wtorek, 15 listopada 2016

Góry Stołowe są zawsze zdrowe! (cz. II: Szczeliniec - Pasterka - Błędne Skały - Machovska Lhota)

Nocleg na Szczelińcu był wyjątkowo ciepły, ba - wręcz upalny, bo w pokoju oprócz kaloryferów warczał elektryczny grzejnik. W efekcie temperatura oscylowała w okolicach sauny co niezbyt pomaga w spokojnym śnie.

Rano siedząc w jadalni ujrzałem przez okno, że na dworze pojawia się trochę słońca. Pobiegłem szybko po aparat i w laćkach wyskoczyłem na dwór, budząc małą sensację u dwójki turystów ;). Ale trochę promieni jeszcze złapałem.




Widać, że nad Broumovskimi stěnami przewalają się chmurki, których błyskawicznie przybywało i przybywało, więc już po kilku minutach zrobiło się szaro.


W takiej sytuacji zrezygnowaliśmy z wchodzenia do labiryntu na Szczelińcu (mimo, że jeszcze nie działała kasa), lecz spakowaliśmy się i zaczęliśmy schodzić w dół do przełęczy. Na ścieżce było fest mokro, jakby cały wczorajszy dzień lało.


Z przeciwka zaczęli zjawiać się turyści - początkowo pojedynczo, potem grupami. Zapowiadało się niezłe oblężenie schroniska - w końcu to była niedziela, w dodatku "prawie" długi weekend z okazji Wszystkich Świętych.

Słońce ponownie zjawiło się, gdy odbiliśmy w kierunku leśnego parkingu (przed którym ostrzegają aby nie zostawiać tam aut na noc, bo regularnie są okradane). Ziemia była jednak śliska, trzeba było uważać na każdy krok, więc zamiast dalszym szlakiem przez las i pola podążyliśmy okrężnie asfaltem.


Przy znaku miejscowości Neska jako pasterka gęsi nie mogła nie zostać uwieczniona ;).


To zdjęcie jest też istotne, ponieważ po raz ostatni występuje na nim świnia George!

Ci co byli to wiedzą, że Pasterka (Passendorf) to koniec cywilizacji od polskiej strony. Z racji możliwości dojazdu samochodowego bywa tu jednak czasem tłumnie i teraz też mijamy liczną grupę obok "Szczelinki" - obiektu filialnego PTTK (kiedyś schroniska młodzieżowego). 

A oto są i gęsi do pasania! Co prawda jak każe obecna moda - plastikowe - ale zawsze!


Zaglądam pod kościół Jana Chrzciciela z XVIII wieku, bo jakoś nigdy nie miałem okazji.


Przez kratę niewiele widać ze środka, więc spaceruję wśród nagrobków. Jest kilkanaście niemieckich i kilka polskich. Część niemieckich ma wyraźnie czeskie brzmienie, co wiąże się zapewne z bliskością Czeskiego Kątka.


W schronisku PTTK Pasterka jestem trzeci raz... w 2008 roku dzierżawił go prawdziwy kretyn i gbur, któremu w ramach zemsty puszczaliśmy z kumplem bąki w jadalni (choć faktem jest, że wąchała je głównie jego biedna córka :lol). Ponad trzy lata temu odbył się tu sympatyczny zlot forum sudeckiego i już wtedy można było odczuć (nomen omen), że nowi właściciele (ci sami co Szwajcarki na Szczelińcu) dokonali tu prawdziwej zmiany. Na plus oczywiście. Choć może mogłoby być mniej hipstersko ;)

Mimo, że jest przed południem nie ma problemu z zostawieniem bagażu w pokojach. Obsługa informuje nas, że razem z nami śpi jakiś ojciec z synem. Nie szkodzi. W plecaku zostawiam tylko najpotrzebniejsze rzeczy i z prawie pustym ruszamy dalej.

