czwartek, 24 sierpnia 2017

Balaton. Wzburzone morze.

Nad Balatonem obozujemy jak zwykle w Balatonföldvár. Liczący nieco ponad dwa tysiące mieszkańców położony jest na południowym brzegu, prawie w jego połowie. To wybór w dużej mierze sentymentalny: właśnie tu spędziłem pierwszy zagraniczny wyjazd, jeszcze z rodzicami. I choć nie był to już PRL, to i wtedy ciepły basen Balatonu i madziarska mowa wydawała się inną planetą w porównaniu z Bałtykiem 😏.


Balatonföldvar ma wszystko to, czego do wypoczynku potrzeba: jest deptak z lokalami gastronomicznymi, sezonowe wesołe miasteczko, supermarket, apteka, poczta (która staje się zbędna, bo kto jeszcze wysyła pocztówki z wakacji?), dla uduchowionych nawet kościół (pamiętam, że ksiądz prowadzący podczas mojej pierwszej wizyty mszę tak mocno wydawał mi się mieszaniną feldkurata Katza z powieści Haszka i lekarza z "CK Dezerterów", że non stop rechotałem w ławce 😀). Są dwie i pół plaży. Pół, ponieważ jedna z nich to kawałek trawnika niedaleko przystani i ciasno tam jak cholera.



Plaża wschodnia od tego roku jest płatna! Może Balaton jest tam jakiś inny, a trawa bardziej soczysta? Tylko tak tłumaczę sobie fakt pobierania dodatkowej opłaty...

W mieście znajduje się stacja kolejowa na jednej z głównych węgierskich linii: Budepaszt - Nagykanizsa. Pociągi kursują bardzo często.

Na zdjęciu lokomotywa MÁV V41, której produkcję zakończono w 1982 roku, ale nadal króluje na węgierskich torach.
Zgodnie z wymogami czasów współczesnych obok ścieżek spacerowych znajdują się trasy dla rowerzystów. Jako biegacz stwierdzam, że to doskonała okolica do aktywności 😊.


Sama osada pojawia się w źródłach pod nazwą Földvár już w XI stuleciu, lecz jako miejscowość turystyczno-kąpielowa została założona dopiero w II połowie XIX wieku przez rodzinę Széchényi. Opracowano projekt ośrodka, wytyczono nowe drogi, które do dzisiaj w wielu miejscach przecinają się pod kątem prostym.


Tutejsze deptaki uważane są za jedne z najładniejszych nad Balatonem, otoczone zadbanymi, starymi drzewami.


Za płotami widać stuletnie domy wypoczynkowe, które zdecydowanie nie są na naszą kieszeń.



Jak pisałem poprzednio: zaskoczył nas całkowicie zapełniony kemping, na którym zwykle nocowaliśmy. Przenieśliśmy się więc do drugiego, zlokalizowanego bliżej centrum, ale zaniedbanego i z nieobecnymi właścicielami. Właściwie gdybyśmy się uparli, to w ogóle nie musielibyśmy płacić za nocleg, bo kasę zostawiliśmy... sprzątaczce.


Tym razem w pierwszą podróż zagraniczną pojechał jeszcze jeden pasażer - Śliwka. Po pierwszej nocy odważyła się wyjść z samochodu, a potem nawet przymierzała się do kierowania 😉.



No, ale jak Balaton to muszą być kąpiele. Na szczęście plaża zachodnia nadal jest dostępna bez żadnego dodatkowego haraczu. Moim zdaniem nic jej nie brakuje.





Nie wiem czemu, ale prawa wieża tego zamku jakoś mi się dziwnie kojarzy...

Tym razem trafiliśmy na bardzo wietrzną pogodę. Początkowo w połączeniu ze słońcem to nie przeszkadza, choć o normalnym pływaniu można zapomnieć.


W miarę upływającego czasu wiatr się zmaga, a chmury po niebie płyną bardzo dziwnie: wyższe w jedną stronę, niższe w drugą. Na horyzoncie pojawiają się coraz ciemniejsze plamy, widać, że w oddali pada, a następnie nad północnym brzegiem przechodzi burza.




