sobota, 3 sierpnia 2019

Bieszczady są upalne: Łupków - Wola Michowa - Balnica - Cisna - Wetlina.

Poranki w Chatce na Końcu Świata w Starym Łupkowie kojarzą mi się zawsze z ładną pogodą. Tak było i tym razem - za oknami niebo bez jednej chmurki, słońce już zaczyna smażyć...


O dziwo, wszyscy nocni imprezowicze już są na nogach. Mnie się nie chce wstawać, dwukrotnie przestawiam budzik, mimo, iż wiem, że plan na pół dzisiejszego dnia jest dość napięty. Chcę zdążyć na pociąg, a trasy jest sporo do przejścia. Liczę jednak, że uda mi się złapać jakieś podwózki...

Towarzystwo zasiadło do śniadania 😏.


Dzielnie odrzucam propozycję wspólnej konsumpcji Baczewskiego (swoją drogą wyjątkowo mi ta wódka nie smakuje). Gdybym jednak zmienił zdanie, to dostaję ofertę samochodowego powrotu aż do domu w kolejny dzień - tyle, że ja wracać jeszcze nie mam zamiaru. Ekipa, która wczoraj rozpaliła ognisko, chce dziś iść aż do Balnicy górami i także proponują, abym się do nich dołączył, a ja znowu muszę odmówić...

Pojawił się gość - chudy i umięśniony Słowak na rowerze. Biega wokół chatki lekko zszokowany i strzela kolejne zdjęcia smartfonem. Potem uwiecznia siebie w różnych pozach. Wreszcie smaruje się kremem do opalania i pyta się, w którym kierunku idę... Kręci nosem, on chyba chce gdzieś indziej.


Około 9-tej udaje mi się w końcu zebrać do drogi. Późno, niedobrze, ale może jakoś to będzie...

Z chatki skręcam w prawo, na wschód. Tędy jeszcze nigdy nie szedłem. Sielsko.



Idylla kończy się już po jakimś kilometrze, gdy trafiam na wielki plac pełen ściętych drzew i drwali. Dochodzi tutaj także asfalt. Widać, że cywilizacja zbliża się do Łupkowa od drugiej strony...


Mimo wszystko asfaltem idzie mi się dobrze i nikt mi nie przeszkadza. Dwukrotnie przekraczam potok Smolniczek, a to oznacza, że według nowego mądrego podziału górskiego na chwilę znalazłem się w Beskidzie Niskim, po czym powróciłem w Bieszczady. Tym razem definitywnie 😏.



Zbliżam się do miejsca, gdzie kiedyś zaczynała się wieś Zubeńsko (Зубенсько). W okresie międzywojennym liczyła prawie 400 mieszkańców, Rusinów i kilku żydów (wcześniej społeczność żydowska była liczniejsza). Ludność zdążono wywieźć w różne strony jeszcze przed akcją Wisła...



Spotykam pierwsze zaparkowane samochody i kręcących się po okolicy ludzi. Dwóch facetów schodzi z drogi i przez rów oraz krzaki przedziera się na zadrzewione wzgórze widoczne po lewej - tam prawdopodobniej stała drewniana cerkiew.


W takim miejscu zawsze przeżywam pewnego rodzaju wewnętrzny wstrząs: jak prosto może zniknąć cała miejscowość? Jasne, minęło już ponad pół wieku, przyroda i ludzie zrobili swoje, ale przecież patrząc na te łąki bardzo trudno sobie wyobrazić, że stało na nich kilkadziesiąt domów...


Niebieski szlak biegnie na południe w kierunku granicy, natomiast ja podążam na północny-wschód.


Mijam pracujący w polu traktor i nagle słyszę inny warkot dochodzący z tyłu. Nie namyślając się długo macham ręką i już po chwili siedzę w półciężarówce z dwoma robotnikami, którzy dowożą mnie na skrzyżowanie z drogą wojewódzką, tuż obok nieczynnego przejazdu wąskotorówki.


Na głównej szosie jeździ sporo aut, co mnie tym razem cieszy. Wydaje się, że z kolejnym stopem nie będzie większych problemów. Na razie zaglądam jednak pod pobliski krzyż z 1888 roku.


