czwartek, 20 października 2016

Węgierskie zakończenie: zasieki, prom i pomniki

Niebieskie tablice z gwiazdkami są coraz bliżej... ale wjazd do ziemi obiecanej przypomina bramę Konzentrationslager.



Podziękujmy pani Merkel, ale także władzom Serbii, które przepuszczały wszystkich migrantów jak leci i były jeszcze tak uprzejmie, że podwoziły ich autobusami pod same przejścia! Nie dziwię się zatem, iż Węgrzy w akcie desperacji część z punktów przekraczania granicy czasowo zamknęli.

A słynny płot leży w całości po węgierskiej stronie, więc nie rozwiązuje wszystkich problemów - złapany na nim "Syryjczyk z Aleppo" i tak może prosić o azyl, bo jest już na unijnej ziemi.


Przód samochodu stoi na Węgrzech, tył jeszcze w Serbii ;)


Przekroczenie granicy zajęło nam godzinę. To i tak sukces w porównaniu z Mołdawią, ale jednak trochę czasu poszło się walić.

Zastanawiam się którędy jechać teraz nad Balaton - wybieram opcję autostradową. Pod Segedynem kupuję winietkę (jadąc na południe poruszałem się bocznymi drogami, więc jej nie potrzebowałem).

Autostrada w kierunku stolicy początkowo jest pustawa. Im bliżej Budapesztu tym robi się ciaśniej, a na zjeździe na obwodnicę już standardowy korek! Sama obwodnica chyba nadal niedokończona miejscami, ruch bardzo duży.


W największą kupę wpadamy na M7 w kierunku węgierskiego morza - poruszamy się stylem: 200 metrów do przodu, postój na kilka minut. I tak przez kolejne kilometry. Sznur aut ogromny. Stwierdzam, że jestem idiotą - Węgrzy mają jutro święto, więc pewno pół kraju ciągnie nad Balaton, a ja postanowiłem zabrać się z nimi najbardziej popularną trasą!

Zdesperowany zjeżdżam na drogę równoległą, gdzie jedzie się znacznie sprawniej. Na autobanę wracam dopiero w okolicach Szekesfehervar, tam jest już luźniej. Do naszego stałego miejsca kończącego wyjazdy - Balatonföldvár - docieramy przed 20-tą. Robimy jeszcze zakupy, bo jutro wszystkie sklepy zamknięte. Ludzie wpadli w szał, kolejka jak za komuny po cukier, półki wyczyszczone.

Facet z kempingu mówi nam, iż niedawno przeszła nad okolicą mocna ulewa, a miedzy namiotami płynął strumień. Rozbijamy się więc nieco wyżej, aby czasem nie popłynąć. Na szczęście noc jest bezdeszczowa, a kolejny dzień słoneczny i ciepły. Możemy więc wykorzystać go na typowe lenistwo i kąpiele w Balatonie.


Na kempingu rosną kasztany jadalne. To stąd wzięła się jego nazwa (Dios) - od kasztana.


Niedaleko nas wybudowano wieżę widokową - dwa lata temu jeszcze jej nie było. Ta część miasteczka położona jest dość wysoko nad wodą i była raczej mijana przez turystów, a teraz wyraźnie się to zmieniło; do wieży ciągną tłumy.


Niestety spóźniam się kilka minut i słońce przykrywają chmury :(. Nie ma więc klasycznego zachodu słońca ale i tak jest ładnie.





Z okazji święta narodowego w centrum odbywa się festyn - grają zespoły rozmaite, można kupić jedzenie, napić się piwa (również rzemieślniczego). Wszystko to nad samym jeziorem.



Ehh, autodrom, wspomnienia z dzieciństwa i nie tylko :).


W niedzielę zgodnie z naszą kilkuletnią już tradycją pogoda siada. Jest wietrznie i zimno, mimo to uskuteczniamy poranną kąpiel w Balatonie. To też tradycja, że niezależnie od warunków trzeba się wykąpać na koniec.


Jeszcze w tak zimnych wodach się tu nie kąpałem! Po powrocie do domu musiałem to trochę odchorować ;)

Otwarta pozostaje kwestia jaką trasą wracać na Śląsk? Decyduję się na opcję najdroższą - skorzystać z promu. W Szántód znajduje się przystań promowa w najwęższym miejscu Balatonu. Do położonego po drugiej stronie Tihany pływałem już kilkukrotnie, ale zawsze na nogach.


Prom nie jest taki swojski jak w Serbii, Węgrzy też są bardziej zachłanni i kasują nie tylko za wóz ale i za każdego pasażera. Pakujemy się na pokład jako ostatnie auto.




