wtorek, 7 lipca 2020

Gniezno - miasto prymasa i królików.

Powiat gnieźnieński reklamuje się hasłem "tu powstała Polska", ale w dużym stopniu można je odnieść także do samego Gniezna (łac. Gnesna, niem. Gnesen). Co prawda raczej nie tutaj dokonano chrztu Mieszka I (choć tak uczono mnie w szkole), ale było ono prawdopodobnie pierwszą stałą stolicą państwa. Wcześniej Piastowie nie mieli jednego centralnego ośrodka, przenosił się on wraz z władcą, ale pod koniec X wieku taką rolę przyjęło właśnie Gniezno. Tu istniało już od kilku dekad książęce palatium, tu Mieszko wzniósł kościół, w którym miał pochować swoją czeską żonę, tutaj wreszcie w 1000 roku odbył się słynny zjazd gnieźnieński i ustanowiono pierwszą metropolię kościelną (pierwsze biskupstwo powstało po chrzcie władcy w Poznaniu i sam Poznań także bywa uznawany za pierwszy główny gród Piastów - dyskusja na ten temat trwa od kilkuset lat i nie ma końca). O Gnieźnie jako stolicy wyraźnie wspominał Gall Anonim, a pierwsi królowe zakładali tu koronę.

Gniezno swoją stołeczną rolę pełniło dość krótko, do czeskiego najazdu w 1038 roku, kiedy to zostało doszczętnie zniszczone przez księcia Brzetysława. Funkcję najważniejszego ośrodka kościelnego utrzymało jednak do dzisiaj, mimo, że czasami można odnieść wrażenie, iż przeniósł się on do Torunia 😏. Z tego też powodu najcenniejsze zabytki w mieście to obiekty sakralne, więc o nich będę się w tym wpisie rozpisywał.

Pierwszy z nich i to od razu "numer 1" widać znad jeziora Jelonek, kilkaset metrów od naszego miejsca noclegowego.


czwartek, 2 lipca 2020

Wschodnia Wielkopolska - od leśnej cerkwi w Chróścinie do łuku triumfalnego w Ślesinie.

O tej porze roku zazwyczaj kręcę się przez kilka dni za polską granicą. Tym razem wirus wymusił zmianę planów - z powodu zamknięcia granic konieczne stało się zaplanowanie "czerwcówki" w Polsce. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Głównym celem stała się Wielkopolska, a konkretnie jej wschodnia część.

Zwiedzanie postanowiła torpedować pogoda. Na weekend zapowiadano same kataklizmy przewalające się przez Polskę - bardzo silne deszcze, gradobicia, burze, a nawet trąby powietrzne. Ostatnio często tak mam, gdy zamierzać gdzieś się ruszyć na dłużej, podejrzewam, że to celowe działanie kogoś odpowiedzialnego za aurę 😏. Piątkowy poranek przywitał mżawką, która z każdą chwilą robiła się silniejsza. W ostatniej śląskiej wiosce - Gołkowicach (Golkowitz, 1936–1945 Alteichen) - leje już tak mocno, że nie można bezpiecznie jechać. Zatrzymuję wóz pod murem otaczającym miejscowy pałac i czekamy na poprawę. Mija kwadrans, droga zmieniła się w potok, przejeżdżające obok auta wzbijają półtorametrowe fontanny. Wreszcie po pół godzinie poprawiło się na tyle, że można było ruszyć dalej, ale ostrożnie - asfalt przykrywa warstwa wody sięgająca połowy kół albo i wyżej. Liczne dziury w nawierzchni zaczęły pełnić rolę pułapek wciągających kierowców...

Na poniższym zdjęciu nie fotografowałem brzegu jeziora - to skraj drogi, a w tamtym momencie dość wartkiego strumienia 😏.


W pewnym momencie niespodziewanie wszystko się uspokoiło i tylko pojedyncze krople uderzają w karoserię. Staję przed mostem przerzuconym nad Prosną. W tym miejscu przez całe wieki znajdowała się granica. Początkowo Rzeczpospolitej i Śląska, potem Rosji i Prus. W okresie międzywojennym rozdzielała Polskę i Niemcy. Obecnie została zdegradowana do granicy województw. Na drugim brzegu, w Goli, jeszcze w ubiegłym roku stał budynek strażników granicznych lub celnych. Dziś zastąpił go... domek holenderski 😛.



piątek, 26 czerwca 2020

Rowerem po wschodnich obrzeżach Gór Opawskich.

Pewnej czerwcowej soboty ruszyliśmy w Góry Opawskie. Samochodem, ale na tylnych siedzeniach i w bagażniku leżały rowery. Wschodnia część pasma jest na tyle niska, iż dobrze będzie się nadawać do tej formy transportu. Wysokości nad poziomem morza są tak małe, że w nowym podziale geograficznym rejon ten został zdegradowany do Przedgórza Paczkowskiego. Trzymamy się jednak klasycznego podziału Jerzego Kondrackiego i przyjmujemy, że jedziemy w najprawdziwsze góry.