Zaczynam czuć się jak nad morzem - można przeskakiwać fale, woda zabiera ze sobą pozostawione zbyt blisko klapki i ochlapuje ludzi. Temperatura nie jest już tak przyjemna dla kogoś kto oczekiwał upałów podobnych do poprzednich dni. Ale to było do przewidzenia: wysokie temperatury nie mogą trwać wiecznie, a duchota robiła się nie do wytrzymania...

Część budynków przy plaży najlepsze lata ma już za sobą. Na drugim zdjęciu palarnia.



Wracamy wąskimi chodnikami z nawierzchnią pofałdowaną przez korzenie drzew. Czasem można zajrzeć komuś do ogródka: tutaj wejście do małej knajpki.


Od kiedy pamiętam Węgrzy kuszą turystów cyrkami. Nie jednym, nie dwoma, ale kilkoma. W Polsce i na Śląsku ta forma rozrywki raczej zdycha, a tutaj co krok reklama. Choć nie wiem, może nad Bałtykiem jest inaczej? Każdy z tych plakatów jest niby inny, to jednak wszystkie podobne: panny ze sztucznymi cyckami, wyżelowani, dobrze opaleni panowie prowadzący show, różne zwierzęta wykonujące sztuczki ku uciesze widzów. W jednym atrakcją ma być Cygan z białymi ustami. Jako klaun? Czy to czasem nie ma podłoża rasistowskiego?


Wieczorem ruszamy coś zjeść. Mijamy sąsiadów z kempingu, którzy wracają z miasta i informują, że za godzinę ma zacząć ostro lać. Meteorolodzy tradycyjnie troszkę się pomylili: niebo otwarło się na głowy jakieś trzy minuty po tej rozmowie...


Wiatr smagał ciało jak wściekły. Idąc na brzeg oberwałem urwaną gałęzią - na szczęście małą. Tak wzburzonego Balatonu jeszcze nie widziałem; granat raz po raz przeszywały błyski.



Udało nam się dotrzeć do knajpy, gdzie w końcu zamówiłem coś węgierskiego (dzień wcześniej z racji późnej pory została już tylko tradycyjna, węgierska pizza). Trafił mi się miejscowy bigos, jakaś odmiana pörkölta. Ale całkiem smaczny 😊.


Podczas konsumpcji przypomniał mi się wczorajszy wątek polski: do pizzerii przychodzi grupa osób znad Wisły. W rękach dzielnie dzierżą butelki... Perły. Weszli do lokalu, po czym szybko wyszli na zewnątrz, nie wiedząc do końca czemu obsługa nie pozwoliła im dokończyć swojego piwa w środku...

Po jakimś czasie przestaje padać, ale wszystko jest nieprzyjemnie mokre i zimne...



Poniedziałek jest słoneczny, ale chłodny. Rezygnuję z kąpieli, bo liczę na to, że w kolejnych dniach uda się ją zaliczyć w cieplejszych warunkach.

Przed opuszczeniem węgierskiego morza zajeżdżamy do sąsiedniego Balatonszárszó. Zadbany park sąsiaduje z dużym, opuszczonym budynkiem, chyba dawnym kinem.


Na jeziorze ciągle fale, lecz wyraźnie mniejsze.


Ciekaw jestem jak kozłują piłką? 😛


Na trawie dziwny pomnik. Górnicy? Nie, to upamiętnienie Attilli Józsefa, młodego poety z okresu międzywojennego; w 1937 roku popełnił samobójstwo na pobliskich torach, kładąc się pod pociąg.


Tu też plaża płatna. Może ze złotym piaskiem?

Oddalamy się od Balatonu. Po kilku kilometrach staję w Kőröshegy. Kiedyś była to centralna miejscowość okolicy, dziś z racji odległości od jeziora pozostaje na uboczu. Ale posiada kilka ciekawych zabytków.

