wtorek, 25 lipca 2017

Beskid Niski: z Iwonicza-Zdroju do Woli Niżnej

Rok temu po raz pierwszy odkryłem z plecakiem uroki Beskidu Niskiego. Nadszedł lipiec 2017 i postanowiłem zawitać tam po raz kolejny, ale tym razem skupić się głównie na jego wschodniej części.

W upalne wtorkowe popołudnie spóźniony autobus przyjeżdża do Iwonicza-Zdroju, jednego z najstarszych polskich uzdrowisk. Zabytkową zabudowę widać wszędzie, choć często jest czymś zakryta.


Podchodzę do nieodległego drewnianego kościoła św. Iwona (lepiej by brzmiało św. Iwony, a nie tak dżenderowsko) z 1895 roku. Ładna świątynia ginie w cieniu współczesnej, bezpłciowej.



Zarzuciwszy plecaki ruszamy głównym deptakiem. Budynek z wieżą to "Bazar", po jego sąsiedzku restauracja "Zdrojowa", która jednak nas nie zachęciła.



Pijalnia wód z okresu międzywojennego - w środku całkiem ładne wnętrza.



W parku najważniejszy gmach to "Stary Pałac". A nawet najstarszy w miejscowości, bo z 1840 roku.


Wszystko to w miarę zadbane, ale w porównaniu choćby z morawskimi Luhačovicami, w których byłem miesiąc wcześniej, to sporo tu typowej polskiej pstrokacizny reklamowej. Remont głównej drogi w szczycie sezonu turystycznego też nie jest najlepszym pomysłem.

Ostatnim z zabytkowych obiektów jest pensjonat "Biały Orzeł", wybudowany w 1912 roku w stylu szwajcarskim.


Potem robi się znacznie mniej tłoczno. Mijamy zdewastowany i nieczynny basen (bardzo by się tu przydał) oraz muszlę kloz... koncertową. A za nią pozostałości po kompleksie skoczni narciarskich. Choć w niektórych opracowaniach jest mowa, iż zostały one częściowo wyremontowane, to obecnie korzystać z nich mógłby chyba tylko samobójca. Jedynie blaszana budka sędziowska jako tako stoi.


Trafiamy na węzeł szlaków. Iwonicz, wraz z sąsiednim Rymanowem, postawił ostatnio na turystykę aktywną i okolica pełna jest ścieżek oraz tras wyznakowanych przez gminy. Zielony szlak po krótkim odcinku w lesie wyprowadza nas na rozległe polany.


Stopniowo ciśniemy do góry mijając się ze schodzącymi spacerowiczami. Kiedyś w tym miejscu znajdowała się łemkowska wieś Wólka, którą po wojnie wywieziono w całości do Ukraińskiej SRR.


Naszym pierwszym celem jest grzbiet Przymiarki, z którego rozciąga się panorama okolicy. Ponieważ blisko niego można dojechać samochodem, to trudno się dziwić, iż rzadko bywa pusty.


Szczyt z krzyżem błędnie opisano jako Patryja, która w rzeczywistości jest dalej na wschód. 

Najbardziej podoba mi się widok na południe - dolina Taboru, w której leży m.in. Królik Polski, nad nią Dział, a w środku odległy o 16 kilometrów Kamień, przez który biegnie granica ze Słowacją i znajduje się kilka cmentarzy wojennych.


W kierunku północno-zachodnim błyszczą się blokowiska Krosna na tle Pogórza Dynowskiego z kopulastą Królewską Górą (24 km).



Znacznie bliżej jest Cergowa, nad którą krążą podejrzanie ciemne chmurzyska.


Robimy sobie postój we pobliskiej wiacie. Na nocleg raczej się nie nadaje, na podziwianie okolicy owszem.


Kawałek dalej szlak schodzi z głównego grzbietu. Ktoś w tym miejscu buduje sobie chałupę - dach niezbyt tutaj pasuje, ale reszta nawiązuje stylem do dawnego budownictwa.


Przymiarki mają przyciągać ludzi widokiem na Tatry. Dziś na szczęście nie było dane nam ujrzeć ich niewielkiego skrawku (bo tylko taki czasem wystaje zza Beskidów), ale nie można o tym zapomnieć bo co chwilę mijamy takie o to durne tabliczki! 😛



Czy zobaczymy Tatry? Nie. Czy zobaczymy Tatry?? Nie! Czy zobaczymy Tatryyy? Nieeee!