Wybraliśmy się dość wcześnie, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Powody ku temu były trzy: zapowiadane upały, zapowiadane popołudniowe burze oraz mój plan dotarcia wieczorem do koleżanki na grilla. Po godzinie 8-mej zjawiamy się w Prudniku (Neustadt) i parkujemy auto obok Parku Miejskiego. Bastek wyciąga sprzęt, a ja idę sfotografować pobliski pomnik z napisem "Bóg i Ojczyzna".



Oporządzeni i spakowani kierujemy się na siodełkach w kierunku południowym. Jeśli mnie pamięć nie myli, to moja ostatnia wyprawa na kołach w góry była chyba jeszcze w szkole średniej. Tylko poziomice nieco wyższe, bo dotarliśmy na Skrzyczne 😏.

piątek, 19 czerwca 2020

Ustrzyki Górne w deszczu, Mała i Wielka Rawka na pocieszenie.

Ostatni poranek w Bieszczadach wita mnie deszczem... Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Komplikuje jednak resztę dnia, skoro autobus powrotny na Śląsk mam dopiero o 21.40. Co ja będę robił cały dzień? Na wielogodzinne siedzenie w barze mnie nie stać...

Na początek próbuję się rozgrzać pod prysznicem, ale woda jest co najwyżej letnia. Jeszcze nie udało mi się spotkać w "Kremenarosie" ciepłej. Podobno to wina ogrzewania z paneli słonecznych, ale mało to interesuje człowieka przy tej pogodzie. Następnie wcinam na śniadanie jajecznicę, niechętnie się pakuję i punktualnie o 10-tej oddaję klucz. Plecak zostawiam w części restauracyjnej schroniska, w kącie - obsługa jest przyzwyczajona, bo turyści czekają na transport aż do wieczora, wczoraj tak robiło kilka osób.

Idę się przejść po Ustrzykach Górnych (Устрики Горішні). W deszczu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż zwykle...



Mijam zamknięte lokale... "Bieszczadzką Legendę" zlikwidowano. Podobno rzeczywiście była legendarna. No cóż, ja tam zajrzałem ze dwa razy i wszyscy w środku byli już w takim stanie, że ciężko było z kimkolwiek się dogadać.


niedziela, 14 czerwca 2020

Zobaczyć Tarnicę i zmoknąć. A potem się zachwycić.

Najwyższy szczyt Bieszczad(ów) zdobyłem tylko raz, cztery lata temu. Od tamtego czasu wpisany jest na listę rezerwową miejsc do odwiedzenia, zawsze było coś ciekawszego. Tym razem także miałem inny pomysł: w trzeci dzień pobytu chciałem przejść się Połoniną Wetlińską i Caryńską do Ustrzyk Górnych, gdzie w "Kremenarosie" zarezerwowałem nocleg. No, ale plany są po to, aby je zmieniać! Wyjeżdżałem rano z bacówki w Jaworcu w otoczeniu prawie bezchmurnego nieba, te jednak bardzo szybko zaczęło się niebezpiecznie zaciągać. W głowie biły mi się różne myśli, lecz w końcu poprosiłem poznaną w schronisku koleżankę (która zgodziła się mnie podwieźć na szlak), aby wysadziła mnie dopiero w Ustrzykach.

W "Kremenarosie" czekają na mnie dwie wiadomości. Dobra to taka, że mimo wczesnej pory (godzina 10-ta) mój pokój jest już wolny i mogę tam zostawić swoje rzeczy. A zła, że o 11-tej ma zacząć padać!
- Ale jak to? - dziwię się. - Jak długo?
- Do końca dnia - odpowiada beznamiętnie facet zza baru. 
Poczułem, jakby ktoś mi skrzydła obciął... Szybko jednak otrząsam się i pędzę do pokoju. Wyrzucam z plecaka zbędne rzeczy i wybiegam na dwór, w kierunku skrzyżowania w stronę Wołosatego. Jeszcze świeci słońce, lecz dookoła coraz ciemniej...


Próbuję łapać stopa, ale widząc busik decyduję się na płatną podwózkę. 7 złotych za 6 kilometrów - niezła stawka. Gdybym chciał zajechać nad morze, to musiałbym zostawić większość wypłaty u takiego przewoźnika.


niedziela, 7 czerwca 2020

Bieszczady odnalezione: nieistniejące wioski, Sine Wiry i bacówka Jaworzec.

Wizyta w Bieszczadach to dla mnie coroczna święta górska tradycja. W tym roku wydawało się, iż zostanie zdominowana przez koronawirusa, a okazało się, że najwięcej do powiedzenia miała pogoda. Już dwa tygodnie przed wyjazdem prognozy bezlitośnie informowały, że będzie to bardzo deszczowy okres. Im bliżej terminu, tym większe miałem obawy, czy wyprawa w ogóle ma sens?? Co prawda wpłaciłem w schroniskach zaliczki, ale z kupnem biletów czekałem do ostatniej chwili... Miałem cichą nadzieję, że uda mi się zaliczyć jeszcze dodatkowy nocleg we własnym namiocie, lecz wobec zapowiadanej całodziennej ulewy z żalem odpuściłem.

