czwartek, 4 sierpnia 2016

W Beskidzie Niskim czasem pada deszcz...

Zgodnie z zapowiedziami padać miało zacząć w nocy. Budząc się o świcie stwierdzam z satysfakcją, iż prognoza znowu meteorologom się nie sprawdziła. Kilka sekund później usłyszałem bębnienie kropel o namiot...

Rano leje już bardziej. Mokre jest wszystko - baza, trawa, psy...


W takiej sytuacji zwlekam z wyjściem, gdyż podobno z każdą godziną opady miały słabnąć. Ponieważ jednak nic takiego nie ma miejsca więc o 10.30 opuszczam bazę SKPB Warszawa i wchodzę na odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego w kierunku Rotundy.

Szlak jest bardzo śliski. W jednym miejscu dosłownie zjeżdżam w dół na stromym odcinku brudząc się ziemią po łokcie, gdy desperacko próbuję się zatrzymać. Ostatecznie jednak na szczyt docieram dość szybko. Tam we mgle słynny cmentarz wojskowy nr 51, jedno z bardziej znanych dzieł Dušana Jurkoviča.


Pierwotnie stał na gołej polanie i był dobrze widoczny z okolicy (takie też było założenie przy lokalizacji nekropolii zachodnio-galicyjskich). Teraz - wiadomo... Zaniedbany przez dziesięciolecia został częściowo odnowiony kilka lat temu - zrekonstruowano trzy z pięciu charakterystycznych wież.


W tej pięknej pogodzie robię tylko kilka zdjęć i zaczynam schodzić na drugą stronę. W lesie idzie się fajnie, natomiast po wyjściu na trawie i polanach bardzo szybko moczę buty.


W Zdyni (Ждыня) mam już całkowitą ciapę. Pytam się miejscowych o sklep - jest blisko szlaku, tylko trzeba poprosić panią sprzedawczynię z sąsiedniego ośrodka wypoczynkowego. Pani rzeczywiście wychodzi, dodatkowo mam możliwość wejścia do owego ośrodka, osuszenia się i zamówienia jedzenia - gigantyczna porcja pierogów za 10 złotych! Nie jestem w stanie całej zjeść, część pakuję na wynos :D. Ale godzinna przerwa w suchym bardzo poprawiła mi humor :).

Postanawiam zmienić plany na resztę dnia - zamiast bezsensownie cisnąć GSB na Popowe Wierchy decyduję się na wędrówkę asfaltem w kierunku granicy. I mniej mokro i więcej ciekawych rzeczy po drodze. No i po wyjściu na dwór okazało się, że przestało padać!

Faktycznie już po chwili widzę ekspozycję sztuki ludowej...


Przy drodze stoi kilka chyż łemkowskich oraz inna architektura.




Po kilometrze trafiam na cmentarz prawosławny na którym kiedyś spoczywał św. Maksym Sandowycz, mnich który zachęcił wielu Łemków do przejścia na prawosławie. Na początku Wielkiej Wojny Austriacy rozstrzelali go jako rusofila.


Nad nekropolią cywilną cmentarz nr 52. Skromny, krzyże się sypią.


Po drugiej stronie szosy cerkiew Opieki Matki Bożej. Podobnie jak wiele innych wybudowana jako unicka, a po powrocie Łemków znalazła się w rękach prawosławnych.


Niedaleko świątyni moją uwagę przykuwają baraszkujące krowy - nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż rolę pokrywającego byka też odgrywa samica  :o-o.


Droga wojewódzka jest prosta jak budowa cepa i rzadko uczęszczana. A gdy już pojawi się jakiś wóz to nawet nie spojrzy na machającego ręką piechura.


Za dziwnym wymarłym kempingiem zaczyna się Konieczna (Koнeчнa).


Tutejsza cerkiew św. Bazylego z początku XX wieku jest filialną tej ze Zdyni.


Za nią znajduje się mały cmentarz z numerem 47, kolejne dzieło Jurkoviča. Krzyże na rogach murków są częste w jego twórczości.


Ciekawą rzecz widzę na nagrobku współczesnym - zmarły w 1982 roku mężczyzna przedstawiony jest w mundurze austriackim. Kilkadziesiąt lat po upadku Austro-Węgier! Najwyraźniej musiał to być dla niego ważny okres życia.


Za cerkwią pojawia się żółty szlak i schodzę z asfaltu. Okolica od razu robi się bardziej sympatyczna.


Za sobą mam Jaworzynę Konieczniańską, tą samą którą widziałem wczoraj w słońcu z Regietowa Wyżnego.


W lesie popełniam błąd - zamiast iść cały czas żółtym to skręciłem w czarny skrót. A tam albo gigantyczne błoto, albo trawa po uda na której drugi dziś raz kompletnie przemakają mi buciory.