Najważniejszy z nich to gotycki kościół Krzyża Prawdziwego z XV wieku.


Przy skrzyżowaniu piękny, realistyczny Pomnik Poległych; oficer z sumiastym wąsem.


Druga świątynia - ewangelicka - z początku 19. stulecia.


Stare gospodarstwo z podcieniami.


Przykładem nowej architektury jest ogromny wiadukt autostradowy: 16 filarów, 88 metrów wysokości, prawie 2 kilometry długości.



Suniemy na południe boczną drogą. Coraz mniej widać aut turystów, asfalt coraz gorszy. Ale są morza słoneczników i kukurydzy, dwóch węgierskich naczelnych 😊.


W Kaposvárze przegapiam zjazd na obwodnicę, ale szybko naprawiam swój błąd. Dalsza podróż przebiega już prawidłowo. Zatrzymuję się dopiero przed zamkniętym szlabanem w Sásd (niem. Schaschd, chor. Šardin). To już Baranja, komitat z największą liczbą mniejszości narodowych na Węgrzech.

Obserwując Roma na motocyklu stwierdzam, że dawno u nas nie widziałem Simsona...


Korzystając z okazji staję w centrum aby uwiecznić dwa Pomniki Poległych:
- z Wielkiej...


...i II wojny.


Ten drugi stylizowany jest niby na rzymski... Wśród nazwisk większość ma niemieckie brzmienie, choć imiona są węgierskie. Garstka Szwabów Naddunajskich nadal tutaj mieszka, ale na ulicach widać głównie śniade twarze, prawie nieuchwycone w statystykach.

A przed nami główne miasto tej części kraju.

8 komentarzy:

  1. hah, dopiero czytałam, że Lidl wprowadza Lidlaki (odpowiednik Świeżaków), a u Ciebie na blogu Śliwka biedronkowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Lidla chyba też ma być Śliwka, ale w nowej edycji Biedry nie :P Może się jakiegoś kolegę naszej Śliwce skombinuje ;)

      Usuń
  2. Z ciekawością czytam i przeglądam zdjęcia. Moja znajomość Węgier jest znikoma, poza Budapesztem. Zwykle przejeżdżamy to państwo tranzytem. Balaton jakoś mnie nie ciągnie, prędzej wybrałbym pobyt w jakieś niewielkiej miejscowości z kąpieliskiem termalnym.
    Widok Balatonu w czasie burzy robi wrażenie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet w pobliżu Balatonu też jest kilka miejsc z kąpieliskami, więc można połączyć w jednym dniu kąpiele w jeziorze i na basenie :)

      Usuń
  3. No, ten filmik można puszczać i śmiało przekonywać innych że to...morze :)

    Nad Balaton (i do Złotych Piasków) dość często jeździło moje wujostwo za PRL. Rodzice też raz byli nad węgierskim jeziorem, bodajże w 1980r. To była taka "namiastka zachodu" dla rodaków, którzy mieli apetyt na coś mniej oklepanego (i cieplejszego) niż Bałtyk.
    Fajna fotogaleria. Jak widać w okolicy też można zobaczyć ciekawe rzeczy. Ładnie wyglądają te wzgórza wokół jeziora, zapewne da się tam z powodzeniem uskuteczniać turystykę pieszą lub rowerową. Wkurza jedynie fakt, że wybrana nacja znad Wisły, jak zwykle daje się poznać z mało interesującej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wokół całego Balatonu jest pełno ścieżek rowerowych, na północnym brzegu w dodatku chyba dość wymagające z powodu pofałdowania.

      W PRL-u tata nad Balaton nie dotarł, ale za to przyjechał na rowerze do Budapesztu. Po drodze spał m.in. w cygańskich osadach. To musiała być przygoda :)

      Usuń
    2. "przyjechał na rowerze do Budapesztu"

      Szacun...

      Usuń
  4. Pamiętam jak z zakładu pracy była moda na kolonie i wczasy nad Balatonem. Teraz żałuje, że nie skorzystałem :(

    OdpowiedzUsuń