Ostatecznie wsiadam do autobusu w niedzielę, ostatni dzień maja. Nietypowo, gdyż wyjeżdżam przed południem, a na miejsce mam dotrzeć po południu - to była jedyna możliwość. Zawsze starałem się jeździć w nocy, jednak obecnie komunikacja publiczna w tym rejonie prawie nie funkcjonuje, a przebijanie się autostopem w deszczu nie bardzo mi pasowało. Podróż była męcząca; większość pasażerów stanowili Ukraińcy, którzy nie do końca wiedzą jak się powinno zachowywać w towarzystwie innych osób, więc miałem nieustanny festiwal głośnych rozmów, śmiechów, telefonów, ruskich filmów ze strzelaniem i krzykami rannych, cmokaniem, mlaskaniem, smarkaniem i tym podobnym. Na szczęście w Rzeszowie 90% foteli się zwolniło, więc druga część jazdy była przyjemniejsza. 

Prawie przegapiam swój przystanek. Poprosiłem kierowcę, aby dał mi znać przez głośnik, jak to czynił w przypadku innych mijanych miejscowości, ale ten był zajęty pędzeniem przed siebie i ściganiem się na mostach z osobówkami. Wyskakuję z autobusu kilkadziesiąt metrów za wiatą przystankową w Kalnicy (Кальниця), przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Niebo jest zaciągnięte, dookoła kałuże, lecz nie pada. Dobre i to. Prognoza na dziś twierdziła, że ma zacząć ponownie lać o godzinie 17-tej. Spoglądam na zegarek - mała wskazówka znalazła się równo na piątej cyfrze. Co ciekawe, planowo miałem tu dotrzeć 20 minut później. Jeśli ktoś chciałby wsiąść zgodnie z rozkładem, to nie miał na to szans, co akurat w przypadku tej firmy zdarza się często.


Na najbliższym skrzyżowaniu skręcam w prawo, w stronę doliny Wetliny. Kiedyś wzdłuż dalszego biegu rzeki istniało kilka wsi zamieszkałych przez ponad tysiąc mieszkańców, dziś to okolica mało ludna i stworzona do spokojnego wypoczynku.


sobota, 30 maja 2020

Łambinowice/Lamsdorf - historia obozami pisana.

Łambinowice, znane też jako Lamsdorf, to wieś gminna leżąca w powiecie nyskim, na pograniczu Górnego i Dolnego Śląska (ale jeszcze na terenie tego pierwszego). Liczy dwa i pół tysiąca mieszkańców, w centrum stoi neogotycki kościół, działa kilka marketów. Normalnie niczym by się nie wyróżniała, jednak na jej historii odcisnęły swoje piętno wielkie wojny XIX i XX wieku. W Lamsdorf przetrzymywano jeńców wielu narodowości, języków i ras. Najsłynniejszy jest obóz z czasów II wojny światowej, jednak przez kilkadziesiąt lat działało ich znacznie więcej:

* obóz dla jeńców francuskich z lat 1870-1871,
obóz dla żołnierzy Ententy z okresu I wojny światowej. Wykorzystano do tego budynki poprzedniego obozu oraz wzniesiono nowe,
* obóz funkcjonujący w czasie powstań śląskich. O nim wiadomo najmniej, właściwie znalazłem informacje tylko w jednym źródle. Może w ogóle nie istniał? Miano w nim przetrzymywać wziętych do niewoli powstańców oraz "podejrzanych" cywilów.
* obóz przesiedleńczy dla Niemców i Ślązaków, którzy nie mogli lub nie chcieli zostać w tej części Górnego Śląska, którą przyznano Polsce. Daty jego funkcjonowania to 1921-1924, lecz niektórzy mieszkali w nim dłużej. Jedyny obóz, do którego nie kierowano siłą,
* obozy jenieckie III Rzeszy. Było ich kilka: zaczęło się od obozu tymczasowego dla wziętych w niewolę polskich żołnierzy we wrześniu 1939 roku, potem pojawili się alianci zachodni (głównie Brytyjczycy) oraz wschodni (obywatele ZSRR). Do 1943 roku był to największy kompleks jeniecki w Niemczech,
* obóz polski, istniejący przez ponad rok, od lipca 1945. Oficjalnie był obozem pracy, choć określa się go również jako obóz koncentracyjny. Taka nazwa może budzić kontrowersje, lecz jest zgodna z definicją (izolacja na określonym terenie na czas nieokreślony, bez wyroku, ludność w dużej mierze cywilna), używała jej ówczesna administracja, a także niektóre publikacje IPN-u. Tym razem najliczniejszą grupą byli mieszkańcy okolicznych miejscowości - przeważnie Niemcy, ale o deklaracje narodowościowe nikt nie pytał. Ten etap dziejów Łambinowic przez cały okres PRL-u był tematem tabu.