W efekcie w Radocynie (Радоцина) wyłażę w środku dawnej wsi nie widząc cerkwiska, szkoły i cmentarza :(. Szybciej za to jestem przy bazie namiotowej SKPB Kraków, do której zachodzę z wizytą.


W przeciwieństwie do Regietowa ludzi tutaj sporo a i abstynencji nie ma :). Zastanawiam się nawet czy nie zostać na nocleg ale w przewiewnej wiacie bazowej jest na tyle zimno, że wysuszenie czegokolwiek byłoby niemożliwe.

Po odpoczynku idę więc dalej zaglądając na cmentarz do Długiego (Долге). Wsi, podobnie jak kilku sąsiednich, już nie ma. Niemal wszyscy mieszkańcy wyjechali - dobrowolnie lub nie - do Ukraińskiej SRR.


Długie było też jedną z kilkunastu wiosek które w międzywojniu prawie w całości przeszły z grekokatolicyzmu na prawosławie - było to tzw. schizma tylawska. Powody tych akcji były różne - łacinizacja liturgii, pogardliwe traktowanie Łemków przez niektórych księży, wysokie opłaty za posługę (skąd my to znamy?) czy wreszcie ukrainizacja cerkwi grekokatolickiej, której większość Łemków była zdecydowanie przeciwna.

Obok cmentarza niewielka nekropolia wojskowa - nr 44. W latach 90. tak ją "rekonstruowano" iż zmniejszono jej rozmiar o 3/4 i dzisiaj większość żołnierzy spoczywa poza ogrodzeniem!


Został mi jeszcze ostatni odcinek dzisiejszego dnia - na mapie zaznaczono mi trzy brody do przejścia. W terenie naliczyłem sześć ;) Ponieważ buty i tak były całe mokre to po prostu przebiegałem przez wodę ;)


Tylko w ostatnim przypadku ściągnąłem obuwie - przechodząc przez rzeczkę do Chatki w Nieznajowej (Незнайо́ва). Dostęp do tego miejsca jest możliwy tylko wodą albo na dziko przez górę z drugiej strony.


Chatka jest niezwykle sympatyczna. Kiedyś podobno mieszkali tutaj więźniowie hodujący zwierzęta. Dziś latem zatrzymują się turyści plecakowi, grup urlopowo-kempingowych nie przyjmuje się. Warunki spartańskie - kąpiel w rzece, siku w wychodku za stodołą, śpi się na podłodze. Ale w kuchni cieplutko, prawie wszystko mi przeschło :).


Za nocleg nie pobiera się opłat, za to należy wykonać jakieś drobne prace przy chatce. Mi przypadło wynoszenie wiadrami ziemi - przypadkowo ekipa chatkowej odkryła pod trawnikiem starą kamienną ścieżkę i właśnie ją "wydobywała" na światło dzienne. Oprócz nich w środku nocuje trzech turystów, zjawia się też zespół harcerzy rozpoczynający kilkunastodniową wędrówkę po górach. Większość młodziutka i pierwszy raz na wypadzie, nie zazdroszczę im przy tej pogodzie...

Celnych prognoz ciąg dalszy - niedziela miała być najgorsza pogodowo i rzeczywiście rano leje jak z cebra.


Wczesnym popołudniem musiałem dostać się do Krempnej - gdyby nie padało to poszedłbym z buta albo dotarł na stopa czy busem. Ale teraz? Na szczęście chatkowa mieszka w pobliżu i akurat jechała po jakieś sprawunki do domu więc razem z innym turystą zabrałem się z nią samochodem :),


W Krempnej (Крампна) nadrabia drogi i wysadza nas przy knajpie nad niewielkim zalewem na Wisłoce. To jedyny otwarty lokal w miejscowości. Mogę tutaj posiedzieć kilka godzin, napić się piwa, a przy okazji spotykam też znajomego z forum austro-węgierskiego :). Przychodzi jednak ta godzina, że człowiek musi z powrotem wyjść na zewnątrz i zetknąć się z moknącym światem...


Około 14-tej do gminy dociera kumpela i w tym momencie kończy się samotna wędrówka ;) Robimy zakupy w markecie i zarzucamy plecaki gdy deszcz po lekkim zelżeniu znów zaczyna mocniej zacinać! Cóż robić, trzeba nieść ten krzyż... Na początek zaglądamy do cerkwi Kosmy i Damiana, obecnie kościoła katolickiego. Typowa świątynia zachodniej Łemkowszczyzny.

Oglądamy ją z zewnątrz...


...i z wewnątrz, bo akurat ktoś pokazywał jakiejś grupie jak spartaczony został ostatni kompleksowy remont i wkrótce czeka świątynię kolejny. Podłogę już zdjęto.


