piątek, 8 września 2017

Kierunek: Czarnogóra! A potem Adriatyk!

Góry wraz z wyżynami stanowią 70% terytorium Serbii, a południowo-zachodnia część kraju to właściwie jedno wielkie nieprzerwane pasmo. Całość należy do Gór Dynarskich (zwanych też Alpami Dynarskimi) ciągnących się wzdłuż Adriatyku od Słowenii po Albanię.

To raj dla miłośników wypraw górskich, ale ile trzeba by mieć czasu, aby je spenetrować? Mi pozostało symbolicznie nacieszyć się nimi podczas jazdy samochodem. A jak pisałem wcześniej: to zakręty, zakręty, zakręty i jeszcze raz zakręty!


Oprócz ciągłych zwrotów w lewo lub w prawo jazdę skutecznie spowalnia duży ruch i, oględnie pisząc, zawalidrogi. Już kiedyś wspominałem, że dla mnie Bałkany nie kojarzą się z piratami drogowymi ale kierowcami, których misją życiową jest tak wolna jazda, aby doprowadzić wszystkich innych do szewskiej pasji 😛.

Czasem zdarzają się zabawne sytuacje: gdzieś z bocznej drogi wyskakuje samochód z przyczepką, na której ulokowano dwie krowy. Serpentyny powodują, że mućki latają z jednej strony na drugą, rozpaczliwie próbując złapać równowagę. Może nie powinniśmy, ale kilka kilometrów zanosiliśmy się śmiechem, bo wyglądało to przezabawnie. Podziwiam, iż choroba lokomocyjna nie zakończyła się zanieczyszczaniem okolicy.


W jednej z wiosek samochód zjechał w bok na jakiś targ i już odetchnąłem z ulgą, a w tym czasie jego miejsce zajął inny wóz z przyczepką, a tam do dwóch sztuk bydła doszły... dwie owce 😁. Rezultat był ten sam: biedne zwierzęta latały po przyczepie jak pijany po autobusie, a ja ze śmiechu prawie puszczałem kierownicę 😆. Dobrze, że udało mi się w końcu ich wyprzedzić, bo nabijanie się z nieszczęsnych pasażerów mogłoby zakończyć się wypadkiem 😉.


Jedyną miejscowością, w której na chwilę się zatrzymaliśmy, było Prijepolje (Пријепоље) leżące nad rzeką Lim. To ostatnie miasto przed granicą z Czarnogórą. Już kiedyś w nim byliśmy i zwiedziliśmy pobliski monastyr, więc tym razem oglądam tylko nietypowy pomnik, ulokowany przy głównej drodze.


Są to ruiny partyzanckiego szpitala, w którym w grudniu 1943 Jugosłowianie bronili się przed jednostkami niemieckimi nacierającymi z drugiej strony rzeki. Po wojnie resztki zaadaptowano do nowego celu i uzupełniono tablicami z nazwiskami 408 poległych partyzantów oraz odpowiednimi rzeźbami.





Oglądając tą kompozycję mam wrażenie, że jeden partyzant przepycha się i przewraca drugiego, aby jako pierwszy rzucić kamieniem.


Obiekt był chroniony prawem już w czasach jugosłowiańskich o czym świadczy plakietka z godłem Serbskiej Republiki Socjalistycznej. Godło było podobne do dzisiejszej tarczy herbowej, będącej częścią herbu Serbii, z tym, że usunięto z niego tzw. krzyż serbski. Zachowano natomiast otaczające go cztery "krzesiwa" (podobne do litery S w cyrylicy), przez co wyglądało dość dziwnie, jakby niekompletnie.


Chodząc po dość rozległym terenie pomnika-szpitala widzę faceta, który od strony drogi przy czymś klęka. Pomyślałem, że może zapala tu świeczkę albo znicz, a on... nabierał wody.


Trudno mu się było dziwić, dzień od początku zapowiadał się upalny, a teraz temperatura zbliżała się do 40-tki...

Prijepolje otaczają góry Zlatar. Mieszkańcy mają ładne widoki z okien domów.


Jeszcze piękniej jest po wyjechaniu z miasta.



Do granicy docieramy szybciej niż sądziłem. Radość była przedwczesna, bowiem okazało się, iż to tylko serbski posterunek. Podobnie jak na moście na Dunaju w Batinie funkcjonariusze urzędują w blaszanych budkach i wygląda to na prowizorkę.


Odprawa poszła dość szybko, po czym zaczął się kilkukilometrowy pas ziemi niczyjej. Przynajmniej tak to wyglądało, bo w rzeczywistości nadal byliśmy w Serbii, tyle, że już po kontroli. Krajobraz się nie zmienił: na lewo od drogi płynął Lim, następnie biegły tory słynnej linii kolejowej Belgrad-Bar, a potem strzelały w niebo góry dochodzące do 1000-1200 metrów n.p.m..