I tak przez całą drogę w dół, do doliny.


Tam będziemy szli za jakiś czas...


Schodzimy do drugiego uzdrowiska - Rymanowa-Zdroju. Jest znacznie młodsze od Iwonicza, ale ciężko mi je porównać, bo zahaczyliśmy tylko o jego niewielką, południową część. Ale nawet tu można skosztować zdrowego napitku w Przepompowni Wód Mineralnych.


No cóż, smakowało paskudnie 😉.

Na pierwszym zakręcie obijamy w prawo, gdzie poprowadzi nas Główny Szlak Beskidzki. Za pomnikiem Tysiąclecia Państwa Polskiego znajduje się tajemniczy ośrodek: "Podk Rpackie Ce Rum Rehabili Acji Kardiologic Nej "Polonia"". Ciekawe w jakim to języku?


Obok niego wyburzany budynek sąsiaduje z sanatorium.


Jakaś pani widząc nas z plecakami woła głośno pytania czy chcemy spać w lesie i czy nie boimy się niedźwiedzia? Phi, to niedźwiedź powinien bać się nas!

Po pewnym czasie dochodzimy do resztek cmentarza grekokatolickiego. W przeszłości był to teren wsi Wołtuszowa (Волтушова). W 1945 roku Łemków, podobnie jak w przypadku Wólki, wywieziono na Ukrainę, w rejon Tarnopola. Rok później zabudowania spaliła UPA, aby uniemożliwić polskie osadnictwo.


Cerkiew rozebrano dopiero w 1953 roku. Pozostało z niej kilka kamieni oraz chrzcielnica, położona obok krzyża. Cerkwisko jest dzisiaj zwykłą leśną polanką.


Przed nami znowu widokowe łąki, tym razem bezludne (widzimy jedynie kilka osób schodzących gdzieś na przełaj) oraz w promieniach coraz bardziej zmęczonego słońca.




W górnej części postawiono ławeczkę, z której obserwujmy spektakl kończący dzień.




Neska strzela tyle zdjęć, że opuszczenie łąki zajmuje nam baaardzo dużo czasu 😉. Przed nami jeszcze tylko przejście przez las i do doliny z drugiej strony; tempo nam siada, gdyż między drzewami jest sporo błota.


Końcówka szlaku to już w ogóle masakra, bowiem jest on tak zarośnięty, iż nie można nim przejść! Naprawdę - bez maczety ani rusz! Musimy się cofnąć do drogi wyjeżdżonej przez ciężki sprzęt i dopiero nią dochodzimy do asfaltówki, skąd już tylko kilka minut do bazy namiotowej w Wisłoczku.

Na bazie kilkanaście osób, choć z racji dużej przestrzeni wydaje się, iż jest pusto. Po wieczornej ablucji siadamy przy ognisku, gawędząc z bazowym i jego rodziną oraz ich znajomymi.


Środa wita nas upałem, w namiotach nie można zbyt długo wysiedzieć.


Na standardowe wyposażenie bazy składa się wiata z piecem...


...i dwubiegunowy wychodek.


Mniej standardowa jest prawdziwa... sauna!


Po skorzystaniu należy wskoczyć do przepływającego obok potoku - też Wisłoczka. Akurat na tej bazie nie ma prysznica, do mycia służy kilkumetrowy wodospad 😃.


Ponieważ ja do sauny nie wlazłem, więc woda była bardzo rześka 😉.


Po śniadaniu wracamy na szlak. Wisłoczek (Віслочок) był wsią zamieszkałą przez ponad siedemset osób. W kwietniu 1946 roku miejscowość otoczyło polskie wojsko i załadowało całą ludność na wozy. Zabudowania spalono. Założony PGR okazał się nietrwały. Dziś mogę napisać, iż zaludniają go rodacy - pod koniec lat 60. sprowadzili się tutaj zielonoświątkowcy ze Śląska Cieszyńskiego. Ale to w górnej części osady, w okolicach bazy został tylko las i asfaltowa droga.