W słoneczny, piątkowy dzień postanowiłem zwiedzić tereny dawnych obozów w ramach wycieczki rowerowej. Aby trochę skrócić dystans podjeżdżam pociągiem do Sowina (Sabine, od 1936 Annahof). Klimat z przystanku kolejowego jak na naszych wiosennych wycieczkach po Podlasiu i Suwalszczyźnie...


sobota, 23 maja 2020

Beskid Żywiecki klasycznie: Żabnica - Rysianka - Lipowska - Boracza - Żabnica.

Nigdy bym nie przypuszczał, że pierwszy beskidzki wyjazd w tym roku nastąpi dopiero w połowie maja! Ale co się odwlecze to nie uciecze... Ponieważ granice nadal są zamknięte, to jako tegoroczny debiut w Beskidach oraz z tatą wybrałem znany i lubiany Beskid Żywiecki. A jak Żywiecki, to musi być coś klasycznego (żeby nie napisać oklepanego 😏), czyli trzy hale: Boracza, Lipowska i Rysianka. Co prawda początkowo planowałem jakąś dłuższą trasę, lecz niedawno kupiłem sobie nowe buty i uznałem, że na przetarcie wystarczy kilkanaście kilometrów.

Wyruszamy tym razem z Czarnego Śląska, we czwórkę. Niezbyt wcześnie, więc mam pewne obawy odnośnie wolnych miejsc parkingowych, gdyż od miesiąca w góry wybiera się tyle osób, że wszystko wszędzie jest zablokowane. Tym bardziej, że dziś sobota. W Żabnicy Skałce moje podejrzenia się potwierdzają - stoi auto obok auta. Podjeżdżamy kawałek dalej i tam znajdujemy pusty fragment drogi. Przy okazji zmieniamy kolejność wędrówki - najpierw pójdziemy na Rysiankę, zamiast na Boraczą. Okazało się, iż był to doskonały pomysł!

Z czwórki zostaje trójka, gdyż mój brat będzie biegał, dokładając jeszcze odcinek przez Słowiankę i Romankę. Pozostała część grupy rusza radośnie asfaltem w górę. Za nami podąża również trochę osób, lecz zdecydowanie mniej niż właziło czarnym szlakiem do schroniska na Hali Boraczej.


Mimo utwardzonej nawierzchni idzie się przyjemnie z widokami na małą "architekturę".



piątek, 15 maja 2020

Czernica w Górach Bialskich. I to co po drodze.

Po dwóch tygodniach znowu nas wywiało na ziemię kłodzką. Tym razem celem były Góry Bialskie, czyli południowa część Gór Złotych (Rychlebów). A przynajmniej tak je klasyfikują autorzy wszystkich najważniejszych podziałów fizycznogeograficznych z Jerzym Kondrackim na czele. Jest jednak pewna grupa "ekspertów" (głównie związanych ze zdobywaniem odznaki Korony Gór Polski), która wydzieliła je jako osobne pasmo. Na podstawie jakich przesłanek? Nie wiadomo. Ponieważ jednak również dla czeskich geografów samodzielne Góry Bialskie nie istnieją, zatem mamy tutaj do czynienia z unikalną sytuacją, że ta jednostka geograficzna kończy się równo na granicy państwowej. Rzadki ewenement 😛!


W drodze na miejsce nastąpił smutny moment, ale musiałem to zobaczyć: zaglądamy do wioski Kamienica obok Paczkowa, która do wojen śląskich stanowiła jedną miejscowość z Bilą Vodą. Po wejściu Polski do strefy Schengen znowu tworzyły jeden organizm, a teraz... nie podjechałem nawet na odległość 100 metrów, a z namiotu już wyskoczył żołnierz z długą bronią. Przechadzając się nerwowo z zapaloną cygaretą rzucał okiem w naszą stronę. Drogę przedzielono barierkami i czymś ciężkim, za żywopłotem zaparkowano ciężarówkę. Jeszcze jesienią przechadzałem się w tym miejscu tam i z powrotem, natomiast dzisiaj mamy powrót już nawet nie do komuny, ale wręcz do stanu wojennego! Zresztą strzały na granicach niedawno padały...


poniedziałek, 11 maja 2020

Powiat brzeski: kraina pałaców, pomników i gotyckich kościołów.

Powiaty brzeskie są w Polsce dwa: jeden leży w Małopolsce, drugi na Śląsku. I do tego drugiego zajrzymy w tym wpisie. Pod względem administracyjnym to część województwa opolskiego, pod względem przynależności historycznej większość jego terenu zaliczana jest do Dolnego Śląska. Tego "prawdziwego", który jest znacznie rozleglejszy niż województwo dolnośląskie.