Przy dużym opuszczonym gospodarstwie, które zawsze mnie intrygowało, wchodzimy na niebieski szlak w kierunku punktu zwanego Nad Pasterkovem.


Mimo, że to jeszcze teren RP to tabliczki są już po czesku. Obok rozciąga się rozległa polana, na której kiedyś w nocy w zimie nie wiedziałem z kolegą jak iść.


Za polaną na zielonym granicznym wydarza się nieszczęście - okazuje się, iż odpadł George! Nie wiadomo kiedy, choć w Pasterce jeszcze Neska go miała. Proponuję, że skoczę kawałek do góry i go poszukam, ale Inez twierdzi, że nie trzeba... widać go tak jednak mocno nie kochała ;) Mamy nadzieję, że może znajdziemy go wracając wieczorem do schroniska.

W dolinie Machovskiego potoku, gdzie przed Schengen funkcjonowało przejście turystyczne, natykamy się na tablice informacyjne o dawnej wsi - Nauseney, od 1937 Scharfenberg, czes. Nouzín. Na początku XX wieku mieszkało tu ponad 200 osób, głównie Czechów. To była jedna z miejscowości wspomnianego Czeskiego Kątka (Böhmischer Winkel, Český koutek) - około dziesięciu osad ziemi kłodzkiej, w której dominowali sąsiedzi zza miedzy, w sumie pięć tysięcy ludzi. Po ostatniej wojnie niemal wszyscy Czesi wyjechali mniej lub bardziej dobrowolnie do Czechosłowacji.

Nauseney leżało na samej granicy niemiecko-czeskiej i było bliźniaczą wioską Machovskiej Lhoty (Lhota Mölten), która zaczyna się kilkaset metrów dalej. Zanikła, bo sojusznicza socjalistyczna Czechosłowacja za miedzą nie była argumentem za rozbudową polskiego osadnictwa, dodatkowo przybysze z Kresów Wschodnich nie radzili sobie z surowym klimatem Gór Stołowych. 

Oglądamy zdjęcia, gdzie widać dawne domy, gospodę (ah, jakby się przydała), szkołę, sklep. Dziś jest tylko Asmusstrasse - Machovska cesta, dawny trakt pocztowy.


Wkrótce się jednak okaże, że jednak nie tylko droga. Znienacka pojawiają się groźne tablice informujące o terenie wojskowym i zakazie wstępu. Za drzewami stoi kilka drewnianych budynków.


Zollhäuser z okresu międzywojennego służące pierwotnie Hilterjugend należą dziś do polskiej armii - to "Ośrodek Szkolenia Piechoty Górskiej "Jodła" w Dusznikach Zdroju". Żółte tablice wyglądają w tym miejscu surrealistycznie, zwłaszcza postawione przy trawnikach oraz na tle schodów prowadzących donikąd - jedynych pozostałości po starych domostwach.


Oficjalnie te kilka wojskowych obiektów to miejscowość Ostra Góra - nazwę wzięto od górującego nad nią szczytu.

Idąc wyżej tablice na szczęście się kończą. Przy lesie stoi dzwonnica z 1868 roku, jakiś czas temu odremontowana.


Za nią zarastające ruiny podmurówek kolejnych gospodarstw.


Najbardziej intrygujący jest dziwny pomnik tuż przy ścieżce. Nieopisany, widać, że świeżej daty. Twarz jako żywo przypomina Jana Pawła, co wpisałoby się w nową, świecką tradycję janopawłomaniopomnikowaniawszędzie. Ale żeby bez opisu? No chyba, że każdy i tak będzie wiedział kogo przedstawia (co w przypadku niektórych papieskich pomników wcale nie jest oczywiste).


Szlak ciśnie w górę i co jakiś czas przecina Machovską Drogę. Czasem słychać warkot samochodu - pewnie ludzie skracają tu sobie drogę do Czech, chociaż ponoć oficjalnie jest to nielegalne. A pogoda wymarzona!


