niedziela, 14 października 2018

Do trzech razy sztuka - zdobyć Ostredok! A nawet dwa! (2)

Przed nami najbardziej widokowy odcinek tej części Wielkiej Fatry, a może i całego pasma.

Ruiny górnej stacji wyciągu, przy których odpoczywaliśmy, oznaczone są na mapach jako punkt zwany Pod Líškou. Logiczne zatem jest, że trochę wyżej będzie szczyt o nazwie Líška (1445 metrów n.p.m.).


Z tego miejsca coraz lepiej widoczne są kolejne górki. Na niebie pojawiają się paralotniarze.



środa, 10 października 2018

Do trzech razy sztuka - zdobyć Ostredok! A nawet dwa! (1)

Z Wielką Fatrą od dawna mamy niewyrównane rachunki! We wrześniu 2011 roku próbowaliśmy z Eco po raz pierwszy zdobyć najwyższy szczyt tego pasma (Ostredok), ale przeszkodził w tym silny wiatr i niemal zerowa widoczność. Jesienią 2016 ruszyliśmy do walki ponownie, lecz po nagłym ataku zimy znowu okazało się to niemożliwe. Ale do trzech razy sztuka - pomyśleliśmy i gdzieś pod koniec sierpnia ustaliliśmy termin kolejnej próby na październik..

Długo przed tym terminem z niepokojem wpatrywaliśmy się w prognozy. A te zmieniały się i zmieniały, aż w końcu pokazały, że w pierwszy piątek i sobotę miesiąca ma być okno pogodowe w tym rejonie Słowacji. Zatem jedziemy!

Podróż zaczęliśmy już w czwartek, aby dostać się na miejsce komunikację publiczną. W głowie cały czas huczała myśl - co tym razem licho nam zgotuje za niemiłe niespodzianki? Początek nie jest najgorszy: co prawda nie udało mi się zjeść hipsterskiej jajecznicy, a speluna, w której zwykle czekałem na Andrzeja, była zamknięta, ale pociąg przyjechał zgodnie z rozkładem. Godzina do Katowic minęła nam na rozmowie ze współtowarzyszem z przedziału. Niedawno dłuższy czas kręcił się on po Bieszczadach, ale w trakcie dyskusji wyszło, że to jednak my możemy mu zaimponować wiedzą, a nie odwrotnie 😏.

W stolicy województwa śląskiego przesiadka do busika i najmniej przyjemny etap podróży. Nienawidzę tego środka transportu i tej firmy, lecz praktycznie nie ma rozsądnej alternatywy. W środku ciasno jak cholera, połowę drogi stoję. Andrzej czyta w gazecie o seppuku i rzucaniu we wrogów wyprutymi wnętrznościami, czego serdecznie życzymy dwóm debilom siedzącym z tyłu i umilającym czas współpasażerom rozmowami na poziomie płyt chodnikowych...

Wreszcie około 15-tej docieramy do Cieszyna. Bez zwłoki przechodzimy na czeską stronę - jestem tu ponownie po półtora tygodniu.


czwartek, 4 października 2018

Drewniana Galicja: Bartne, Bodaki i Ropica Górna. A w tle schizma tylawska.

Powiat gorlicki to prawdziwy raj dla miłośników drewnianych świątyń. W poniższym wpisie będzie można przyjrzeć się pięciu obiektom położonym w dolinach między górami Beskidu Niskiego.

Bartne (Бортне) to wioska na przysłowiowym końcu świata. Przez długie lata dostęp do niej był utrudniony, asfaltową drogę położono podobno dopiero w latach 80. XX wieku. Możliwe, że właśnie dzięki temu zachowało się tu nieco dawnej architektury.

W Bartnem są dwie cerkwie - to dzisiaj już rzadkość.

Starszą świątynię pod wezwaniem św. Kosmy i Damiana wybudowano w 1842 roku, jest to typowa cerkiew łemkowska typu zachodniego. Stoi na lekkim wzniesieniu z widokiem na szosę.