Pisałem już kiedyś o Grodkowie, Skorogoszczy i Kopicach, teraz pokręcimy się głównie po małych miejscowościach we wschodniej części powiatu. 

Pierwszy postój w Buszycach (Buchitz), gdzie w środku wioski bieleje gotycki kościół zwieńczony wieżą z renesansową attyką. Powstał w XIV wieku jako fundacja Zakonu Kawalerów Maltańskich i w ich rękach pozostawał aż do 1810 roku.


Kaplica przedpogrzebowa wygląda, jakby nasadziła się na murze.


czwartek, 30 kwietnia 2020

Muzeum Techniki w Libercu.

Czesi lubią muzea techniki - mają ich w kraju kilkadziesiąt. Trudno się dziwić - Królestwo Czech było najbardziej uprzemysłowioną częścią Austro-Węgier, również międzywojenna Czechosłowacja była liderem wśród nowo powstałych państw, a i w okresie komunistycznym nie spuszczała z tonu. Szczególnie znany był czechosłowacki przemysł zbrojeniowy oraz samochodowy.

Jedno z takich muzeów istnieje w Libercu (Technické muzeum Liberec) i skupia się głównie na zagadnieniach transportowych. To nie przypadek - już od 1906 roku w mieście działały zakłady produkujące automobile (RAF - Reichenberger Automobil Fabrik), w pobliżu urodził się sam Ferdinand Porsche, a miejscowość była ważnym ośrodkiem innych odmian gospodarki, m.in. przemysłu tekstylnego. 

Muzeum jest dość nietypowe. Po pierwsze - to instytucja prywatna, założona w 2014 roku przez grupę zapaleńców. Po drugie - działa nieprzerwanie przez cały rok, co w Republice Czeskiej należy do rzadkości, gdyż niemal wszystkie takie obiekty zamknięte są od jesieni do wiosny. Po trzecie - wiele (możliwe, że i większość) egzemplarzy pojazdów została wypożyczona przez kolekcjonerów z Liberca i okolic. Zamiast kurzyć się gdzieś w garażach, mogą być podziwiane przez turystów.

Siedziba muzeum sama w sobie może zostać uznana za zabytek, gdyż to dawne tereny targowe. Liberecké výstavní trhy organizowano od 1920 roku i przez wiele lat były znaną marką na arenie krajowej i międzynarodowej. Teraz pozostała po nich głównie legenda...


niedziela, 26 kwietnia 2020

Powrót w góry: Masyw Śnieżnika bez Śnieżnika, za to z Czarną Górą.

Najpierw zamknięto prawie cały zewnętrzny świat pod pretekstem wirusa czającego się między drzewami i napadającego na przechodniów. Wmówiono społeczeństwu, że spacer po łące i lesie jest groźniejszy niż stanie w kolejce w sklepie lub przejazd autobusem. Potem nagle podniesiono szlaban z zakazami i ogłoszono, iż "można poruszać się w celach rekreacyjnych". Ot, tak, bez żadnego związku ze stanem epidemiologicznym państwa, za to odtrąbiono pierwszy sukces w ramach "odmrażania gospodarki". Co ma piernik do wiatraka? Nic. Logika? Nie, polityka. 

Ponieważ nowe rozporządzenie (pomijając sam fakt, czy w ogóle zgodne z prawem) zniosło wszelkie ograniczenia związane z poruszaniem się, to trzeba było je wykorzystać. Czort wie kiedy znowu wszystkich zapędzą do domów? Pakujemy się i w piątek rano z Bastkiem pędzimy w kierunku Masywu Śnieżnika. Dawno mnie tam nie było, a gdyby nie epidemia, to pewnie nieprędko bym do niego zajrzał.
Przez 130 kilometrów drogi spotkaliśmy jeden patrol policji. Z suszarką. Zabrali im możliwość nękania rowerzystów i biegaczy, więc wrócili do starego sposobu dofinansowania budżetu państwa.

Do Międzygórza (Wölfelsgrund) docieramy przed godziną 10-tą. Miejscowość jest jedną z najładniejszych w Sudetach, oko cieszy sanatoryjna zabudowa, często w stylu alpejskim.






niedziela, 19 kwietnia 2020

Karpacka Troja.

Karpacka Troja to skansen archeologiczny znajdujący się w Trzcinicy, wiosce położonej obok Jasła. Działa od 2011, prawie każdego lata przejeżdżałem w pobliżu, ale nigdy nie było dane mi tam zajrzeć. Słyszałem o nim same pozytywne opinie, również od moich rodziców, więc na początku września ubiegłego roku postanowiłem w końcu go odwiedzić.



Parking jest prawie pusty. To dobrze, bo podobno często zjawiają się tu tłumy odwiedzających, w tym sporo wycieczek szkolnych. Dziś jest piątek i już popołudnie, więc może dlatego nie ma dużego ruchu. 