Zapowiedzi iż aura dziś miała być najgorsza potwierdzają się na drodze doliną Wisłoki - wali żabami bez ustanku, nawet cienia nadziei na poprawę. Kierowcy mijają nas ze strachem i w sumie trudno się dziwić, iż nie chcą sobie zmoczyć auta... a może to zmiana województwa tak podziałała - z małopolskiego na podkarpackie??


W Polanach Ostrysznej ktoś w końcu się zlitował i stanął - podobno widział nas już wcześniej jadąc w przeciwną stronę. Najpierw jednak muszę wytłumaczyć gdzie my dokładnie jesteśmy, ale potem podwozi nas z 3 kilometry do centrum Polan (Поляни). A tam działa sklep! Zdesperowany chcę się napić jakiegoś sikacza, lecz muszę tu uczynić na zewnątrz, z tyłu budynku w deszczu, bo "władza patrzy" (akurat jest jakieś posiedzenie sołeckie czy cuś)...

Niedaleko sklepu stoi nietypowa dla tych terenów cerkiew - murowana z kopułą przypominającą obiekty rosyjsko-bizantyjskie. Wybudowano ją w 1914 roku przy wsparciu Łemków zza Oceanu.


Po wojnie unitów wypędzono na zachód, a w niej urządzono magazyn. Po powrocie zaczęły się różne tarcia między katolikami zachodnimi, wschodnimi i prawosławnymi. Doszło nawet do tego, że w latach 70. katolicy wyrąbali drzwi i wyrzucili na zewnątrz cerkiewne wyposażenie... Dziś służy jako kościół katolicki obu obrządków.


W Polanach wchodzimy na szlak konny prowadzący wzdłuż rzeczki Wilszni. Idzie się nawet przyjemnie, choć w butach coraz bardziej robi się grząsko. Dobrze, że chociaż mostki obok niektórych brodów zrobili.


Kolejna wioseczka to Olchowiec (Вільховець) zamieszkały w większości przez Łemków. Na ulicy nie widać jednak żadnych ludzi, wszyscy pochowani w ciepłych domach. Koleżanka ma dość i też chowa się pod przystankiem, ja idę jeszcze zobaczyć najładniejszą dziś cerkiewkę Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja. Stoi ona za rzeczką nad którą przerzucono kamienny mostek - też nietypowy dla tych okolic i też zabytek.



Konstrukcja to dość młoda bo z 1934 roku. W czasie wojny trafiona pociskiem straciła większość wyposażenia a odbudowę przerwała akcja Wisła. Planowana była do kompletnej rozbiórki, ale zaprotestowali mieszkańcy i udało się ją uratować, choć nowy ikonostas wstawiono dopiero za późnego PRL-u. Współcześnie stanowi siedzibę parafii unickiej i filię kościoła katolickiego w Polanach.


Nacykawszy zdjęć wracam do Inez na piwo. Mamy w perspektywie chatkę bezalkoholową, więc lepiej dmuchać na zimne, choć człowiek chciałby się rozgrzać czymś mocniejszym...


Zostało nam już tylko podejście asfaltem a potem kawałek przez pola - pikuś! Odbić musimy koło pomnika pierwszej na świecie szkoły górnictwa naftowego które rozwinęło się w okolicy w XIX wieku.


Za pomnikiem jest faktycznie tabliczka "chatka". Potem druga. A potem za szlabanem nagle ścieżka znika na polach i zostajemy sami z trawą po pas. Rozpoczynamy gorączkowe poszukiwania, nawet wydaje nam się, iż za drzewami widać dym, ale to tylko mgła. Przemoczeni do suchej nitki z dobre czterdzieści minut kręcimy się w kółko i wreszcie idę w desperacji w kierunku wąwozu ze strumieniem i dopiero za nim widzę zarys budynku Chatki Malucha. Uratowani!!

6 komentarzy:

  1. Wszystko mi się przypomniało i bardzo zatęskniło do tej dziczy i pustych szlaków z niespodziankami :)
    Super relacja Pudelku :))))
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Widzisz, Ty już tam byłeś wcześniej, ja dopiero teraz. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Fajny wpis!
    Jak długo trwała wyprawa? Ile kilometrów?

    OdpowiedzUsuń
  3. 7 dni, od piątku do czwartku. Kilometraż to 85-90, czyli stosunkowo spokojnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezła trasa :) Tylko pogoda trochę utrudniła wam podziwianie widoków. W Beskidzie Niskim to bardzo często podczas wędrówek trzeba ubłocić sobie buty lub je przemoczyć, taki jego urok :) Ostatnio w Zyndranowej, zaraz po roztopach, musieliśmy zawrócić bo na leśnej drodze służącej do zrywki drewna błoto było wręcz nieziemskie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beskid Niski powinien zmienić nazwę na Błotny ;) Zamo moczenie butów nie było tragedią, bardziej irytujący był fakt, iż nie zdołaliśmy ich potem dobrze wysuszyć i już z rana wsadzało się w mokre...

      Usuń