Teraz chcę podejść jeszcze kawałek dalej za odbicie drogi na Smolnik i tam założyć punkt łapania okazji 😏. Z plecakiem wzbudzam zainteresowanie, pomachał mi nawet kierowca ambulansu - nie wiem tylko czy to dobry czy raczej zły znak? 😛


Od czasu do czasu już teraz macham łapką, ale bez wielkiego parcia. Jeden z samochodów najpierw mnie mija, potem gwałtownie hamuje i cofa się kilkadziesiąt metrów. Wyskakuje młody facet i gorączkowo rzuca się do tylnych drzwi:
- Mamy ciasno, z tyłu siedzi żona z noworodkiem, ale może jakoś się zmieścimy - woła.
- Spokojnie, nic na siłę - odpowiadam. - Nie chcę sprawiać problemów, na pewno za chwilę ktoś inny mnie weźmie.
- Nie, nie, to nie problem - upiera się tamten.
Ostatecznie przekonałem go, że nie musi przestawiać małżonki oraz dziecka z fotelikiem i naprawdę mogę jeszcze sobie poczekać przy drodze na kolejną podwózkę. Miałem rację - na zegarku przeleciało ledwie kilka minut i zatrzymał się van z rowerową rodzinką. Okazało się, że w Cisnej odbywa się dziś maraton dla amatorów dwóch kółek, stąd tak dużo aut z przyczepionym sprzętem.

Tak miło nam się rozmawiało, że prawie przegapiłem miejsce, gdzie chciałem wysiąść, a był nim wielce zachęcający napis NALEWKARNIA. Kto by się nie skusił?


Wyskakuję z plecakiem w "centrum" Woli Michowej (Воля Мигова). Jest dopiero 10-ta, a to oznacza, że od chatki w Łupkowie przemieściłem się tu w godzinę. Znakomity wynik, teraz mam sporo czasu na zapas, więc bez ceregieli kieruję swe kroki do dawnego sklepu spożywczego, a dziś reklamującej się "nalewkarni".

Wybór jest spory, ceny też. Oprócz trunków można nabyć swojski chleb i soki. Jedzenie akurat jeszcze mam, więc decyduję się na nalewkę z pokrzywy i cytryny. Kapitalna!



Siadam do cienia, rozmawiam ze sprzedawcą. W przyszłości chcą jeszcze produkować lokalne piwo. Byłoby fajnie.

Spędzam pod drzewem kilka kwadransów - przez ten czas do sklepu zaglądają klienci. Są nawet prawie sąsiedzi z Opola. Kobieta idzie zrobić rozeznanie, a facet widząc mnie dziwi się: "To turyści z plecakami jeszcze nie wymarli?". Opowiada mi o wczorajszej burzy z gradem w Cisnej oraz o tłumach turystów na połoninach. No cóż, zaczął się weekend, więc trzeba się ich spodziewać...

Ciężko w to uwierzyć, ale zamieszkała obecnie przez około 90 osób Wola Michowa była kiedyś miastem! Pierwotnie zaś wsią królewską lokowaną w XVI wieku, natomiast prawa miejskie uzyskała w połowie 18. stulecia. Na krótko, ale jednak. Zabudowa skupiona była wokół rynku położonego na północ od szosy, gdzie dziś chyba nic już nie ma. Odbywały się w niej jarmarki, handlowano bydłem i węgierskim winem. W szczytowym okresie liczba mieszkańców wynosiła ponad osiem setek, w tym aż czwartą część stanowili wyznawcy judaizmu. Oprócz cerkwi działały w Woli dwie synagogi, a do dzisiaj przetrwał w pewnym oddaleniu kirkut. Nawet zastanawiałem się czy do niego nie podejść, ale nie wiedziałem, czy na pewno trafię, a z drugiej strony wzmagający się upał nie zachęcał do skoków w bok...

Współczesna Wola Michowa to garść domów wzdłuż drogi wojewódzkiej, prawie wszystkie już nowe, powojenne. Starszą datację mogą mieć te dwa.


Niedaleko sklepu jeszcze do niedawna stał pomnik poświęcony czterem milicjantom poległym "w obronie ładu i porządku". W wyniku "dobrej zmiany" w jego miejscu mamy dziś wystawkę śmieci.


Blisko południa, zatem temperatura robi się nieznośna. Spocony sunę do przodu rozpaloną drogą.


Żubr, pstrąg i tokaj zapraszają. Nie skuszę się!


Nowy, nie mający jeszcze 10 lat, kościół katolicki. Całkiem ładny. Stoi w innym miejscu niż kiedyś cerkiew, ta znajdowała się w zachodniej części Woli.