Wchodzimy do dużego budynku, w którym mieści się część muzealna.


wtorek, 14 kwietnia 2020

Cztery razy K: Krapkowice, Kędzierzyn, Koźle i Kuźnia Raciborska w Wielką Sobotę.

Różne są zwyczaje z Wielkanocą - w moim przypadku od kilku lat jadąc na święta do rodziców zwiedzam różne zakątki Górnego Śląska. W tym roku okazało się to niemożliwe z wiadomych przyczyn, zatem zapraszam na relację retro z 2019 😊.

Pierwszy postój wypada na rynku w Krapkowicach (Krappitz). Rynek jest nietypowy, gdyż... posiada drzewa.


Makieta przedstawiające Crapicz w okresie późnego średniowiecza.


Mury miejskie zachowały się na krótkim fragmencie.




środa, 8 kwietnia 2020

Śląskie niedaleko: Biała (Zülz).

Biała (Zülz) to niewielkie, liczące niespełna 2,5 tysiąca mieszkańców miasto, położone w powiecie prudnickim. Miejscowość raczej rzadko odwiedzana przez turystów, choć leży przy dawnym trakcie handlowym z Nysy do Krakowa, a obecnie przy drodze wojewódzkiej prowadzącej w kierunku granicy czeskiej. Kilkanaście lat temu wybudowano obwodnicę dzięki której całkowicie omija się centrum i podziwia się je głównie zza okien samochodu.




Białą zakładano dwukrotnie - już w XII wieku powstało tzw. Stare Miasto (Altstadt). W kolejnym stuleciu ponownie lokowano osadę na pobliskim wzniesieniu, przyjęła ona nazwę Bela oraz Zülz, gdyż koloniści pochodzili głównie z Rzeszy. Z taką datacją Biała jest jednym z najstarszych ośrodków na Śląsku i w Polsce (choć oficjalne nadanie praw miejskich nastąpiło dopiero w 1311 z rąk książąt opolskich). Późniejsze dzieje nie różnią się zbytnio od historii reszty Śląska: wojny husyckie, przejście pod panowanie królów czeskich, wojna trzydziestoletnia, wojny śląskie, włączenie w granice Prus i wreszcie ostatni, niszczycielski konflikt, a potem kolejna zmiana granicy. Regionalną odmianą była... wojna piwna 😛. W 1704 nastąpiło starcie pomiędzy Zülzanami a pułkownikiem o nazwisku Cebulla, który sprzedawał złoty trunek wbrew regulacjom. Niestety, o końcowym wyniku źródła milczą.

sobota, 28 marca 2020

Muzyczne Rudawy Janowickie: Ciszyca, Bukowiec i "Szwajcarka".

Z wysokich Karkonoszy przenoszę się w niskie Rudawy Janowickie, gdzie w Szwajcarce odbywa się wieczorem koncert. W tym celu wsiadam w autobus jadący z Karpacza do Kowar: trasa ma niecałe 10 kilometrów, ale ten krótki odcinek ubarwia kierowca, wystylizowany na emerytowanego zboczeńca 😛. Najpierw podrywa siedzącą z przodu młodą Ukrainkę w sposób dość wybuchowy: na przemian prawi komplementy jej i Putinowi, który zrobi porządek w Donbasie. Efekt zaleceń był raczej mizerny... Potem wdaje się w wesołą dyskusję z kolesiem, który wszedł w połowie drogi i ledwo stał na nogach.
- Pan to chyba się od dawna znieczula?
- Panie, ja to piję od wczoraj, non stop.
- A w domu to pewnie żona czeka?
- Nie, mieszkam sam i mam spokój!
- E, baba by się panu przydała.
- Żadnej baby, ja chcę mieć spokój.
- A z kim pan pił?
- Z kolegą z pracy. Tu pracuję.
- A to kowboj, z giwerami. Pewnie na ranczu...
- Na żadnym ranczu, gdzie tam. Tak sobie chlaliśmy i teraz wracam do domu.
- I pewnie do kobietki?
- Panie, ja mieszkam sam, żadnych bab!
- Ale kobieta by się panu przydała.
I tak w kółko 😛. Nie wiem, czy kierowca badał orientację chlejusa, czy raczej był zakamuflowanym alfonsem.

Wysiadam obok dworca w Kowarach (Schmiedeberg) i uderzam do marketu, wokół którego kręci się podejrzanie dużo Cyganów i żuli. Panuje między nimi doskonała komitywa... Szybkie zakupy i ruszam na północ ulicą Jeleniogórską (niegdyś Hermann-Göring-Strasse). Mijana zabudowa jest ciekawa, duże zaniedbane gmachy to dawne obiekty sanatoryjne.



piątek, 20 marca 2020

Bardzo wietrzne Karkonosze: Pec pod Sněžkou - Luční bouda - Dom Śląski - Karpacz.

