do spelunki ;P w Gogolinie byłam w nowej restauracji Vertigo, której wygląd nawiązuje do pieców :) z kolei na Anaberg jechalismy rowerami, w Wysokiej nie dałam rady, musiałam prowadzić (za to jak fajnie sie zjedzalo!:) ).

    Pozdrawiamy
    M&M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta restauracja nijak mi się ze starym piecem nie kojarzy, napisałbym nawet, że jest nieco bezpłciowa (jak większość restauracji). Jedzenie dobre?

      Usuń