Kawałek za świątynią przez Osławę przerzucono metalowy mostek, a za nim widać ruiny zabudowań. Pewnie bym je przegapił, bo z drogi są słabo widoczne, ale przed wyjazdem zwróciła mi na nie uwagę Wiolcia.



Budynki są pozostałościami ośrodka "Latarnia Wagabundy". Podobno bardzo znanego, który przeniósł się teraz w inne miejsce. Postanawiam przejść się korytarzami i liczę, że żadna żmija nie będzie się wygrzewała w słońcu.



W środku wilgotno, czuć stęchliznę i inne różne zapachy. Są ślady bytności dzikich lokatorów, ale raczej nie z ostatniego okresu.




Gdy wracam do drogi spotykam faceta z pobliskiego domu. Myślałem, że dostanę opieprdziel, iż kręcę się po prywatnym terenie, lecz ten zagaduje:
- Zimna woda była?
Myślał, że poszedłem wykąpać się do Osławy 😏. Pomysł niezły, ale jednak muszę iść dalej.

Łemkowski krzyż z cyframi wykonanymi jakby nieporadną ręką.


W okolicy ruin po Latarni powinien zaczynać się żółty szlak. Nie widzę jednak oznaczeń. Na szczęście trudno się tutaj zgubić, gdyż odbicie jest tylko jedno, z metalową tablicą kierującą w dolinę potoku Balnica (Balniczka). Przekraczam tory nieczynnego odcinka wąskotorówki.


Dobrze, że ta droga nie już asfaltowa, bo nogi chwilowo mają dość takiej nawierzchni 😏. Aby im ulżyć wysypano tu sporo tłucznia, zapewne żeby łatwiej zwozić drzewo...


Po kilkunastu minutach znajduję ukrytą w lesie kapliczkę, tzw. Kowalową. Wybudowano ją w XIX wieku, odwiedzali ją grekokatolicy z obu stron granicy. Odprawiano w niej nabożeństwa, a tutejsze źródełko uważano za cudowne, po tym jak dzięki niemu odzyskał wzrok żebrzący dziad.


Kaplica jest po remoncie. Opuszczona po wypędzeniu Rusinów zaczęła z wolna niszczeć, lecz podobno aż do lat 70. jej stan nie był najgorszy, w środku istniały jeszcze freski, trzymał się tynk. Potem została wewnątrz mocno zniszczona w wyniku... detonacji niewypałów! Naprawdę, ludzkie barbarzyństwo w stosunku do "obcych obiektów" nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać!


Pod kaplicą płynie Balniczka, więc siadam pod mostkiem i chłodzę się. Trzeba trochę nabrać sił.


Po wiosce Balnica (Бальніця) nie pozostało już prawie nic. Właściwie jedynym namacalnym śladem jest cerkwisko. Świątynia w Balnicy była obiektem drewniano-murowanym, konsekrowano ją w 1856 roku. Obok niej stała dzwonnica z trzema dzwonami. Jeden z nich został w czasie ostatniej wojny ukryty, kilkanaście lat temu wykopany i prezentowany jest w skansenie w Sanoku, o czym już kiedyś pisałem. Ma metr średnicy i waży ponad 600 kilogramów.


Miejsce po cerkwi.


Na cmentarzu kilka starych krzyży i niektóre ustawione już przez wygnańców lub ich potomków.




Balnicę likwidowano w dwóch etapach: w 1946 część mieszkańców wywieziono na Ukrainę, rok później całą resztę w czasie Akcji Wisła. Wylądowali na Pomorzu, gdzie zazwyczaj żyją do dziś. Z opróżnienia wioski skorzystała UPA, która użyła drewno z pustych budynków do konstrukcji podziemnego szpitala.

Kilkadziesiąt lat temu zobaczylibyśmy na zdjęciu wykonanym w tym miejscu domy, dziś większość terenu zajął las.


Mimo, że miejscowość już nie istnieje, to nazwa "Balnica" przetrwała w szerszej świadomości z powodu Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej. Obecnie to ostatnia czynna stacja zachodniego odcinka, choć przystanek znajduje się w sporym oddaleniu od dawnej wsi.

Właśnie przejazd kolejką był głównym celem dzisiejszego dnia, ona determinowała mi plany, ponieważ do Balnicy kursowała tylko raz dziennie. Zbliżając się do przystanku ponownie widzę nieużywane tory, słyszę piski lokomotywy, potem pojawiają się ludzkie głosy i wreszcie sami pasażerowie.