W pewnym momencie dochodzimy znów do granicy i czeskiego szlaku - na większości map, również nowych, przebieg w tym miejscu jest totalnie źle oznaczony. Na mapach.cz polskiego zielonego szlaku nawet nie ma!

Na skale widać stary drogowskaz, kierujący do Wilde Löcher, jak Niemcy nazywali Błędne skały.


Pojawiają się też kamienne schodki, jakieś wiekowe ławeczki - widać, że teren ten zagospodarowany turystycznie był od dawna.


Jedyne czego brak to widoków, bo skutecznie zasłaniane są przez las. W takie słoneczko! W jednym tylko punkcie na chwilę wyskoczył Szczeliniec Wielki, wydający się jakimś kopcem kreta.


A to chyba polana, gdzie mogliśmy zgubić Georga.


Idący z naprzeciwka ludzie to znak, że się zbliżamy - trochę nam mina rzednie, gdy okazuje się, iż wyszliśmy przy... wyjściu. Musimy więc dojść do wejścia antypoślizgowym chodnikiem - na plus, to że znów na sekundę wyskoczyła Fudżijama...


...a z innego miejsca widać Machov i Machovską Lhotę oraz fragment Broumovskich stěn.


Przy kasie sporo turystów, większość z małymi dziećmi. Ahaa! Kupujemy bilety i wchodzimy na jednokierunkową trasę. Gdzieś tu miał być punkt widokowy, ale poza drzewami panoram praktycznie nie ma. Zaczyna się skalny labirynt, który z każdym metrem jest coraz bardziej kręty i coraz ciaśniejszy.


Trzeba przyznać, że wygląda to pięknie!



Mimo wyraźnych zakazów jakiś bachor gramoli się na skały i po nich skacze, zachęcany przez tatusia. Przechodząc komentuję głośno, że w Stołowe musi się wybierać bardzo dużo analfabetów, gdyż w Ardspacko-Teplickich też jedyni, którzy wszędzie się wdrapywali, używali języka polskiego, bo zakazy są po to, aby je łamać. Mamusia nieco się stropiła i zaczęła wołać do męża, aby kazał synkowi schodzić ;)


Im bardziej ciasno tym większy krzyk i płacz dzieciaków, które się boją albo odmawiają dalszej drogi. Potem krzyczą rodzice, którzy chcą iść dalej. W końcu także i my zaczynamy mieć problem, gdyż robi się tak ciasno, że kilkukrotnie muszę ściągnąć plecak i go pchać nogami, czasem trzeba się wręcz czołgać albo wchodzić nogami do wody.


Wiem jedno - z pełnym plecakiem nie miałbym szans tu przejść! Nawet z w połowie pełnym.


Uważam, że przy wejściu powinna być stosowna informacja, bo co bym zrobił z tymi wszystkimi klamotami? Cofał się czy porzucił? Należałoby też zakazać wstępu z dzieciakami do np. 3 roku życia, bo wyraźnie sobie nie radziły. A już facet trzymający noworodka w kocyku i ocierający się z nim o te wszystkie ściany to był miszcz.


Ostatecznie udało nam się przejść bez większych strat, nie licząc zasyfionych ubrań ;)


Po opuszczeniu labiryntu chwilę odpoczęliśmy, a następnie zeszliśmy kawałek zielonym szlakiem i przeszliśmy granicę z Republiką Czeską pod cvičnou skálou. Od razu można było poczuć zmianę klimatu - to powietrze nasiąknięte ateizmem, narkomanią, dżenderem, sodomą i gomorą ;)


Minęliśmy dwójkę chłopaków rzeczywiście ćwiczących coś na rzeczonej skałce i żółty szlak zaczął powoli schodzić w dół. Przed sobą mieliśmy fantastycznie kolorowe lasy góry Lhotecký Šefel (Machovskiego Szczytu).


