czwartek, 28 kwietnia 2016

Bieszczady na półdziko: połoniny wokół Tarnicy

Trzeciego dnia w Bieszczadach czas na deser - połoniny! Na Caryńskiej i Wetlińskiej już byłem (na tej pierwszej nawet we mgle), więc mamy zamiar złoić te, na których trzeba dać coś od siebie.

Zostajemy podwiezieni z Ustrzyk do Wołosatego (Волосате, 1977-81 Roztoka). Jest tam trochę osób, ale wszyscy kierują się na niebieską, najkrótszą ceprostradę. Budka z biletami do parku narodowego działa pełną parą (uruchomiono ją właśnie w ten weekend), za to ta przy pustej drodze na południe - zamknięta...

Mamy pierwsze widoki na Tarnicę.


Znowu cudownie cicho i spokojnie :).


Droga w kierunku przełęczy Beskid, gdzie za pół kilometra zaczyna się Ukraina, jest zamknięta, a Główny Szlak Beskidzki prowadzi w lewo, wzdłuż potoku Wołosatki. Do 1947 roku także tutaj stały domostwa Wołosatego; to była duża wieś, licząca na początku ubiegłego wieku ponad 1000 mieszkańców.


Droga jest utwardzona, widać resztki bruku i asfaltu, a także stare pordzewiałe znaki. Ciekawe kto z niej korzystał, skoro kończy się potem przy granicy?


W pierwszej wiacie robimy krótki postój. Wiata jest z tych, w której kategorycznie zakazane jest przebywanie po zmroku. Zresztą to nawet nie wiata, a deszczochron, żeby ktoś sobie czegoś nie pomyślał ;).


Niedaleko bulgocze fajne bagienko.


Szlak powoli pnie się do góry, kręci, i nagle trafiamy na toaletę ekologiczną. Niezbyt tutaj pasuje, ale dobrze, że nie trzeba zasyfiać krzaków :).


Jesteśmy na przełęczy Bukowskiej. Widać słupki graniczne - to mój pierwszy kontakt z granicą polsko-ukraińską.


Nie licząc widoków z nad Chatki Puchatka z listopada to jest to też pierwszy obrazek ukraińskiej, a nawet zakarpackiej ziemi ;).


W ogóle mam wrażenie, że przed wojną granica z ówczesną Czechosłowacją biegłą w tym miejscu trochę inaczej - podchodziła aż pod Rozsypaniec, a ten teren należał do CSR. Przynajmniej wynika tak ze starych map. Czyżby podczas jakiejś wymiany skrócono jej przebieg?


I faktycznie tak było - kiedyś granica galicyjsko-węgierska wciskała się na stoki Rozsypańca, a droga do przełęczy Bukowskiej biegła kilkaset metrów przez sąsiednie państwo. Nie zmieniono tego w okresie międzywojennym i dopiero po 1945 przy wytyczaniu dokładnej granicy z ZSRR ustalono dzisiejszy kształt.

We wiacie numer dwa robimy dłuższy postój. Przy okazji suszę koszulkę, która stała się całkiem mokra. Na bardzo silnym wietrze, który pojawił się jakiś czas temu, to nie problem. Pierwsi spotkani turyści robią nam zdjęcie, gdy jesteśmy już zapakowani do wyjścia na połoninę :D.


- Chyba nas nie zwieje? - pyta się nas starszy facet. Fakt, nie zwiało nas, ale tylko dlatego, że nie ma tam przepaści. Gdyby to były Taterki albo inne paskudztwo z ekspozycjami, tego dnia na połoninach byłoby sporo trupów, bo takiego wiatru jeszcze w górach nie przeżyłem.

Póki co to na razie mamy widoki na ukraińską stronę z Kińczykiem Bukowskim, Pikujem (najwyższy szczyt całych Bieszczadów) i Ostrą Horą.


Na Połoninie Równej jeszcze sporo śniegu.


Pas drogi granicznej.


Trochę wyżej panorama w drugą stronę - na razie Tarnica i Krzemień.


Na Rozsypańcu nawet się nie zatrzymaliśmy. Na Haliczu również. W tym wietrze było to w zasadzie niemożliwe. Wichura zerwała mi czapkę, którą udało mi się złapać po kilku metrach. Kilka razy oberwałem jakimś paskiem, mapnikiem (Eco przezornie swój schował), raz prawie wybił mi oko, wielokrotnie tak się zapętlił, że zaczął dusić. Andrzej niósł plecak, więc nim pomiatało jeszcze mocniej.


Wyłania się Kopa Bukowska i Bukowe Berdo. Mogę się zgodzić z tymi, którzy uznają tą połoninę za najładniejszą.


Nie jest już tak dziko, jak w poprzednie dni - spotykamy turystów, w sumie może ze dwadzieścia osób.