Wśród turystów wzbudzam sensację. Jakaś dziewczyna patrzy na mnie jak na UFO i pyta z niedowierzaniem:
- Pan tu przyszedł piechotą?
- Niestety - odpowiadam z uśmiechem, po czym najpierw idę pogadać z obsługą, a potem zrobić małe zakupy w sklepie. Zimne słowackie piwo będzie w sam raz!


W skład pociągu wchodzi kilka wagonów otwartych oraz jeden zamknięty. Ten ostatni jest najciekawszy, bowiem posiada drewniane siedzenia jak z dawnych lat, hamulec ręczny oraz... toaletę 😏.



Całość pociągnie nieśmiertelny Lyd2 czyli rumuński FAUR. W ciągu półtora miesiąca po raz trzeci pojadę wąskotorówką, a po raz drugi Lydem (przedtem w Bytomiu, natomiast na Suwalszczyźnie mieliśmy polską konstrukcję).


Prawie wszyscy ładują się do otwartych wagonów, do mnie dołącza tylko trójka młodzieńców. Przez większość podróży raczą mnie opowieściami z życia swojego i znajomych, w których dominującym tematem jest oczywiście wyrywanie lasek. Najbardziej utkwiła mi w pamięci historia jakiegoś muzyka co grywał na weselach, a w przerwach podkradał ludziom aparaty cyfrowe i w toalecie w tajemnicy uwieczniał na nich swoje przyrodzenie 😛. Podobno działało to na wiele dziewczyn 😉. Niestety, skończył tragicznie, bo zginął w wypadku, zasypiając w aucie podczas powrotu z imprezy...

Tymczasem widoki za oknami cieszą oczy.



W jednym miejscu tory tak zakręcają, że można zobaczyć sznur wagonów za nami.



Mało znaną ciekawostką historyczną jest fakt, że przez pewien czas bieszczadzka kolejka była de facto międzynarodowa. Po I wojnie światowej granicę międzypaństwową wytyczono na grzbiecie wododziałowym i okazało się, że prawie kilometrowy odcinek torów wąskotorówki znalazł się w Czechosłowacji. W czasach Austro-Węgier nie przejmowano się takimi niuansami, podczas budowy uwzględniano przede wszystkim uwarunkowania terenowe, natomiast w okresie międzywojennym stało się to problemem, gdyż za każdym razem pociągi kontrolowali i eskortowali czechosłowaccy funkcjonariusze. Dopiero w 1938 roku, wykorzystując agonię Czechosłowacji, strona polska wymogła cesję fragmentu terytorium (niecały kilometr kwadratowy) i w ten sposób cała linia znalazła się w Rzeczpospolitej.

Mapa WiG z 1938 roku.
Po kolejnej wojnie cofnięto wszystkie nabytki sanacyjnej Polski, więc zapewne stało się tak i tutaj, choć było to mocno niepraktyczne. Najbardziej prawdopodobna opcja to powtórne przekazanie przez Słowaków torowiska kolejki podczas jednej z wymian granicznych, zapewne w 1958 roku. W każdym razie obszar ten (określany w dokumentach jako "źródliska Udavy") jest jedynym z wymuszonych kiedyś na Czechosłowacji i nadal położonym w Polsce.

Pociąg mknie przez zielone okolice, turla się wzdłuż potoku Solinka, następnie przecina trakt wojewódzki i mijamy nieliczne zabudowania Żubraczy (Зубряче).



Po 45 minutach dojeżdżamy do Majdanu, głównej stacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej.


Tłum podróżnych wylewa się na zewnątrz, ja wychodzę jako ostatni, aby jeszcze zrobić zdjęcie wnętrza pustego wagonu, którym jechałem. Fajny.


Ludzkie morze rozbiega się we wszystkie strony, więc zwiedzanie wystawy muzealnej ograniczam do kilku zdjęć wykonanych w ruchu. Na zielono-czarno parowóz Kp4 z Chrzanowa.


Z Majdanu do Cisnej (Тісна) już blisko, ale to nieprzyjemny odcinek z dużym ruchem samochodów, zatem po raz trzeci tego dnia postanawiam złapać stopa. Zatrzymuje się pierwszy napotkany wóz; to także turyści z wąskotorówki. Po kilku minutach jestem już w centrum, gdzie masa aut i ludzi. Trudno się dziwić, mamy sobotę i ładną pogodę. Za tydzień, w weekend bożocielny, pewnie frekwencja jeszcze się mocno zwiększy.