Kiedyś otaczał ją kamienny murek, obecnie ogrodzenie jest drewniane. Pod płotem prawdopodobnie w przeszłości odbywały się pochówki, teraz widzę tylko mocno zarośnięty krzyż.


sobota, 29 września 2018

Śląsk Cieszyński: drewniane kościoły, archeopark i zapadnięta wioska.

Mając wolny wrześniowy weekend postanowiłem ruszyć na jednodniową samochodową objazdówkę po czeskiej stronie granicy. Ponieważ akurat siedziałem w swojej rodzinnej miejscowości, to padło na najbliższy nam Śląsk Cieszyński. Nie do końca spodobało się to pogodzie, bowiem po tygodniu upałów i pełnej klary akurat w sobotę nastąpił spadek temperatury o 10 stopni, a niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami. Mówi się "trudno"...

Pierwsze zdjęcie robię przy rondzie w Pruchnej (czes. Pruchná, niem. Pruchnau), gdzie stoi ruina gospody z przełomu XVIII i XIX wieku. To najstarszy budynek w miejscowości, dobry przykład traktowania zabytków w Polsce. Wpisany był na listę u konserwatora, ale całe lata pozostawał bez opieki i doprowadzony został do stanu agonalnego. W tym roku oficjalnie go wyburzono, choć - jak widać na załączonym obrazku - nie do końca: większość obiektu nadal istnieje.


Na horyzoncie Beskid Śląski.


poniedziałek, 24 września 2018

Drewniana Galicja: świątynie w Sanoku i okolicach.

Tereny należące niegdyś do Królestwa Galicji (i Lodomerii) są bogate w architekturę drewnianą, pod tym względem jest jej tam najwięcej w całej Polsce. W tym wpisie chciałbym zaprezentować obiekty sakralne z tego budulca znajdujące się w Sanoku i okolicy.

Nie będzie zaskoczeniem, iż największe ich nagromadzenie znajduje się w Muzeum Budownictwa Ludowego, czyli w największym polskim skansenie. Co prawda takie budynki lepiej prezentowałyby się w naturalnej lokalizacji, ale to często nie było już możliwe...

Największy jest kościół św. Mikołaja z Bączala Dolnego (powiat Jasło). Stoi najbliżej wejścia i Rynku Galicyjskiego, więc zazwyczaj pełno przy nim turystów.


Ponieważ pochodzi z terenów zasiedlonych przez ludność polską, więc od początku był świątynią rzymskich katolików. Nie jest znana dokładna data jego budowy, ale podaje się, iż stanął najpóźniej w 1667 roku. W początkach swojego istnienia pełnił też funkcje obronne. Jego wysoką wartość architektoniczną zauważono już w XIX wieku, a na listę zabytków wpisano w 1956 roku.


Ponieważ mieszkańcy Bączala połakomili się na nowy, murowy kościół, więc w 1974 stary rozebrano i złożono rok później w Sanoku, gdzie stał się jedną z główny atrakcji. 

sobota, 15 września 2018

Beskid Żywiecki klasycznie: Żabnica - Hala Rysianka - Ujsoły. Do tego Festiwal Danielka.

Pod koniec sierpnia ruszyłem w Beskid Żywiecki. W Ujsołach odbywał się Festiwal Danielka (przy chatce o tej samej nazwie) i zaczynał się w piątek. Ja jednak postanowiłem wybrać się dzień wcześniej, zwłaszcza, że na czwartek zapowiadano piękną pogodę, a w weekend miało wszystko rąbnąć...

Żywiecki to jeden z moich ulubionych Beskidów. Po Śląskim to właśnie w nim stawiałem swoje pierwsze górskie kroki, jeszcze z rodzicami. I choć dużo się w nim zmieniło od tego czasu (zazwyczaj na minus) to zawsze chętnie tam wracam.