Minęliśmy samotną restaurację i wreszcie na mostku widać czerwone tablice informujące, że zmieniamy państwo.


Czarnogóra. Montenegro. Najmłodsze europejskie państwo, którego powstanie nie budziło kontrowersji (pomijając Serbów, rzecz jasna). Byłem w niej do tej pory dwa razy: na jeden dzień odwiedzając Zatokę Kotorską oraz niewiele dłużej podróżując niegdyś z Kosowa. Tym razem chcielibyśmy zobaczyć coś więcej.

Przejechaliśmy może kilometr i na lewym brzegu znów pojawiły się serbskie znaki graniczne. To monastyr Kumanica (Куманица) dostępny w normalny sposób tylko od czarnogórskiej strony. Od reszty Serbii można dojechać jedynie krętą, wąską górską drogą albo przybyć pociągiem.

Trochę żałuję, że do niego nie zajrzeliśmy (ciekawe, czy znowu byłaby kontrola?), ale już wkrótce wyrasta przed nami okazały budynek czarnogórskich służb granicznych. W porównaniu z serbskim blaszakiem to mamy tutaj kontrast typu "król i żebrak".

Pierwsze co się rzuca w oczy to alfabet łaciński. Po proklamowaniu niepodległości Czarnogórcy generalnie zrezygnowali z cyrylicy, choć oficjalnie nadal jest ona w użyciu.


Druga odprawa trwała trochę dłużej, bo i więcej samochodów tu stało, ale zmieściliśmy się w kwadransie.

Swoją drogą zastanawiam się, czy naprawdę te wszystkie przejścia graniczne i kontrole są tutaj tak potrzebne? Mówimy o dwóch zaprzyjaźnionych narodach, które żyły ze sobą przez kilkadziesiąt lat. Etnicznie i językowo to prawie to samo, ba, według niektórych danych większość Czarnogórców używa na co dzień języka serbskiego, a nie czarnogórskiego! Czy konieczne jest takie utrudnianie życia zwykłym mieszkańcom, którzy po obu stronach granicy zostawili krewnych, znajomych, czasem domy i interesy? Podobnie sytuacja miała miejsce np. z Czechami i Słowakami czy państwami bałtyckimi... Ehh, polityka.

Skoro już dotarliśmy do Czarnogóry, to teraz trzeba dostać się do morza. Drogi czarnogórskie są jeszcze bardziej kręte niż serbskie, podobnie zatłoczone, no i nie sposób nie zwracać uwagi na otaczające nas krajobrazy.




Asfalt wije się po zboczach, przecina doliny, wdrapujemy się do góry i znów zjeżdżamy na dół. Przygotowanie tych dróg dla samochodów musiało pochłonąć wiele materiałów budowlanych i dynamitu. Trzeba być cały czas czujnym - mimo zabezpieczeń często na szosę spadają kamienie, a prawie każdy tunel jest nieoświetlony.



Na tablicach, ścianach i głazach wymalowane są setki numerów telefonów do pomocy drogowej. Nie dziwię się - spotykamy sporo samochodów, które nie dały rady podjazdom albo temperaturze, przekraczającej już 40 stopni i nadal rosnącej. Nie wyobrażam sobie tutaj jazdy bez klimy!

Po półtorej godzinie zawijasów stajemy na parkingu, gdzie dolina robi się trochę szersza. Znajduje się tu monastyr Morača, należący do Serbskiego Kościoła Prawosławnego.



Klasztor założono w XIII wieku. W 1504 roku spalili go Turcy, po czym został odbudowany. Ostatni raz nieproszeni goście znad Bosforu plądrowali okolicę jeszcze w 1877 roku.

Główna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy pochodzi z okresu lokacji, ale z zewnątrz nie wygląda jakoś nadzwyczajnie. Reprezentuje styl raszkański, w którym elementy bizantyjskie przeplatają się z romańskimi.


Wewnętrzne freski powstawały od XIII (jedynie fragment) do XVII wieku. Niestety, w tej świątyni nie pozwalają robić zdjęć, więc muszę się zadowolić kilkoma "przypadkowymi" 😉.



Wokół cerkwi stoją zabudowana konaku, w którym w 2010 roku mieszkało trzech mnichów. Jeden z nich siedzi w cieniu i pije kawę, śmiejąc się z kobiet, które zafascynowane są ogromnych rozmiarów... ogórkami 😛.


Klasztory musiały kiedyś być samowystarczalne, więc i dzisiaj uprawiają ogródek, hodują pszczoły itp.



Widać, że ktoś o to dba z pasją (lub wiarą... w coś/kogoś).