Uderzam do jednej z knajp na żurek i radlera. Tu także patrzą dziwnie na mój plecak.


Nie mogło zabraknąć wizyty w Siekierezadzie. Po raz pierwszy siadam w dużej sali ("galerii"), która zwykle była zamknięta.



Przy barze wydaje mi się, iż widzę znajomą twarz mężczyzny, przygląda mi się również jakaś babka. W końcu się odzywa:
- To pan łapał dziś stopa i do nas nie wszedł. Poradził jakoś pan sobie? Baliśmy się, że w tym upale coś się stanie!
Samochód z małą ilością miejsca, żoną i noworodkiem, który chciał mnie zabrać przed Wolą Michową. To miłe, że tak troszczyli się o obcego człowieka.
- Poszedłem kawałek dalej i w cieniu założyłem stały punkt łapania okazji - odpowiadam ze śmiechem. - Już kilka minut później byłem w dalszej drodze, dzisiaj jest dobry dzień dla autostopowania.
To fakt, podróżowanie w ten sposób idzie mi na tym wyjeździe całkiem sprawnie. Na pewno pomaga wielkość mojej grupy turystycznej, składającej się z jednej osoby. W sumie mógłbym tak przebyć i ostatni odcinek dzisiejszego dnia, lecz decyduję się na autobus.

Maszerując na przystanek przyglądam się różnym przybytkom dla turystów. Najczęściej odmienianym słowem jest "Łemko". Łemkowskie knajpy, sklepy i klimaty. Łemkowskie pamiątki. Łemkowskie jadło. Nagle, po wielu dekadach, wydobyto Łemków z niebytu i stali się modni. Ukraińcy są źli i podejrzani, o nich się nie wspomina, a Łemko brzmi tak swojsko. To nic, że część Łemków, zwłaszcza tych wschodnich, także uznawała się za członków narodu ukraińskiego. A najlepsze jest to, że Cisna to już nie Łemkowszczyzna! Tereny zamieszkałe przez tę grupę Rusinów znajdowały się tuż za miedzą, kończyły się w Żubraczach, lecz Cisna była już miejscowością Bojkowską. Tyle, że Bojkowie nadal są w świadomości nieobecni, więc można wciskać tych Łemków gdzie popadnie...

Przystanek autobusowy mam z widokiem na bezpłciowy kościół katolicki. Wieżę dobudowano kilka lat temu.


Autobusy są opóźnione, więc wsiadam do tego, który miał jechać z pół godziny wcześniej. Mija jakieś pół godziny i wysiadam w Wetlinie (Ветлина). Pierwszy widok na zielone połoniny 😊.


Uderzam do domu wypoczynkowego PTTK. Zawsze kojarzył mi się z zamkniętymi drzwiami, ewentualnie ciszą i spokojem. Teraz gęsto tam jak w ulu. Pełno namiotów, dużo ludzi kręci się wokół knajpy. Ekipa prowadząca obiekt reprezentuje styl hippisowsko-hipsterski, z głośników sączy się sympatyczna muzyka. No i ceny na barze mocno poszły do góry.



Na szczęście przenocować ciągle można za niewysoką kwotę. Decyduję się na prl-owski domek letniskowy, którego połowę mam tylko dla siebie.


Po kąpieli pora na spacer do najbliższego baru. Widać, że włodarze Wetliny wzięli sobie do serca, aby przy tak wysokich temperaturach nie kosić nieustannie trawników 😏.


Baza Ludzi z Mgły. Jakoś nigdy nie umiało mnie przekonać to miejsce. Teraz chyba sporo się w niej pozmieniało, ludzie wychodzą trzaskając drzwiami i wołając:
- To już nie ten sam lokal! Nigdy nie wisiało w nim poroże, ekipa jest inna!
Wydaje mi się, że jednak wisiało, a właściciel od lat ten sam... W każdym razie ubyło piw.
Przy barze zauważam lane wino! Kurczę, dawno takiego nie piłem!
- Co to za wino? Białe, czerwone? - zagaduję sprzedawcę.
- Czerwone.
- A słodkie, wytrawne? - ciągnę naiwnie.
- Normalne, dobre - odpowiada ten z głupim uśmiechem.
Zamawiam duży kufel. I już po zapachu czuję, że się sfrajerzyłem - to przecież zwykły jabol 😛. Jak mogłem sądzić, że za 10 złotych napiję się tutaj czegoś innego? Cóż, walka z tym napitkiem była długa i bolesna 😏.


