środa, 9 listopada 2016

Góry Stołowe są zawsze zdrowe! (cz. I: Duszniki - Karłów - Szczeliniec)

Sudety były w planach od dawna, bo w tym roku byłem w nich tylko raz. Zastanawiałem się nad Górami Sowimi, potem myślałem o Suchych z dotarciem do Stołowych, aż w końcu stanęło na dokładniejszej penetracji samych Gór Stołowych.

Już na samym początku plany lekko torpeduje spóźniony IC, przez co ucieka nam pociąg osobowy. Musimy jechać następnym, a to oznacza, że na szlaku będziemy dopiero o 20.30. Wysyłam smsa do schroniska, iż zawitamy prawie w nocy.

Wysiadamy w Dusznikach-Zdroju. W tych rejonach nie ma zbyt wielu możliwości taniego noclegu... właściwie w dolinach nie znalazłem takiego w ogóle! Ale za niecałą godzinę drogi leży schronisko Pod Muflonem, więc jest to nie najgorsza opcja. 

Mkniemy przez wyludnione piątkowe centrum Dusznik, zaczynamy się wspinać do góry. Gdy kończy się zabudowa postanawiamy skrócić sobie trasę wybierając ścieżkę przez las, zamiast szlak omijający górkę. Nie wychodzi nam to na plus - ścieżka po jakimś czasie niknie, a przedzieranie się przez kolejne krzaczory i wąwozy nie przynosi rezultatów, w dodatku pojawia się złowroga mgła. Mamy do wyboru wrócić do szlaku albo użyć GPS-a... pada na nowoczesność i dzięki niej znajdujemy w końcu właściwą drogę.

Pod Muflon docieramy przed 22-gą. Światło się świeci, w środku czekają dwaj panowie z obsługi. Kurde, spodziewałem się większej frekwencji, w końcu jest piątek wieczór, a obiekt uchodzi za imprezowy! Nic z tego, to nie sezon, a we Wszystkich Świętych zazwyczaj ludzie okupują cmentarze, a nie góry!

Kupujemy po dwa piwka warzone specjalnie dla schroniska (na wystawie są atrapy z wodą, gdyż oryginały ponoć regularnie "turyści" opróżniali) i ładujemy się do pokoju. Jest zimno! W łóżku, w korytarzu i w kiblu. Dla nas nikt nie rozpali pieca i nie zahajcuje :(

W sobotni poranek dalej piździ, ale wtedy już to nie przeszkadza. Przez okno widzę nawet lekkie przebłyski słońca, jednak po wyjściu na zewnątrz pojawiają się chmury, zgodnie z prognozami pogody.


Muflon leży w Górach Bystrzyckich, więc dzięki noclegowi zahaczyliśmy i o to pasmo ;) 

Sam obiekt jest ładny architektonicznie, obsługa miła, tylko ta zimnica. Trzeba pamiętać na drugi raz o cieplejszym śpiworze.


Nieśpiesznie schodzimy w dół dłuższym niebieskim szlakiem. Okolica jest bardzo kolorowa, nawet mimo braku słońca.


W centrum Dusznik-Zdroju trwa jakiś festyn propagujący oszczędne żarówki. Na rynku stoją  różne dmuchane namioty i parkuje masa aut, co nie dodaje mu uroku.


Na ścianie zauważam niemieckojęzyczną tablicę, która przetrwała zmiany granic, zapewne z powodu informacji o noclegu w tym miejscu króla Jana Kazimierza. A właściwie ex-króla, gdyż było to już po abdykacji.


Rozglądam się w mieście za jakimś lokalem, gdzie można by spocząć i spożyć śniadanie, chociażby w płynie. Niestety, nie ma nic, a jak jest, to pozamykane. Na pocieszenie spotykam przedstawicieli radzieckiej myśli motoryzacyjnej.


W okolicach dworca kolejowego zabudowa robi się mniej zadbana. Widać, że część domostw nie jest już zamieszkana, jednak ktoś je ozdabia kwiatami, firankami, różnymi figurkami itp..