Po roboczej nocce ledwo przytomny telepię się pociągami do Żywca. Robię zakupy i przesiadam się na busik do Żabnicy. Miejscowość ta do końca życia będzie mi się kojarzyć z wycieczką szkolną z liceum, kiedy to grasowaliśmy po wiosce, a nauczycielka w panice biegła do najbliższego sklepu z prośbą, aby nie sprzedawano nam alkoholu 😏. Zastanawiam się ilu z moich ówczesnych kolegów i koleżanek chodzi jeszcze dzisiaj po górach, ale podejrzewam, że prawie nikt...

Wychodzę na ostatnim przystanku w Skałce. W pobliżu znajduje się hybryda agroturystyki z restauracją (choć w internecie mocno się zastrzegają, że restauracją nie są) i tam kieruję pierwsze kroki, bo upalne południe najlepiej przetrwać w cieniu. Brackie dostaję w odpowiednim kufelku 😊.


piątek, 7 września 2018

Z namiotem przez Spisz (4): Malá poľana - Osturňa - Łapszanka - Jurgów.

Poniedziałek rano, wieża widokowa na Malej poľanie. Namiot elegancko rozłożony obok wejścia na obiekt. Upał od wczesnych godzin, podobnie jak w poprzednie dni.


Słońce pali tak niemiłosiernie, że Inez rezygnuje nawet z posiedzenia przy ognisku, zatem wędzę się sam 😏. To ostatni moment, aby usmażyć i zjeść kiełbasę zanim dostanie ona nóg i ucieknie w las 😛.


piątek, 31 sierpnia 2018

Z namiotem przez Spisz (3): Kacwin - Veľká Franková - Malá poľana. Zachód i wschód.

Kacwin (słow. Kacvín, węg. Szentmindszent, niem. Katzwinkel) wywarł na mnie lepsze wrażenie niż Niedzica. W centrum sporo zabytkowej zabudowy i jakby więcej zieleni.

Kierowca z autostopu podrzucił nas pod kościół, gdzie akurat trwała msza.


Idziemy zatem zrobić zakupy, bo tutaj mimo niedzieli działa sklep. Następnie siadamy pod werandą drewnianego domku, który okazuje się lodziarnią. Po mszy wali do niej tłum ludzi wraz z grupą młodzieży pod opieką zakonnicy i zakonnika.
Jestem świadkiem wiekopomnej sceny:
Zakonnica, w grubych rajstopach na stopach, rzuca do swoich podopiecznych:
- Każdy może sobie coś wybrać za 4,5 złotego - lustruje dokładnie listę produktów. - O, jest kawa mrożona z lodem kręconym!
Zakonnik, bez rajstop na stopach:
- To mnie kręci!
Zakonnica:
- W takim razie niech każdy sobie coś wybierze za 5 złotych!
I co w tym wiekopomnego? Otóż to bardzo rzadki przypadek: polski Kościół coś funduje, a nie fundują Kościołowi 😛.

środa, 29 sierpnia 2018

Z namiotem przez Spisz (2): Dursztyn - Pieniny Spiskie - Niedzica.

Poranek na Grandeusie jest upalny. Słońce szybko wygania nas z namiotu, z którego zresztą mamy takie widoki:



Znów najlepiej (choć przymglone) są Tatry Bielskie. Znajdujące się za nimi Jaworowy i Łomnicki częściowo zakrywają chmury. No i oczywiście można przyjrzeć się Rysom.



środa, 22 sierpnia 2018

Z namiotem przez Spisz (1): na Grandeus. Na zachód i wschód słońca!

Spisz odwiedzałem wielokrotnie, przy czym niemal zawsze była to jego słowacka część. Polskiego Spiszu* prawie nie znam, a jego pasm górskich już wcale! W sierpniu nadarzyła się okazja, aby to zmienić, więc chętnie z niej skorzystałem.

Autobusem docieramy do Bukowiny Tatrzańskiej. Na szczęście będziemy w niej tylko kilka minut, bo kawałek od przystanku znajduje się most nad Białką, stanowiącą granicę między Podhalem a Spiszem.