Ruch jest tu spory, w ciągu około 8 minut (tyle zajmuje przeprawa) mijamy co najmniej trzy promy płynące z przeciwka.



Ziemi na horyzoncie nie widać - zatem stwierdzenie węgierskie morze nie jest bezpodstawne!


Przez Tihany na północnym brzegu przejeżdżamy bez zatrzymywania - tam turystów zatrzęsienie, a że już je kiedyś zwiedziliśmy to nie ma sensu płacić za parking. Miejscowość słynie m.in. ze sklepów z papryką, jeden z nich jest tak znany, że trafił na okładkę przewodnika.


Chcielibyśmy zrobić jakieś większe zakupy do domu... niedawno Orban zniósł obowiązujący przez rok zakaz handlu w niedzielę, więc wszystkie mijane sklepy są tak pełne kupujących, że nie można znaleźć wolnych miejsc parkingowych! Udaje nam się stanąć dopiero dalej od Balatonu, w Veszprém.

Pogoda psuje się coraz bardziej. Gdy zatrzymujemy się w Zirc czuć, że temperatura spada, a wiatr się wzmaga. Zebraliśmy się z kempingu w odpowiednim momencie.

Zirc słynie ze swojego opactwa cystersów założonego w XII wieku oraz jednego z najpiękniejszych w Węgrzech arboretum.


Obecne budynki są barokowe i klasycystyczne, starsze zostały zniszczone przez Turków.


Na tyłach można oglądać pozostałości po pierwotnym kościele...


...oraz zajrzeć do krypty, gdzie spoczywają mnisi.


Obok murów dziwne bloki, które przypominają przebudowane zabudowania folwarczne.


W dalszej drodze zatrzymujemy się tylko tam, gdzie coś ciekawego wpadnie mi w oczy (z Zirc w sumie było tak samo).

Klasztor benedyktyński Pannonhalma fotografuję z daleka - wpisany na listę UNESCO obiekt oglądaliśmy z bliska sześć lat temu.


Chmurzy się coraz bardziej.


Nyúl, wioska niedaleko Győr, postawiła na pomniki. Jest więc drewniany łączący powstanie węgierskie oraz przybycie Madziarów do Panonii.


Pomnik rozczłonkowania kraju w Trianon. Węgrzy chyba nigdy nie pozbędą się tej traumy.


Dwustronny poświęcony poległym - z I i II wojny światowej.



Drugowojenny bardziej przemawia do wyobraźni - prosto trójkami honvedzi szli na cmentarz.


Przy murze umieszczono jeszcze popiersie zafuczałego św. Stefana.


Na obrzeżach Győr (Raab) na łące wznosi się starszy pomnik z 1897 roku - w trzech językach upamiętnia poległych z obu stron w bitwie z 1809 roku, kiedy to wojska napoleońskie pokonały tu armię Habsburgów. Jej wynik przyczynił się do zwycięstwa Napoleona pod Wagram i w efekcie w całej wojnie.


I już kompletnie na koniec Mosonmagyaróvár (Wieselburg-Ungarisch Altenburg) niedaleko granicy ze Słowacją. Miejscowość nadaje się do dokładniejszego zwiedzenia, tym razem ograniczam się  tylko do zerknięcia w kierunku zamku, stojącego w miejscu dawnego rzymskiego obozu.


Obok pomnik Hungarii z 1938 roku z elementami upamiętniającymi poległych z 13 regimentu honvedów, którego główna siedziba mieściła się w Pozsony (Bratysławie).



Przez Słowacje przejazd bez historii. Pod dom przyjeżdżamy wieczorem, na liczniku 4167 kilometrów. Kolejna wakacyjna przygoda została zakończona.

4 komentarze:

  1. Piękna ta przygoda! Parę ładnych razy byłam na Węgrzech ale zawsze trzymałam się z daleka od Balatonu. Może kiedyś i niego przyjdzie pora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Balaton na pewno nie jest najspokojniejszym miejscem na Węgrzech, ale można tam znaleźć mniej zadeptane miejsca, zwłaszcza pod koniec wakacji - po 20 sierpnia zazwyczaj jest już pustawo, bo wyjechali Niemcy, a i Węgrów znacznie mniej :)

      Usuń
    2. No właśnie "dzikie tłumy dzikich turystów" są dla mnie czynnikiem odstraszającym. Może kiedyś, po 20 sierpnia tam zajrzymy :-)

      Usuń
  2. W Mosonmagyaróvár byłem w tym roku i mam nawet takie samo ujęcie zamku. A z tą zachłannością Węgrów to nic nowego. 6 lat temu płynąc promem przez Dunaj płaciłem 400 forintów za siebie i 400 za rower ;)

    OdpowiedzUsuń