Głównym celem lutego wyjazdu w Karkonosze miało być oczywiście wejście na Śnieżkę. Kilka dni przed tym planowanym wydarzeniem sprawy się trochę skomplikowały. A właściwie wszystko się spieprzyło, gdy silny wiatr uszkodził dach obserwatorium astronomicznego na szczycie. Podobno powstało tak wielkie ryzyko dla turystów (zapewne mniej więcej na poziomie szansy wygrania w totka), że Karkonoski Park Narodowy i GOPR postanowili zamknąć szlaki na górę. Poprosili o to także stronę czeską, lecz Czesi poinformowali, że "z powodów prawnych to niemożliwe". Ponieważ "powody prawne" nie przeszkadzają w czasowym wyłączaniu innych czeskich szlaków, to podejrzewam, iż po prostu nie chcieli się wygłupiać i skończyło się na ostrzeganiu turystów. Przez czeski internet przeleciała lawina drwin w stylu "latami Polacy nie remontowali i teraz wszystko się sypie" albo "w Polsce to najchętniej by wszystkie szlaki zamknęli", lecz nie zmieniło to sytuacji i szlak spod Domu Śląskiego oraz końcowy odcinek z przełęczy Okraj oficjalnie ogłoszono nieczynnymi.
Przynajmniej teoretycznie, bowiem po szybkim spojrzeniu na mapę można dostrzec, że ów zamknięty fragment od strony wschodniej leży... w całości na czeskim terytorium! Próbowałem się dowiedzieć u źródła, czy teraz polski PN i GOPR ma kompetencje do zakazywania poruszania się ludziom w Republice Czeskiej, ale doczekałem się jedynie serii wyzwisk, ironii i komentarzy nie na temat, a przodowała w tym strona od goprowców. Szanuję ich bardzo za wysiłek ponoszony podczas ratowania turystów, ale to jest kolejny już przykład dezinformacji (zarówno w internecie jak i osobistej) stosowanej przez te służby.

W konsekwencji, aby nie zostać ukamienowanym, postanowiłem zmienić plan: uznałem, iż znowu nie uda mi się wdrapać na Śnieżkę od wschodu (podobnie jak dwa lata temu), a alternatywą będzie zjazd do Pecu pod Sněžkou autobusem. Trochę się bałem, czy on w ogóle dojedzie na przełęcz Okraj, gdyż droga od strony polskiej była nieodśnieżona, ale lekko spóźniony dotarł.

Pec pod Sněžkou (Petzer) tonie w zachmurzeniu, zgodnie zresztą z prognozami.


czwartek, 12 marca 2020

Lubawka, Niedamirów oraz Karkonosze: przejście przez Grzbiet Lasocki na przełęcz Okraj.

Przez dziesięć lat nie jeździłem w Karkonosze, a jak w końcu pojawiłem się tam w 2018 roku, to od tego czasu zaliczyłem już pięć wizyt. Trzeba będzie znowu zrobić przerwę, aby się za nimi stęsknić. Na razie jednak w lutym pojechałem po raz szósty w ciągu ostatnich 24 miesięcy. Tym razem postanowiłem zacząć od wschodu, od Grzbietu Lasockiego (Pomezní hřeben, Kolbenkamm), którego w ogóle nie znam.

Wstaję o strasznej porze, aby zdążyć na odpowiednie pociągi i po kilku przesiadkach docieram do Lubawki (Liebau). Pogoda dopisuje, temperatura w okolicach zera lub lekkiego mroziku. Gdzieniegdzie widać mizerne resztki śniegu.


Lubawkę także ostatnio odwiedzałem już dwukrotnie, ale albo byłem tu już wieczorem, albo nie miałem czasu na jakieś zwiedzanie. Tym razem mam godzinę do autobusu, więc mogę się po niej pokręcić.

Zaczynam od dworca reprezentującego stan nędzy i rozpaczy. W 2008 roku kupiła go pewna warszawska firma obiecując otwarcie luksusowego hotelu. Prawie im się udało.


sobota, 7 marca 2020

Jafa - port starszy niż Izrael.

Tak jak Tel-Awiw jest przeciwieństwem Jerozolimy, tak Jafa jest przeciwieństwem jego dzielnic centralnych: tam ulice są szerokie i proste, domy dopasowane i wznoszone w podobnym stylu, a czas biegnie szybko, tutaj robi się wąsko, kręto, architektura stanowi dość chaotyczną wypadkową różnych pomysłów, a ludzie zdają się nigdzie nie spieszyć, przynajmniej pozornie.


Tel-Awiw, jak już pisałem, to młode miasto liczące nieco ponad wiek. O Jafie pierwsze wzmianki pojawiają się w XV wieku, ale przed naszą erą, w dokumentach egipskich faraonów! Badania archeologiczne wskazują, że osadnictwo mogło być jeszcze starsze i sięgać epoki brązu. Z powodu usytuowania Jafa zawsze współegzystowała z morzem, mamy więc do czynienia z jednym z najstarszych portów świata. Z 4 tysięczną historią jest starsza od samego Izraela - oczywiście nie mam na myśli współczesnego państwa, ale starożytne królestwo pod rządami monarchów z rodu Dawida.