Dziś wiele osób już o tym nie wie, ale Spisz aż do końca I wojny światowej stanowił część Królestwa Węgier. Jego historia biegła inaczej niż sąsiedniej Małopolski, był to region z nieco inną kulturą, architekturą, gwarą zupełnie różną od podhalańskiej, z innymi strojami ludowymi. Ludność, w przeciwieństwie do terenów pod Tatrami, była wymieszana narodowościowo, choć na terenie należącym do Polski w mniejszym stopniu. Tymczasem współcześnie można odnieść wrażenie, że te różne krainy zlały się w jedno: reklamy informują ciągle o czymś "najlepszym na Podhalu", poleca się podhalańską kuchnię, a domy usiłują naśladować styl pseudo-zakopiański; nawet chyba niektórzy autochtoni uwierzyli, że są góralami tatrzańskimi... Przede wszystkim jednak nieustannie wmawia się, że to część Małopolski - nie, Spisz to nie Małopolska, podobnie jak nie jest nią np. Orawa, Mazowsze czy Śląsk! 

To zupełnie tak, jakby w Katowicach chwalono się, że sprzedają najsmaczniejszą pizzę w Zagłębiu Dąbrowskim, a osiedla budowano tak fajnie jak w Sosnowcu 😏.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Upalne Morawy (2): pałac Plumlov, cmentarz centralny w Ołomuńcu i zamek Sovinec.

Zakończenie upalnego weekendu na Morawach przyniosło zachmurzenie, ale powietrze nadal jest mocno rozgrzane.

W drodze powrotnej na Śląsk zaplanowałem kilka przystanków. Pierwszy z nich ma miejsce niedaleko zbiornika Plumlovská přehrada, od którego zresztą wziął nazwę - w Plumlovie (Plumenau). Jego największa atrakcja to zamek-pałac. Najlepiej prezentuje się ze strony Podhradskeho rybníka.


Kiedyś w jego miejscu stał średniowieczny zamek, kecz spłonął w XVI wieku, a ostatecznie rozebrano go na początku 19. stulecia.. W XVII wieku książęta z rodu Liechtensteinów postawili jedno nowe skrzydło z planowanych czterech (a i to nie zostało dokończone).


Liechtensteinowie byli właścicielami rezydencji aż do okresu międzywojennego, po czym przejęło je (czytaj: ukradło) państwo czechosłowackie w ramach "reformy rolnej". Następnie mieściło się w nim muzeum, a potem należał m.in. do leśników. Obecnie należy do gminy i znowu można go zwiedzać, ale widać, że jest mocno zaniedbany.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Upalne Morawy (1): fort, park z wieżą i Pomniki Poległych.

Utrzymujące się od dłuższego czasu wysokie temperatury nie zachęcały do zwiedzania, w związku z tym wybierając się na Morawy nad wodę (o której pisałem w poprzednim wpisie) postanowiłem je ograniczyć do minimum. Minimum w moim wydaniu, a więc trochę tych miejsc do obejrzenia się pojawiło 😏.

Pierwsza setka kilometrów przebiega przez doskonale znane mi okolice Jesioników, którymi przejeżdżałem wiele razy. Prawie z tego samego miejsca robiłem zdjęcie Třemešnej w grudniu, kiedy to skrywała się w mrozie pod warstwą śniegu.


Zatrzymuję się przy serpentynach nad Šternberkiem (niem. Sternberg) skąd widać miasto w dole.


Na fragmencie zamkniętej drogi ćwiczą dziś kursanci nauki jazdy. W przeszłości odbywały się na niej wyścigi samochodowe Ecce homo, które największą popularnością cieszyły się w latach międzywojennych oraz 50. XX wieku.

środa, 8 sierpnia 2018

Dobre miejsce na przeżycie upałów? Plumlovská přehrada.

Już od dawna chciałem wyskoczyć do Republiki Czeskiej nad jakąś wodę, zwłaszcza, że upały nie sprzyjają bardziej intensywnej aktywności... Mało zwiedzania, a jedynie kąpiele, piwo, jedzenie, piwo, leżenie na trawie, piwo, relaks, piwo... 😏. Mój wybór padł na sztuczny zbiornik wodny Plumlov (vodní nádrž Plumlov, Plumlovská přehrada), położony w sercu Moraw.