Niebieski szlak prowadzi przez pewien odcinek drogą. Kiedyś już nią szedłem, w 2008 roku z Ecowarriorem wybraliśmy podobny kierunek podczas mojej pierwszej wizyty w Stołowych.

Początkowo próbowaliśmy teraz łapać stopa, ale szybko stwierdziliśmy, iż nie ma to sensu, gdyż odległość niewielka, idzie się przyjemnie, a w oddali pojawiają się słoneczne plamy.



Przy jednym z mijanych gospodarstw spotykam kolejny egzemplarz sprzed lat, choć w znacznie gorszym stanie: Wołga. Nie czarna, więc nie mogła porywać przechodniów.


W Łężycach (Friedersdorf) rośnie sobie pole barszczu Sosnkowskiego, na szczęście już uschnięte. Obok dawnego PGR-u skręcamy na pola, mijając kilka bloków wybudowanych dla pracowników. Te wszystkie samotne osiedla wśród przestrzeni zawsze wyglądają dla mnie surrealistycznie.


Kolejny odcinek jest dość przyjemny - raz idziemy lasem, raz skrajem polanek. Słońce coraz bardziej uparcie przebija się między chmurami i widać nie chce przyjąć do wiadomości, że meteorolodzy nie widzieli dla niego dziś miejsca.



W lesie robi się jeszcze bardziej uroczo...



Neska też cieszy się coraz bardziej, ale jeszcze nie wie co ją czeka ;)


W pewnym momencie szlak zaczyna się piąć bardzo ostro pod górę. Na zdjęciach tego nie widać, ale nachylanie wynosi około 30 stopni. W dodatku nie stąpamy po naturalnym podłożu, ale po dziwnej kamiennej konstrukcji przypominającej brukowany odpływ wody. Z boku w niektórych miejscach zachowały się resztki schodów.



Już wspinając się tu w 2008 roku zastanawialiśmy co to było... Okazało się, że to pochylnia służąca do transportu w dół kamiennych bloków piaskowca, wydobywanych ze znajdującego się na górze kamieniołomu o nazwie Morador.

Kamieniołom działał od połowy XIX wieku aż do lat 40. następnego stulecia, być może nawet krótko po wojnie. Przez dawne wyrobisko przebiega dziś szlak, więc to co turyści biorą za dzieła natury często jest efektem pracy człowieka. Najciekawsze są porzucone ociosane kamienne kolumny, którym nie było już dane zjechać w dół.


Na terenie dawnego kamieniołomu robimy sobie przerwę. Należy nam się po tym drapaniu pod górę.


Ponieważ za parę dni Haloween postanawiamy uczcić to straszne pogańskie święto tematycznym piwem :D


Kawałek od miejsca naszego popasu w skałę wmontowano łańcuch.


Jeszcze trochę pod górę i wygramalamy się na Skały Puchacza (Uhustein), kilkudziesięciometrowe urwisko. Jest na nim kilka punktów widokowych - w pierwszym witamy grupę młodzieżowo-dorosłą która podobnie jak my fotografuje pojawiające się widoki.



Oczywiście najlepiej widoczne są Góry Bystrzyckie, a w tle całkiem dobrze prezentuje się Masyw Śnieżnika.


Na lewo martwy las w ciepłych kolorach jesieni.


Osiem lat temu odbiliśmy w tym momencie z Eco na szlak zielony biegnący przez Białe Skały. Teraz wybraliśmy kontynuację niebieskim wzdłuż urwiska co było strzałem w dziesiątkę! Miejsc z przepaściami gdzie można nasycić swój wzrok jest tu więcej!


Wyróżniająca się góra pośrodku to chyba Orlica (Hohe Menze, Vrchmezí), najwyższy szczyt polskiej części Gór Olickich.


Hmm, w Orlickich z plecakiem chyba też jeszcze nie byłem... widać, ile w Sudetach czeka na mnie białych plam!