W ciągu mijających stuleci miejscowość raczej nie była w centrum ważnych wydarzeń, ale kilka razy stała się ich częścią:
* w 1099 roku podbili ją krzyżowcy i w ten sposób awansowała na główny port Królestwa Jerozolimskiego. Następnie odbił ją dla muzułmanów Saladyn, ponownie odebrał Ryszard Lwie Serce, a ostatecznie mahometanie zagarnęli miasto w 1268 roku.
*  w 1799 zajął ją Napoleon, po czym dokonał rzezi mieszkańców i tureckiego garnizonu, który wcześniej poddał się Francuzom.

W 19. stuleciu do Jafy zaczęli przypływać żydowscy imigranci, którzy ostatecznie założyli nową jednostkę osadniczą - Tel-Awiw. W okresie międzywojennym między Żydami i Arabami panowały stosunki coraz bardziej wrogie, dochodziło do zamieszek, pogromów i rozruchów (wywoływanych przez tych drugich). Plan podziału Palestyny przewidywał, że Jafa zostanie arabską enklawą w państwie żydowskim (choć mieszkali tam także liczni żydzi i chrześcijanie). Nie doszło do tego: ponieważ muzułmańskie bojówki regularnie ostrzeliwały Żydów, więc ci tuż przed wybuchem wojny zdobyli port. Część Arabów uciekła jeszcze przed tym wydarzeniem, części "pomogli" wyjechać zdobywcy, a część została (około 10% wcześniejszej populacji muzułmańskiej). W 1950 włączono ją do Tel-Awiwu, a obecnie Arabowie stanowią 1/3  mieszkańców. To widać i czuć - w ten sposób dzielnica także wyróżnia się w mieście, gdyż w całym Tel-Awiwie żydzi to ponad 90%, a muzułmanie i chrześcijanie tylko jeden procencik...

środa, 4 marca 2020

Tel-Awiw - Białe Miasto, złote plaże i niebieskie morze.

Tel-Awiw powstał w wyniku marzeń. Marzeń tej części Żydów, którzy chcieli wrócić do ziemi swoich przodków. Założono go w 1909 roku, a więc metrykę ma bardzo krótką. Miejsce wybrano nieprzypadkowo - na północ od Jafy, portu znanego już w starożytności. Jafę zamieszkiwali Arabowie, którzy z każdą kolejną falą żydowskiej migracji byli w stosunku do niej coraz bardziej wrodzy. W takiej sytuacji Żydzi postanowili na okolicznych wydmach wybudować swoje nowe osiedla, całkowicie od zera. Prawie jak zamki na piasku, tyle, że te przetrwały już ponad wiek.

W ciągu 100 lat Tel-Awiw gwałtownie się rozwinął i wchłonął Jafę w swoje granice, choć zachowała ona własny, odrębny klimat. W tym wpisie zajmę się jednak tylko samym Tel-Awiwem. Tam, gdzie ponad wieku hulał tylko wiatr i owce, stoją dzisiaj dziesiątki wieżowców.


Budynek w środku to Azrieli Sarona Tower, najwyższy w Izraelu, liczący 238 i pół metra. To o półtora metra więcej od warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. 

Tel-Awiw i Jerozolima to dwa różne światy. "Haifa pracuje, Jerozolima się modli, a Tel-Awiw bawi" - to izraelskie przysłowie czytałem wielokrotnie. W Haife jeszcze nie byłem, ale z pewnością Tel-Awiw również pracuje: działa w nim wiele międzynarodowych i krajowych korporacji oraz giełda papierów wartościowych. O ile będąc w Jerozolimie czujemy, że to na pewno Azja, Bliski Wschód, o tyle tu nad morzem mamy skojarzenia z zachodnią Europą, ewentualnie Ameryką Północną. Pomieszanie Kalifornii, Miami, londyńskiego City i Frankfurtu nad Menem.





niedziela, 1 marca 2020

Śląskie niedaleko: Ornontowice, Chudów i Przyszowice.

Czasem warto pokręcić się blisko rodzinnych stron i wtedy też można zobaczyć coś nowego, ciekawego...

Ornontowice (niem. Ornontowitz) to wieś gminna w powiecie mikołowskim, leżąca nieco na uboczu. Posiada w swoich granicach ładny pałac z przełomu XIX i XX wieku, wybudowany dla rodziny Hegenscheid.


Za komuny mieściła się w nim szkoła rolnicza. Za demokracji kupiła go firma o szumnej nazwie "Colloseum", która chciała uczyć w niej przyszłych biznesmenów. Zamiast tego zjawił się syndyk i dziś obiekt jest w innych rękach prywatnych. Właściciele mają chyba jakąś obsesję, bo co krok wiszą groźne tabliczki informujące o zakazie wstępu i fotografowania.