Z Górnego Śląska nie jest do niego daleko - od Ołomuńca dzieli go nieco ponad 20 kilometrów, od powiatowego Prostějova tylko kilka. Otoczenie zbiornika jest dobrze przygotowane na wizytę chętnych do ochłody turystów.

W przeszłości w tym miejscu znajdowały się dwa stawy oraz wąska rzeczka Hloučela, która jednak od czasu do czasu wylewała. Aby zabezpieczyć się przed powodziami morawski sejm przyjął w 1911 roku uchwałę o budowie zapory. Mieszkańcy okolic byli jej przeciwni, ale dwa lata później rozpoczęto prace. Wybuch Wielkiej Wojny spowolnił tempo, mimo, że sprowadzono włoskich jeńców. Po kilkuletniej przerwie budowę kontynuowała Czechosłowacja i wreszcie w 1932 ją ukończono, niemniej napuszczanie wody trwało kolejne cztery lata. Ostatecznie koszt zbiornika 12-krotnie przekroczył szacowane koszty, zatem to nie tylko domena dzisiejszych czasów 😏.

Oprócz roli w zapobieganiu powodziom Plumlovská přehrada zapewnia wodę pitną dla Prostějova, niewielka elektrownia wytwarza prąd, a najbardziej widoczna jest funkcja rekreacyjna, zwłaszcza w okolicy tamy.


czwartek, 2 sierpnia 2018

Rudośląskie impresje...

Ruda Śląska położona jest blisko mojej rodzinnej miejscowości, ale trudno napisać, że dobrze ją znam. Wielokrotnie bywałem w jej granicach, jednak zawsze były to odwiedziny u znajomych, wizyty na imprezach i tym podobnych. Z turystycznego punktu widzenia to nadal w dużej mierze terra incognita.

W ostatnią sobotę lipca w Rudzie organizowano wieczorne zawody biegowe, więc po rejestracji zgłoszenia skorzystałem z okazji i podskoczyłem na pobliski rynek. A właściwie plac pełniący taką funkcję, bo klasycznego rynku miasto nie posiada.


Osobom niewtajemniczonym muszę wyjaśnić, że na dzisiejszą Rudę Śląską składa aż jedenaście dzielnic, które (w większości) w przeszłości stanowiły osobne jednostki administracyjne. Współczesne duże miasto to totalny zlepek dawnych wsi i miasteczek nie mających kiedyś ze sobą zbyt bliskich związków.

Teraz znajdujemy się w dzielnicy Nowy Bytom, noszącej do 1922 roku nazwę Friedenshütte, a po śląsku nazywana Fryną albo Fryncitą. Leżała w granicach Bytomia, ale po podziale Górnego Śląska przyłączono ją do Polski (mimo, iż w plebiscycie wygrali w niej Niemcy). Dawna przynależność pozostała w nazwie, zresztą przejściowo określano ją jako Polski Bytom. Przez kilka lat dzielnica miała status miasta, w 1951 roku włączono ją do Wirka, a w 1959 stała się częścią składową Rudy Śląskiej.

Głównym placem Nowego Bytomia był plac Wolności, ale ponieważ ta źle się ostatnio kojarzy, więc jakiś czas temu zmieniono go na plac Jana Pawła II. Połączenie architektury z różnych epok wygląda dość surrealistycznie. Przed jego przebudową pełen był drzew, lecz przecież z obowiązującą modą zieleń ma znikać z takich miejsc, zastępowana przez patelnię.

niedziela, 29 lipca 2018

Beskid Niski (4): upalna Grzywacka Góra na pożegnanie.

Ostatni dzień w Beskidzie Niskim wita upalnym porankiem. Zaczęło się na ciepło, skończy się na ciepło.

Śniadanie z własnych zapasów szykujemy w ogródku przed budynkiem schroniska w Myscowej.