Moją uwagę przyciąga nietypowy (już drugi dzisiaj) pomnik. Z lewej strony standardowa lista poległych: z wojen bałkańskich oraz z lat 1912-1918 (Serbowie od odzyskania niepodległości niemal non stop z kimś wojowali). Natomiast po prawej II wojna światowa, gwiazda, sierp i młot. Taka mieszanka socjalistyczno-religijna dość często występująca na bałkańskich cmentarzach. Czy ktoś sobie wyobraża, że np. u paulinów w Częstochowie pochowano albo upamiętniono partyzantów Gwardii Ludowej? 😛


Krótka chwila schłodzenia...


Pędzimy dalej na południe, cały czas wzdłuż rzeki Moračy. Czasem jest trochę szerzej...


...a czasem wąsko. Pięknie!





Nagle na trzeciego wyprzedza mnie wypasione porsche! Ze dwie chwile później widzę za sobą radiowóz na sygnale. Gorączkowe myślenie: "złamałem przepisy? Pewnie, że tak, łamię je tutaj non stop, podobnie jak inni, ale chyba nie w tym momencie!". Na szczęście policja szybko pędzi do przodu i po jakimś czasie stoją na poboczu wraz z zatrzymanym porschakiem 😆. Będzie mandat czy łapówa?

Wreszcie krajobraz zaczyna się trwale zmieniać. Obok drogi sterczą filary przyszłego mostu; powstaje tu pierwsza czarnogórska autostrada! Koszty zapewne będą ogromne, a pierwsze odcinki mają zostać otwarte w 2019 roku.


Rzeki to nie wzrusza, spokojnie płynie w wydrążonym korycie.


Zerkam na samochodowy wyświetlacz - 43 stopnie, za chwilę podniesie się jeszcze o dwa. Każde wyjście z wozu graniczy z bólem. Człowiek jednak nie jest przyzwyczajony do takiego klimatu... A wychodzę dość często, bo ciągle coś nowego i ciekawego.


Dołem linia kolejowa do Baru. W oddali ludzie kąpią się w rzece, która pewno musi być cholernie zimna w porównaniu z powietrzem.


Zastanawiałem się, czy zahaczyć o Podgoricę. Stolica Czarnogóry znana jest ze swojej bezpłciowości. Ostatecznie uznałem, że mogę ją przełożyć "na zaś" i tylko przemknąłem wewnętrzną obwodnicą.


Na rondzie ze ślepymi zjazdami nie mogłem się jednak powstrzymać i wyszedłem zrobić kilka zdjęć - w końcu co stolica to stolica 😉.



Niedaleko jest stołeczne lotnisko (nadal używające kodu pochodzącego od "Titograd"). Kto będzie szybszy: samochód czy samolot Montenegro Airlines?


Dwupasmówka kończy się rondem.


Przed nami pojawia się wielka wodna tafla - to Jezioro Szkoderskie (Skadarsko jezero, alb. Liqueni i Shkodrës). Droga i linia kolejowa przecina je wąską groblą, ale kawałek dalej muszę stanąć i uwiecznić. Powietrze jest tak rozgrzane, że wszystko staje się blade.



Gdzieś tam daleko jest Albania, do której należy 1/3 zbiornika.


Czarnogóra nie posiada jeszcze autostrad, ale drogę ekspresową już tak - odcinek prowadzący do tunelu Sozina. Tunel otwarto w 2005 roku, liczy 4189 metrów i skrócił czas podróży nad morze o jakieś 30 kilometrów. Przejazd nim kosztuje 2,5 euro.





A za nim już czeka Morze Adriatyckie.

7 komentarzy:

  1. Wspaniała eskapada. Może kiedyś przyjdę do kasy i możliwości , a wtedy popędze na południe :)
    Fajna trasa i relacja :)
    Pozdrawiam 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieniądze, niestety lub stety, są potrzebne, ale koszty można ciąć ;) Inna sprawa to wolny czas, bo na parę dni to nie warto jechać ;)

      Usuń
  2. Przepiękne widoki, tylko ta nieludzka temperatura...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób wzdycha za upałami, jednak ja uważam, że "4" z przodu to już przesada. Tak do 35 w zupełności wystarczy :)

      Usuń
  3. Za te widoki kocham ten rejon Europy. Chociaż w Czarnogórze jeszcze nie byłem. Z ciekawością będę czytał kolejne relacje.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na (nie)wielkość kraju to Czarnogóra ma wyjątkowo dużo atrakcji ;) Pozdrawiam

      Usuń
  4. Muszę przyznać, że widoki zachwycają! Byłem w Chorwacji, ale do Czarnogóry jakoś było mi zawsze nie po drodze ;) Choć jak patrzę na Twoją wyprawę to aż żałuję, że nigdy nie zboczyłem trochę z drogi!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń