niedziela, 29 lipca 2018

Beskid Niski (4): upalna Grzywacka Góra na pożegnanie.

Ostatni dzień w Beskidzie Niskim wita upalnym porankiem. Zaczęło się na ciepło, skończy się na ciepło.

Śniadanie z własnych zapasów szykujemy w ogródku przed budynkiem schroniska w Myscowej.


Pani opiekująca się PTSM-em zjawia się nawet przed umówionym czasem. Miło sobie dyskutujemy m.in. o problemach z wodą, które wynikają z powodu źle wykopanej studni. Podobno mają ją "poprawiać". Na pożegnanie zostawiamy jej pół słoika ogórków otrzymanych wczoraj w autostopie, a których nie zdołaliśmy rady zjeść 😉.

Dzisiejsza trasa jest teoretycznie stosunkowo krótka, lecz nie możemy na nią przeznaczyć całego dnia. Na początek idziemy zobaczyć cmentarz. W dolnej części zachowało się kilkanaście rusińskich nagrobków.




Sporo pójdziemy asfaltem. Mogliśmy co prawda częściowo go minąć wdrapując się na jedną z górek, ale uznaliśmy, że wersja z drogą będzie mniej męcząca.



Po cichu liczyłem znowu na złapanie jakiegoś stopa, ale w poniedziałkowe przedpołudnie ruchu prawie brak, a ci co jadą nie mają ochoty nas zabrać. Trudno.

Mijamy stare domy otoczone kwiatami, bagienka i odpoczywające krowy.





Przy jednym z gospodarstw okradają pszczoły 😉.


W okolicy najostrzejszego podjazdu dogania nas rowerzysta. Schodzi z koła i kawałek idziemy razem. Usłyszawszy o naszych planach sugeruje zmianę trasy i przejście granią, a w ogóle wylicza, że mamy przed sobą o wiele więcej kilometrów, niż pokazywała mapa. Na szczęście w matematyce nie był zbyt biegły 😛.


Bardzo fajny odcinek z ciągłymi widokami na górę Kamień i jej zbocza, a także polanki, po których poprowadzono GSB. Właśnie tam mogliśmy wcześniej odbić od drogi z Myscowej, lecz teraz także nie żałujemy, iż wybraliśmy asfaltówkę.





Niby wokół cywilizacja, ale jednak taka innego wymiaru: znów leniwie przyglądają nam się krowy, sporo wiekowych domostw.





Myscowa kończy się na Wisłoce, którą można przebyć brodem wyłożonym płytami albo po wiszącym, ruszającym się mostku.



W wąskim cieniu przeprawy dla pieszych urządzamy odpoczynek chłodząc stopy w wodzie. Kilkanaście metrów obok nas czasem coś przejedzie przez rzekę, niekiedy niestandardowe konstrukcje.


Kolejna miejscowość to Kąty (Кути). Nie zabawimy w niej długo.


Po ponownym przekroczeniu Wisłoki (tym razem nowym, wypasionym mostem) wchodzimy na Główny Szlak Beskidzki i zaczynamy mozolne podchodzenie pod Grzywacką Górę.


Za plecami widoki na wioskę w dole, masyw Kamienia i drogę w kierunku Krempnej.



Po prawej centrum Kątów z nowym kościołem...


...po lewej pasące się stado owiec.


Mniej więcej w połowie trasy ktoś wybudował małą wiatę. Aż się chce na chwilę usiąść obok kartonów z napisem "Wędrówki pisane marzeniami".



W górnej części łąki odsłoniły się widoki na południowy-zachód z Działem i Barani(e)m.


Całe podejście pod Grzywacką Górę liczy niecałe 2 kilometry i ponad 200 metrów przewyższenia, ale zajęło nam sporo czasu. Upał nie zachęcał do pędzenia przed siebie, robiliśmy dużo zdjęć, a potem jeszcze w lesie drugą pauzę.


Na szczycie Grzywackiej Góry (567 metrów n.p.m.) zainstalowano wątpliwej urody krzyż służący równocześnie jako wieża widokowa. Tylko jak tu na nią wejść, skoro nie ma z nami osoby upoważnionej, która mogłaby wyrazić zgodę?? Brakowało jeszcze informacji, że owa osoba mieszka w najbliższej wiosce, w drugim domu na prawo.



Postanowiliśmy zignorować ten groźny napis i spojrzeć na panoramę, która z żadnej strony nie jest niczym ograniczona. Pod nami Nowy Żmigród z okolicznymi wioskami, daleko w tle Pogórze Ciężkowickie, a z lewej strony zdjęcia Liwocz, najwyższy szczyt tego pasma oddalony o około 30 kilometrów.


Fałdy Beskidu Niskiego zakończone Cieklińską.


Dolina Wisłoki i... wielka latarka!



Długo na górze nie wytrzymuję, nieustanne drgania i wychylenia bardzo pobudzają mój lęk wysokości.


Z tej perspektywy kaplica jeszcze bardziej przypomina ręczną latarkę dla olbrzymów.


Sielską atmosferę psuje gówniarz zabawiający się jazdą na swoim motorze. Na szczęście po kilku kursach zjeżdża w dół. Również i my zaczynamy schodzić korzystając z zielonego szlaku. Zanim wejdziemy w las możemy jeszcze podziwiać ostatnie ujęcia Kątów i Kamienia.



Wysoka trawa świadczy o tym, że mało kto tędy chodzi. Z kolei po dojściu do przysiółka miejscami brak oznaczeń gdzie skręcić.



Naszą wycieczkę kończymy w Nowym Żmigrodzie. Dotychczas tylko zdarzyło mi się przez niego przejeżdżać samochodem, chyba nigdy się nie zatrzymywałem (możliwe, że jedynie na cmentarzu wojennym). Licząca ponad tysiąc mieszkańców wioska (w przeszłości miasteczko) leżała na granicy polskiego osadnictwa, na południe od niej zaczynały się tereny Łemkowskie, z których właśnie zeszliśmy. Do II wojny światowej sporą część ludności stanowili także Żydzi.


Na mapie zaznaczono "rynek z zabytkowymi kamieniczkami". I są, naliczyłem ze dwie. Pozostałe domy nowe albo bezpłciowe. Sam plac wybrukowany, ciężko znaleźć cień pod niedużymi drzewami. To i tak cud, że w czasach masowych wycinek w centrach miast tutaj trochę się ich ostało.



Mamy sporo czasu do odjazdu busika (który ostatecznie ruszy z opóźnieniem, gdyż będziemy krążyć po ulicach w oczekiwaniu na pasażera stojącego w kolejce do... mięsnego!), więc z braku laku zaglądam tu i tam. Przy skrzyżowaniu stoi jakieś muzeum.


W rogu rynku wznosi się biała wieża kościoła Piotra i Pawła. Może w nim będzie coś ciekawego?


Nie było, zresztą od wnętrza oddziela krata. Z kolei nie wiem czy taka była intencja rzeźbiarza, ale na zewnętrznej kompozycji Jezus wygląda jak naćpany żebrak.


Pozostało tylko wejść do rozgrzanego busa i rozpocząć wielogodzinną podróż do domów...

I kolejny wypad w Beskid Niski stał się historią.

2 komentarze:

  1. Króweczki widzę mućki. To taki widok, a panorama z wieży cudna. Też bym zignorowała ten zakaz wspinaczki.
    Miło się z Wami zwiedzało piękne tereny. Ach, chyba się cofnę do początku i jeszcze raz przejże wszystkie posty.

    OdpowiedzUsuń