Pani opiekująca się PTSM-em zjawia się nawet przed umówionym czasem. Miło sobie dyskutujemy m.in. o problemach z wodą, które wynikają z powodu źle wykopanej studni. Podobno mają ją "poprawiać". Na pożegnanie zostawiamy jej pół słoika ogórków otrzymanych wczoraj w autostopie, a których nie zdołaliśmy rady zjeść 😉.

Dzisiejsza trasa jest teoretycznie stosunkowo krótka, lecz nie możemy na nią przeznaczyć całego dnia. Na początek idziemy zobaczyć cmentarz. W dolnej części zachowało się kilkanaście rusińskich nagrobków.




środa, 25 lipca 2018

Beskid Niski (3): autostop, autostop, do Myscowej ruszaj, hop!

Dzień trzeci miał być najbardziej męczący - według mapy czekało na nas 27 kilometrów, czyli zapewne w rzeczywistości około 30. Na samą myśl zaczęły boleć mnie plecy... W dodatku prognozy pogody na ten dzień nie były najlepsze.

Śniadanie uskuteczniamy przy świeżo rozpalonym ognisku. Pakowanie i o godzinie 10-tej opuszczamy bazę namiotową w Radocynie.

Najpierw musimy się trochę cofnąć na północ i przekroczyć Wisłokę mostem (ewentualnie brodem). Tu kiedyś znajdowała się wioska Długie (Довге). Po wojnie większość mieszkańców wyjechała na teren ZSRR (część dobrowolnie), a kilka rodzin w czasie akcji "Wisła" znalazło się na Warmii. Nie pozostał po nich żaden budynek, a jedynie porośnięty białymi kwiatami cmentarz i krzyże przydrożne. Nowszą pamiątką są symboliczne drzwi.



Nekropolia wojenna z numerem 44 jest, jak większość w okolicy, autorstwa Dušana Jurkoviča. Dwa lata temu już na niego zaglądałem, więc ograniczam się do ujęcia z daleka. Cmentarz w latach 90. ubiegłego wieku tak "remontowano", że zmniejszono jego powierzchnię o 3/4!

niedziela, 22 lipca 2018

Beskid Niski (2): spod Magury Małastowskiej do Radocyny.

Poranek pod Magurą Małastowską jest słoneczny, ale na północy mocno kłębią się chmury. Reszta towarzystwa jeszcze śpi, kiedy wychodzę na dwór porobić kilka zdjęć.


W schronisku od ponad roku trwa rozbudowa, której końca nie widać. Są jednak wyraźne postępy - w listopadzie do łazienki należało przejść dookoła budynku po kostki w błocie, a żeby skorzystać z prysznica trzeba było niemal położyć się na brudnych kafelkach, bo takie było ciśnienie wody. Po korytarzu hulał wiatr z niezabezpieczonego wejścia na taras. Obecnie sanitariaty są obok głównych drzwi i wszystko jest trochę bardziej ogarnięte.


Na śniadanie tradycyjna jajecznica. Musimy nabrać sił na dzisiejszą wędrówkę; w założeniu miała być lajtowa, ale według mapy to i tak ponad 20 kilometrów!

czwartek, 19 lipca 2018

Beskid Niski (1): z Szymbarku pod Magurę Małastowską. Asfaltem i cerkwiami.

Lipcowy wyjazd w Beskid Niski to już tradycja. Nie wyobrażam sobie lata bez tego wydarzenia 😏. W tym roku było trochę kombinowania odnośnie trasy, ale w końcu udało się ułożyć ciekawą marszrutę na 4 dni.

Początek wypada w piątkowe wczesne popołudnie w Szymbarku. Z autobusu wysiadamy niedaleko Skansenu Wsi Pogórzańskiej.


Podchodzę pod cmentarz parafialny, gdzie zlokalizowana jest jedna z zachodniogalicyjskich kwater wojennych - nosi numer 74. Nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym i jest dość zaniedbana.



Inny zabytek to drewniany katolicki kościół św. Wojciecha. Ładne wnętrze, ale z zewnątrz drażniły mnie duże deski przybite do ścian i opisujące poszczególne części budynku: "zakrystia, nawa, kruchta". Ale i tak nie rozumiem, jak z takiej świątyni ludzie chcieli się przenieść do współczesnego bezpłciowego kościoła?

poniedziałek, 16 lipca 2018

Komárom. Podzielone miasto z habsburską twierdzą.