Ponieważ łażenie szosą jest dość monotonne postanawiam spróbować złapać stopa. Zatrzymuje się już pierwszy wóz na brytyjskich blachach i podwozi do skrzyżowania. Potem skręcają w odwrotnym kierunku niż my idziemy, ale zawsze to półtora kilometra do przodu.

Kąpaliśmy się w Wisłoczku, pora na Wisłok. Na razie widzimy go z mostu.


Przed nami kolejna wioska - Puławy (Пулави). Po Łemkach w Puławach Górnych pozostał cmentarz, nadal używany. Podobnie jak w Wisłoczku w okresie PRL-u wyludniony teren stał się schronieniem dla zielonoświątkowców, prześladowanych w czechosłowackim Zaolziu. Można powiedzieć, że jesteśmy w ich polskim centrum, bo na sześć zborów dwa znajdują się właśnie tutaj. Prowadzą też ponoć bar, ale bez alkoholu, jak ostrzeżono nas w bazie 😉.

Na zakręcie w Puławach Dolnych żegnamy Główny Szlak Beskidzki. Jedna z par z namiotu ruszała dziś nim dalej, aż do Komańczy - to jakieś 12 godzin wędrówki, a zbierali się dość późno, więc ciekawe gdzie dotarli...

Cywilizacja pojawiła się i tu - widzimy Punkt Pielęgniarski Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Krośnie.


Mija nas sporo aut kierujących się w kierunku dziczy. Po co? Okazuje się, że pasażerowie korzystają z chłodu Wisłoka - schodzą do rzeki w wybranych miejscach, inni opalają się w legalnym miejscu do biwakowania.


Tym razem nikt już nas nie chciał podwieźć, a z nieba leje się żar...

Asfalt dawno się skończył, mijamy otwartą bramkę z zakazem wjazdu (umieszczonym po lewej stronie, więc mogą z nim naskoczyć...).


Podchodzimy pod górę, a z drugiej strony okazuje się, że poszliśmy za daleko; gdzieś w tym miejscu miał być bród, jednak właśnie przed górką. Musimy się cofnąć.

Przejście przez Wisłok faktycznie jest, kilka rodzin tutaj wypoczywa.


Inez ma sandały, więc ciśnie szybko do przodu, ja klnę ocierając stopy o kamienie. Po wyjściu na drugi brzeg okazuje się, że znów musimy pewien odcinek pokonać wodą. Kur...a.


Na plaży robimy popas. Ładna okolica, a ściany na pewno zainteresowałyby geologów.



Trzeci bród jest kilkaset metrów dalej na krańcach nieistniejącej wsi Wernejówka (Вернеївка).


Z bliskiej odległości dochodzi muzyka - ktoś wjechał sobie terenówką na kamienną wysepkę i urządził ognisko. Podejrzewam, że do sklepu też wjeżdża wozem, bo po co nogi?

Rzeka się od nas oddala, podobnie jak las. Wędrujemy błotnistą drogą wzdłuż łąk pełnych kwiatów.


Na mapie zaznaczone są kolejne cieki wodne, które mieliśmy przekraczać, lecz te można było przebyć bez zdejmowania butów.

Okaleczona kapliczka (krzyż?) to samotna pamiątka po dawnych mieszkańcach.


Spotykamy kilkunastoosobową grupę turystów idących z naprzeciwka - jedynych tego dnia. Wkrótce potem dochodzimy do rozwidlenia, gdzie kiedyś stykały się granice wsi Surowica (Суровиця) i Polan Surowicznych (Поляни Суровичні). To druga była ludną wsią z ponad tysiącem mieszkańców, niemal wyłącznie Łemków.


Miałem napisać, że od 1946 roku słychać tu tylko wiatr, ale bym skłamał - dziś zagłuszają go hałasy pił i ciężkiego sprzętu. Ciężko się już gdziekolwiek ruszyć w Polsce, aby nie trafić na masowe wycinki; co krok widać piramidy z drzew, stoją ciężarówki i traktory, rozjeżdżone drogi zamienione w bagniska... do tego jeszcze jakiś kretyn jeździ z dzieckiem tam i z powrotem  na crossie.


Polany wyróżniają się od większości opuszczonych wsi, gdyż coś po Rusinach przetrwało - w tym przypadku jest to dwukondygnacyjna kamienna dzwonnica z 1730 lub 1820 roku. Do niedawna ruina, od kilku lat społecznie remontowana, planowane jest nakrycie jej cebulastym dachem, jaki kiedyś posiadała.