Ale wieczór dopiero się zaczynał, choć ja miałem inne plany. Początkowo chciałem skończyć piwo, którym przepłukiwałem przełyk po jabolu i wrócić do PTTK-u. Towarzyszyła mi lektura, powrót po latach.


Prawie mi się udało, bo dosiadł się miejscowy ze słowami:
- Wyglądasz na człowieka, z którym przyjemnie napić się piwa.
Nie miałem więc wyboru... Następnie dołączyliśmy do sąsiedniego stolika okupowanego przez dwie pary - starszą i młodszą. Integracja szła na tyle szybko, że już po pół godzinie rozmowa zeszła na trudne i bolesne porody 😛.

Minęła północ, barmani (ci, którzy nie imprezowali z nami) zaczęli dawać sygnały, iż chcą zamykać, a młodsza para przeszła do bardziej intensywnego stopnia migdalenia, więc wysandałowałem się do miejsca noclegowego (to zaledwie kilkaset metrów od Bazy). A tam... impreza w pełni! Gra muzyka, kula dyskotekowa, tańce... Zaczepia mnie facet z Żor i ląduje przy jego ekipie. Trochę to wszystko się jeszcze przeciągnęło zanim ostatecznie dotarłem do domku.

10 komentarzy:

  1. No a jaki powinien być kościół katolicki - no bezpłciowy. Bowiem płeć to gender, a gender to zarza:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja swoją podróż kolejką bieszczadzką przespałem. Dzień wcześniej zaliczyliśmy trasę z Komańczy do Cisnej, która trwała od rana do drugiej w nocy. Na dodatek musieliśmy na zmianę nieść kolegę, któremu wysiadły kolana. Potem jeszcze spacer na stację. Rano, gdy pociąg ruszył, jego miarowy stukot uśpił nas wszystkich. Obudziliśmy się na końcowej stacji. Tak więc jazdę kolejką mam do powtórki.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę długo Wam zajęła ta wędrówka z Komańczy do Cisnej ;)

      Dobrze, że to wąskotorówka, w normalnym pociągu zajechalibyście pewnie dalej, niż mieliście wysiadać :D

      Usuń
  3. Fajnie, ale już od tych zdjęć zrobiło mi się odpowiednio gorąco. Wyobrażam sobie jak ekstremalnie musiało być podczas wędrowania, choć te przejazdy stopem na pewno "zminimalizowały straty". ;)
    Oj, masz Ty szczęście do tych wąskotorówek. Połowa roku, a tu już trzy przejazdy. Zazdraszczam! ;)

    P.S. A wiesz, że też akurat odświeżam sobie trylogię husycką? Jestem w połowie "Bożych wojowników". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Norma z wąskotorówkami chyba już wyrobiona na ten rok :D

      PS>Ja odświeżyłem sobie po ponad 10 latach, czytało się prawie jak nową książkę :)

      Usuń
  4. Cześć - fajnie się ogląda "swoje" strony a w odniesieniu do Zubeńska i dwu facetów przedzierających się przez krzaki to miałem okazję być ja ( poznałem po samochodzie na zdjęciu ) :) pracujemy w Zubeńsku nad rekonstrukcją znajdującego się tam cmentarza wojennego oraz uporządkowaniem ( jak słusznie zauważyłeś ) znajdującego się tam cerkwiska. Pozdrawiam i zapraszam w przyszłym roku - będzie już coś widać - mam nadzieje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to bardzo dobra wiadomość, na pewno postaram się tam wpaść :) O cmentarzu wojennym to nawet nie wiedziałem :D

      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Świetna relacja :) Tam jest jeszcze inny świat, którego trudno szukać gdzie indziej. Byłem wielokrotnie w tamtych okolicach, ale kolejka nie dane mi było jechać. Jeździłem za to ciuchcią normalnotorową z Zagórza do łukowa i Komańczy. Było super. Ale w Bieszczady jeszcze skoczę ;)
    Dzięki i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciuchcia wąskotorowa - jak widać - jest mocno oblężona, a przejazd normalnym pociągiem do Łupkowa zazwyczaj przeżywamy w spokoju, ale to jednak nie to samo ;)

      Pozdrawiam :)

      Usuń