Komárom to miejscowość, która miała pecha zetknąć się z wielką polityką: podobnie jak kilka innych miast europejskich zostało podzielone w poprzek przez obcych polityków. Nikt nie zwracał uwagę na kwestie historyczne, etniczne czy gospodarcze - jedyną wartością była niebieska kreska na mapie, czyli Dunaj.

W efekcie od 1919 roku mamy Komarno - słowacką część północną oraz Komárom - węgierską część południową. Rdzeń miasta przypadł Słowakom, przy Węgrach pozostało dawne przedmieście Újszőny, do XIX wieku stanowiące osobną wieś.

Zabudowa u Madziarów w dużej mierze składa się z bloków oraz nowych domów. Na zdjęciu główne skrzyżowanie, a przewrócony kwietnik to efekt silnego wiatru.


Wjeżdżając od strony wschodniej (droga nr 1 w kierunku Budapesztu) tradycyjnie zatrzymuję się zrobić zdjęcie Pomnikowi Poległych. Tym razem to współczesna konstrukcja.


piątek, 13 lipca 2018

Zakole Dunaju (Visegrád) i pałac w Gödöllo.

Zakolem Dunaju określany jest odcinek między Esztergomem a Szentendre. Czasem używana jest ten nazwa Łuk Dunaju - rzeka przestaje pełnić funkcje graniczne i oba brzegi należą do Węgier. Dunaj otaczają tutaj niewysokie góry i wzgórza, okolica jest bardzo malownicza. Na turystów czekają szlaki turystyczne, zabytki z czasów antycznych i średniowiecza, a także park narodowy.


Na obu brzegach między wodą a lasami rozłożyły się liczne miejscowości. Chciałem przejechać najpierw jedną stroną, a potem wracać drugą, ale ostatecznie skończyło się tylko na prawym brzegu.

Zatrzymujemy się w wiosce Dömös. Parking na niewielkim placu między pocztą a lodziarnią płatny 😮. Upał, atmosfera sennej soboty.


Boczna droga, która rychło zmienia się w szutrówkę, a następnie w zarośnięty szlak, prowadzi nas do dziury w płocie, a potem do szerokiej łąki. Znajdują się na niej pozostałości klasztornego kościoła z epoki Arpadów.

czwartek, 5 lipca 2018

Esztergom i Štúrovo/Párkány - nierówne rodzeństwo.

Esztergom (po polsku Ostrzyhom, lecz wolę nazwę oryginalną) to jedno z najważniejszych węgierskich miast: pierwsza stolica kraju, miejsce koronacji królewskiej księcia Vajka, który przyjął imię Stefan i potem został ogłoszony świętym, wreszcie siedziba prymasa.

Do tej naddunajskiej miejscowości zajrzeliśmy w sierpniu 2017 roku wracając z Bałkanów; wizyta była krótka z mocnym postanowieniem powrotu. Zatem pora na dokładniejsze zwiedzanie 😃.

Najważniejszym obiektem jest oczywiście monumentalna bazylika św. Wojciecha (Adalberta). Widać ją prawie z każdego zakątka, a także z wielu miejsc w okolicy.


Największy kościół Węgier (18. na świecie) to typowy przykład XIX-nego klasycyzmu. Z bliska trochę przyciężkawy i przygniatający otoczenie, z daleka bardziej lekki - przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Konsekrowano go w 1856 roku, co upamiętnia jedna z płaskorzeźb. Po lewej stronie widać mężczyzn w austriackich mundurach, może też uczestniczyli w ceremonii?


wtorek, 3 lipca 2018

W kierunku Dunaju (ale bez samej rzeki): słowacko-węgierska prowincja.