Na skałach spotykamy sympatycznego starszego faceta wraz z młodszą dwójką (chyba jego syn z małżonką). Mijał nas swoim autem za Dusznikami i chwalił, że są jeszcze turyści którym chce się tarabanić z plecakami :) Chwilę rozmawiamy ciesząc się z niespodziewanie ładnej pogody oraz z pustych szlaków, bo podobno przy jego niedawnej wizycie w tych rejonach to na parkingach leśnych nie dało się zaparkować, takie tłumy!

Na pewien czas szlak oddala się od urwisk, trochę krążymy po spękanych lasach.


Dość często pojawiają się niemieckie oznaczenia sektorów lasu - czasem słupki, czasem numery wykuto na skałach lub kamieniach.


Powrót na skały jest znów efektowny.



To odcinek pomiędzy Samotnika a Kopą Śmierci (Totenkopf).



Cały czas mamy pod sobą Łężyce z kościołem św. Marii Magdaleny.


W jednej ze skał zamurowano prosiaka i wystaje tylko ryjek :(!


Wszystko co dobre ma swój koniec i chmury zaczynają zakrywać słoneczko, jednak nadal jest pięknie. W okolicach Narożnika (Eckstein), najwyższego punktu dzisiejszego dnia (851 metrów), widać jak złote smugi przebijają się przez cień.


W dole nadal Łężyce i transformator, który z daleka wyglądał jak biała kapliczka.


To właśnie tu w 1997 roku zamordowano strzałami w głowę dwójkę studentów z Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Sprawców nadal nie odnaleziono i pewno nie odnajdzie się. Dziś najczęściej pojawia się opinia, iż mogli tego dokonać neonaziści, urządzający sobie wtedy w Stołowych "obozy".


Oczywiście jakiś inteligentny inaczej musiał uwiecznić się na tablicy pamiątkowej!

Skoro podejście na skały było tak ostre, to zastanawiamy się jak będzie wyglądało zejście... oczami wyobraźni widzę już jakieś zsuwanie się po błocie i śliskich korzeniach, ale na szczęście z tej strony było w miarę przyzwoicie i bez szkód dochodzimy do parkingów na Lisiej Przełęczy. Samochodów trochę stoi - głównie czeskie, zresztą większość mijanych turystów mówiła po czesku! Szok, w życiu nie widziałem tylu Czechów po tej stronie granicy!

Siadamy pod wiatką aby coś zjeść i przekąsić. Napisy na ścianach świadczą o tym, że bywa tutaj opozycja. Do tego zakochana.


Początkowo chciałem zahaczyć jeszcze o Fort Karola, ale robi się zimno i Inez zaczyna lekko marudzić ;) Idziemy więc spokojnie drogą asfaltową, aż dochodzimy do znanego mi już pomnika poległych, zgniecionego z jednej strony. Musiał chyba leżeć kiedyś w ziemi, a na górze znajdowała się jakaś figura, bo został po niej ślad.

Napisy na pomniku wzmocniono czarną farbą. Upamiętnia on mieszkańców (pracowników leśnych jak zaznaczono) miejscowości Passendorf (Pasterka), Carlsberg (Karłów), Friedersdorf (Łężyce) i Nauseney (Ostra Góra). Wybudowała go w 1926 gmina Carlsberg (dziś nie posiada takiego statusu w skutek wyludnienia) wraz z miejscowym nadleśnictwem.



Przy drodze stoją nowe szlakowskazy parku narodowego. Nie podobają mi się :| Zdecydowanie wolałem starą wersję, miały one swój klimat. Te są zupełnie bezpłciowe.


Łapiemy stopa i z pół kilometra podwozimy się do Karłowa pod zajazd. Kiedyś się tu stołowałem i zapamiętałem smaczne jedzenie. Teraz jest... jadalnie, ujmijmy to tak. Zamawiamy smażone sery, ale jeszcze nie zdarzyło mi się trafić w Polsce na tak smaczny jak w Czechach.