Na polance stał samotny krzyż 1907 roku - czeska inskrypcja przypominała, że ufundowało go małżeństwo z Nauseney (Nouzína). Ciekawe czemu postawili go za granicą, a nie u siebie w Niemczech, pół kilometra niżej?


Widać już pierwsze domy Machovskiej Lhoty.


Po kwadransie jesteśmy w wiosce. Działa tu sympatyczna gospoda, znana również po kłodzkiej stronie.


Połączenie spelunki i restauracji z krótkim menu, ale jedzenie mają bardzo smaczne i w umiarkowanych cenach. Piwo wchodzi znakomicie i może tylko od ciepła człowiek robi się trochę senny ;)


Na ścianach stare fotografie, portret Najjaśniejszego Pana, który w 1914 roku oberwał kuflem od kelnera (rana jest nadal widoczna) oraz jegomościa w austriackim mundurze.


Można też kupić piwo na wynos, które oczywiście kosztuje niemal połowę taniej niż w Pasterce. 

Przyglądając się gościom Neska stwierdza, że w kącie siedzi ojciec z synem i to pewno ten z naszego pokoju. Jasne, na pewno :D

Lokal opuszczamy przy zapadającym zmroku. Po pewnych początkowych problemach ze znalezieniem szlaku maszerujemy dzielnie przez las w świetle czołówek. W dole w oddali majaczą małe punkciki które potem nikną i jest już tylko sama przyroda...

Na polanie szukamy Georga, lecz rzecz jasna przepadł :( Może ktoś go znalazł a może posłużył jako zabawka dla jakiegoś zwierza??

Po godzinie jesteśmy znów w Pasterce i w schronisku. No i zaraz okazało się, że syn z ojcem widziani w czeskiej knajpie byli naszymi współlokatorami :D

6 komentarzy:

  1. Uwielbiam Góry Stołowe :) Razem z Mateuszem byliśmy już na Szczelińcu, ale Błędnych Skał jeszcze nie widział - ja na nich byłam dziesiątki razy :) Mam nadzieję, że uda się niedługo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędne mnie zaskoczyły, bo widziałem już sporo skalnych miast, ale tak wąskich mi się chyba nie udało ;) Było to pokręcone :D

      Usuń
  2. Dzierżawcy Pasterki i Szwajcarki, są bodajże też właścicielami Szczelinki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, dlatego napisałem, iż to obiekt filialny PTTK (konkretnie tego w Pasterce) - kwaterują tam gdy nie ma miejsc w głównym budynku albo gdy ktoś chce bardziej spartańskiego klimatu ;)

      Usuń
  3. Pięć lat temu zrobiliśmy tam identyczną trasę w przeciwną stronę, tyle że bez zejścia do Machovskiej Lhoty, którą jedynie podziwialiśmy ze skał. Śmiać mi się chce jak wspominam incydent, kiedy w okolicy Ostrej Góry paru kadetów wzięło mnie też za wojaka i z daleka krzyczeli czemu nie pojechałem na szkolenie! :) Miałem na sobie prawie pełne umundurowanie wz.93 i to ich zmyliło, choć plecak i kijki miałem przecież całkiem nieregulaminowe ;)
    Natomiast dwa lata temu cisnęliśmy z Izą przez Błędne Skały z plecakami wyładowanymi prawie po brzegi. W dodatku po opadach i we mgle. Wesoło było. Pelerynki uratowały nas przed całkowitym wyświnieniem się, ale plecaki wyglądały jak obrosłe glonami :)
    http://medartzasada.blogspot.com/2015/11/gory-stoowe-2014.html

    Fajne foty. Najważniejsze że pogoda dopisała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziałem, że tam rzeczywiście nadal są szkolenia, myślałem, że to taki pic, a domki służą głównie do urlopu ;)

      Teraz niby nie było opadów w Błędnych (przynajmniej nie w ciągu ostatnich 24 godzin), ale tam chyba jest zawsze mokro :D Te kałuże robią zresztą przyjemne wrażenie :)

      Usuń