Dunaj to moja ulubiona europejska rzeka! Ilekroć go widzę, to zawsze czuję taki przyjemny rodzaj ciepła, jak wtedy, gdy spotyka się dawno niewidzianego przyjaciela 😊. Pomysł na pierwszy dłuższy weekend letni związany był z tą rzeką, co było pokłosiem ubiegłorocznego wyjazdu na Bałkany - w drodze powrotnej zahaczyliśmy o kilka miejsc, które chcieliśmy zwiedzić dokładniej.

W tym wpisie jednak samego Dunaju nie będzie, a jedynie droga do i wzdłuż niego 😏.

Pogodę na koniec czerwca zapowiadano nieciekawą. Deszcze, niższa temperatura. No tak, zaczęło się lato.

Na Śląsku leje jak z cebra. Po przekroczeniu granicy przestaje (to jakiś znak?), pojawiają się także pierwsze przejaśnienia.

Pierwszy postój wypada już na Nizinie Naddunajskiej - spichlerzu Słowacji, zamieszkałym przez liczną mniejszość (a często większość) węgierską. Nazewnictwo dwujęzyczne jest powszechne, choć akurat Galanta brzmi prawie identycznie w obu językach (Galánta).


Przez całe wieki miejscowość związana była z rodem Esterházy, po którym pozostał okazały pałac. Budynek jest zniszczony, ale zaczęto go remontować i w środku działa kawiarnia z winiarnią.



środa, 27 czerwca 2018

Góry Stołowe: Pasterka - Karłów - Sawanna - Kulin.

Niedzielny Stołowy poranek jest pochmurny. Dobrze, że nie wybrałem się na wschód słońca, bo chodził mi taki pomysł po głowie.

Kolejka do śniadania w DW "Szczelinka" długa prawie jak za komuny po mięso. Jestem pełen podziwu, że jedyna osoba za barem nie pomyliła zamówień, choć na swoje czekałem wyjątkowo długo...

Proponowano mi częściową podwózkę, ale postanowiłem całą założoną na dziś trasę przebyć piechotą 😊. W nagrodę po wyjściu wita mnie słońce, więc pierwsze kroki kieruję do kościoła św. Jana Chrzciciela. Liczyłem, że uda mi się zobaczyć wnętrze, ale akurat trwało niezapowiedziane nabożeństwo.


Wrzucam zdjęcie z piątku, kiedy zajrzałem przez kraty. Coś tu jest krzywe.


niedziela, 24 czerwca 2018

Broumovské stěny: Hvězda - Slavný - Machov - Pasterka.

Głównym daniem czerwcowego wypadu w Góry Stołowe są Broumovské stěny (niem. Falkengebirge, a także Braunauer Wände, Sterngebirge). Wybrałem ich środkowy odcinek od chaty Hvězda do rozdroża nad wsią Slavný. W tym drugim miejscu kończyłem półtora roku temu wędrówkę z Pasterki, natomiast szlaki za Hvězdą są mniej atrakcyjne niż wcześniejsze, a także trudniejsze do ogarnięcia dla kogoś bez samochodu.

W weekendy kursuje autobus z Machovskej Lhoty aż na parking pod chatę - idealny dla turystów! Siedząc w nim poczułem wstyd, bowiem wszyscy pozostali pasażerowie to mocno zaawansowani wiekowo emeryci oraz matka z dzieckiem. A między nimi ja - zdrowy i sprawny, wożę tyłek zamiast połykać kolejne kilometry z buta. Już nawet chciałem gdzieś wysiąść wcześniej, ale ostatecznie leń zwyciężył i podjechałem do miejsca docelowego 😏.

Kilkaset metrów przez las i wychodzę pod kaplicą Matki Boskiej Śnieżnej.


Wybudowali ją w 1733 roku benedyktyni z pobliskiego Broumova. Po reformach józefińskich popadła w ruinę i w XIX wieku musiano ją prawie postawić od nowa. Mur leży na rzucie pięcioramiennej gwiazdy, ale nazwa jest wcześniejsza niż świątynia - już od 17. stulecia stał tu krzyż z gwiazdą, będący punktem orientacyjnym dla ówczesnych turystów.