Pozostało nam jeszcze wejście na Szczeliniec Wielki (Große Heuscheuer, Velká Hejšovina) do schroniska. W tym celu musimy minąć kiczoland rozłożony przy głównej ścieżce.
Widzimy zamknięte lokale, zmarznięte Hiszpanki owinięte kocami, dynie i... Park Dinozaurów. Ratunku!


Wejście do skalnego labiryntu też daje po oczach, choć rozumiem, że dla niektórych same napisy nie wystarczą i trzeba to jeszcze narysować.


Półgodzinne drapanie się po schodach oraz kamieniach i w okolicach gdy na zegarku pojawia się 18-ta dochodzimy pod schronisko. Chcieliśmy spać na dole w Pasterce, ale dziś mają tam jakiś koncert i jest komplet, a na Szczelińcu, o dziwo, nie wszystko zapełnione. Ponieważ jednak nigdy tu nie nocowałem, to nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło ;)


O zachodzie słońca nie ma mowy, wieje silny wiatr, więc zdjęcia jarzących się w pode mną światełek Pasterki oraz nieco oddalonych czeskich miejscowości robię już sam, bo Neska zwiała do środka, gdzie ciepło.


Podsumowując pierwszy dzień: ciekawa trasa, ładne widoki, niezła pogoda, brak tłumów, paskudny Karłów. Super :)

9 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia. W samych Dusznikach byłem raz, w czasach studenckich, jednak nie miałem okazji ani czasu chodzić po tamtejszych górskich szlakach, a szkoda, bo pięknie tam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że Inez nie wzięła tej żarówki - świetnie by wyglądała z nią i tym wielkim plecakiem :D
    Na Szczelińcu też jeszcze nie spałam - jak wrażenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ogólnie to na plus. Jest drogo i do rezerwacji biorą zaliczkę (tego nie lubię). Ale w pokojach ciepło (nawet za), woda ciepła, z dachu nie kapie ;)

      Usuń
  3. Super. Brakowało mi relacji z jednego z topowych pasm moich ukochanych górek :) Dokładnie tę samą trasę (niebieski szlak) po raz pierwszy przeszedłem w czerwcu 2005r., a częściowo (od Urwiska Batorowskiego)jesienią 2011. Oczywiście był jeszcze wypad sprzed dwóch lat, ale wtedy zahaczyliśmy głównie o Błędne Skały,Radkowskie i Szczeliniec.
    W Stołowe mógłbym jeździć niemalże co roku, szczególnie właśnie jesienią. Piaskowcowe ostańce, baszty, labirynty i skalne wąwozy w otoczeniu "rdzewiejącej" przyrody, wywołują u mnie wrażenia trudne do opisania.
    Znów narobiłeś mi smaka, toteż z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do morderstwa na Narożniku, to warto zapoznać się z opinią i wspomnieniami Janusza Bartkiewicza, jednego ze śledczych zajmującego się wtedy tą szokującą sprawą:
      http://janusz-bartkiewicz.eu/index.php/kryminalia/naroznik-1997

      Usuń
    2. Stołowe mają potencjał, nie da się ukryć :) Choć niewapliwie dużo robi pogoda...

      Dzięki za linka, ta sprawa to jakiś horror (właściwie i mnie też mogło coś takiego spotkać, już miałem długie hery).

      Usuń
  4. Bardzo ładny i klimatyczny ten Muflon. Reszta Stołówki też piękna, choć byłam tam chyba... w antyku, meh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Własnie fajnie, że podczas odbudowy po pożarze nie postawiono tam jakiegoś socrealistyczne molocha ;)

      Usuń
  5. To nawet nie wiedziałem, że na Szczelińcu są noclegi?
    Muflon widać coraz bardziej podupada. Mam skale porównawczą z lat 80/90 i z ubiegłego roku ;) Nawet w Dusznikach ruch turystyczno-uzdrowiskowy jakby sporo mniejszy?

    OdpowiedzUsuń