Przy dzwonnicy znajduje się zarośnięte cerkwisko oraz częściowo wykoszony cmentarz parafialny z kilkoma nagrobkami.


Innym znanym obiektem jest Chałupa Elektryków prowadzona pierwotnie przez Politechnikę Warszawską. Początkowo chciałem w niej spać, ale przekonano mnie, że są fajniejsze miejsca.

Chatka rok temu przeszła remont elewacji i dziś wygląda jak nowa, a ściany świecą się jak psu jajca.


Gdybym nie znał jej historii, to pomyślałbym, że to świeżo postawiony budynek.


W środku pusto, jest tylko chatkowa, którą Inez poznała rok temu. Podobno w ogóle tłumów turystów w lipcu nie widziano, ale wcale się nie dziwię przy ich urzędowej abstynencji 😉.

Trochę czasu spędzamy w chłodnych wnętrzach na pogaduszkach, a ja fotografuję okolice okupowane przez różne groźne stworzenia.


Innym sposobem dotarcia do Polan (zamiast wzdłuż Wisłoka) jest tzw. szlak kurierski, który prowadzi od Rymanowa, nad południowymi krańcami Wisłoczka. Tam jednak trzeba się wspiąć na dwa szczyty, w dodatku prawie cały czas biegnie lasem.

Chatkowa sugeruje, abyśmy szli dalej drogą (nawet nie szlakiem) konną. Kręci ona przez pastwiska, bywa dość zarośnięta i błotnista, ale ponoć jest przyjemnie. Nie daję się skusić i obieramy trasę asfaltem: nudną, monotonną, ale w miarę szybką.


Dochodzimy nią do drogi wojewódzkiej Komańcza - Tylawa. Ustalono tutaj jedno z wielu w okolicy "miejsc postoju"- są ławeczki, czasem wiata, miejsce na ognisko. Brak wychodka, a potem się dziwią, iż lasy zasyfione...

Pogoda trochę się psuje.


Liczymy na to, iż na wojewódzkiej złapiemy jakiegoś stopa. Początkowo nic nie jedzie, potem nikt nie wyraża ochoty na podwózkę, więc osiągamy Wolę Niżną (Воля Нижня). W oddali widzimy, że właśnie uciekł nam ostatni busik...

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło: mogę sfotografować pomnik WOPistów.


Następnie kaplica unicka z początku XX wieku, która nie została przejęta przez rzymskich katolików, więc niszczeje i dawno jej się nie używa.


Zaraz potem przy przystanku autobusowym udaje się złapać stopa, który podwozi nas do Jaślisk 😊.

5 komentarzy:

  1. Według W., na pierwszy rzut oka te ciekawe ściany z daleka wyglądają na łupki. Chłop jest chemikiem z odchyłem geologiczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie tak, bo to ta sama ściana co w sąsiedniej Rudawce, a tamta opisana jest jako: " wychodnie fliszu karpackiego w przełomowym odcinku doliny Wisłoka w Rudawce Rymanowskiej. Jest to największa w polskich Karpatach odkrywka łupków menilitowych."

      Usuń
  2. Trasy tej nie przemierzalismy w całości jak wy lecz podczas kilku różnych wędrówek :) w Polanach Surowicznych staramy się być gdy już krów nie ma i elektrycznych pastuchów. Niewatpliwie jest to dla nas miejsce wyjątkowe, staramy się w miarę naszych sil angażować w odbudowe dzwonnicy...

    P.S Szkoda że nie daliście znać że będziecie w naszych stronach :( Byłaby okazja się poznać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te pastuchy to chyba znikają dopiero na jesień? :> Koleżanka w tamtym roku szła właśnie przez pola i musiała się przez nie przedzierać, w dodatku wzbudzała niezdrową ciekawość u krów ;)

      PS>w sumie, kurczę, na to nie wpadłem, a przecież to Wasza okolica! Zresztą ostatnio przy okazji wyjazdu czytałem i o Iwoniczu i o innych miejscach :)

      Usuń
  3. Zarówno Iwonicz jak i Rymanów są przepiękne. Bywałem w obu

    OdpowiedzUsuń