Za Haliczem dmie tak silnie, że czasem ludzi przewraca. Albo wiatr tak wlatuje w człowieka, że nie idzie oddychać!


Może lepiej pokaże to ten filmik :).


Wzdłuż szlaku jest ścieżka edukacyjna, ale nienachalna - w postaci małych tabliczek. Można się dowiedzieć różnych rzeczy o faunie. W jednym miejscu widać zarośnięte okopy - prawdopodobnie z okresu Wielkiej Wojny, jednak specjaliści nie są stuprocentowo zgodni, bowiem w 1944 roku też tutaj kopano (głównie Węgrzy na linii Arpada).


Mijamy Kopę Bukowską...


...przełęcz Goprowska już blisko.


A Halicz i Rozsypanie za nami.


Ciekawe smugi na niebie.


Na niebie pojawiło się więcej chmur, które nadciągnęły z Ukrainy, ale na szczęście pogoda nie siadła, wiatr je dość szybko przeganiał.


Przełęcz Goprowska do 2009 roku nosiła nazwę Rowiń Jackowa. Ale żeby z powodu letniego namiotu ratowników od razu zmieniać nazwę? Dobrze, że to nie jest tak popularne, bo połowa Beskidów nazywałaby się Janowopawłowo, Papieżówka czy Krzyżowo...


Siadamy przed wiatą numer trzy, gdzie wieje trochę mniej. Dostajemy cynk od koleżanki, która ruszyła bezpośrednio z Ustrzyk Górnych, że załapała się na imprezę pod Tarnicą. My nie jesteśmy aż tak gorszego sortu, więc degustujemy swojską wiśniówkę (którą na początku wzięliśmy za malinówkę :D).


Podejście pod kolejną przełęcz jest ostre, na szczęście dość krótkie. Na deser widoki na Krzemień.


Zostawiamy plecak na przełęczy pod Tarnicą i na lekko idziemy na najwyższy szczyt polskich Bieszczad. Zajmuje nam to 6 minut, tymczasem na drogowskazie pisze 15...


U góry kilka osób pozujących do fotek przy krzyżu. My demonstracyjnie uwieczniamy się na tle innych charakterystycznych punktów Tarnicy ;).


Widoki na Ukrainę. Ciekawi mnie ten kopulasty szczyt z przodu - to chyba Pilska?


Szeroki Wierch, Wetlińska, Caryńska i inne górki.


I znów przełęcz Goprowska.


Trochę zniesmaczyły mnie te tłumy na przełęczy pod Tarnicą.


Wszyscy wybierają niebieski szlak do zejścia, my obieramy marszrutę na Szeroki Wierch. Za nami idzie tylko jeden turysta, który i tak nas drażni, bo przez niego nie możemy być na połoninie sami :P.


Niespodziewanie przestaje wiać, więc siadamy w trawie i przez kilkadziesiąt minut opalamy się z widokami na Bukowe Berdo.


Gdy wracamy do wędrówki za nami nikogo już nie ma :).


Z przeciwka mijamy jeszcze jakiś pojedynczych turystów, ale wszystkiego nie więcej niż 7-8 osób.


Ostatnie fragmenty połoniny, zaraz zacznie się las.


W lesie czwarta tego dnia wiata (pardon, deszczochron), rzecz jasna dostępna tylko od świtu do nocy. Debilizmy made in Poland nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.


Lasem idzie się dość szybko, bo i podziwiać nie ma co. Dopiero w niższej części, przy potoku Terebowiec, jest trochę bagienek i innych podmokłych terenów.


Do Ustrzyków Górnych dochodzimy około 18-tej... W niedzielny wieczór wieś sprawia wrażenie wymarłej, podobnie zresztą jak dzień wcześniej.


Zaglądamy do Kremenarosu na piwo i symboliczne pożegnanie z Bieszczadami.


Mają tu różne mądre sentencje...


Wyjazd był z gatunku tych idealnych. Świetnie trafiliśmy z pogodą - pomijając pierwszy dzień do południa prawie cały czas mieliśmy słońce. W poniedziałek rano, kiedy wyjeżdżaliśmy, nadciągnęły chmury, zakryły szczyty i zaczęło siąpić. Dzień przed przyjazdem w Biesy z kolei lało bardzo mocno.

Dopisało towarzystwo. A jednocześnie na szlakach było pustawo lub wręcz bezludnie! Zrealizowaliśmy wszystkie zaplanowane trasy!

Pozostaje napisać - ja tu jeszcze wrócę! Kiedy? Nie wiem. Zapewne już nie w tym roku, ale kto to wie ;).

3 komentarze:

  1. Epicka wędrówka część trzecia jest już na Twitterze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nooo...widzę że dęło niczym w Karkonoszach. Momentami nie szło ustać :)
    Fajna i bardzo widokowa trasa. Przedstawiłeś sporo interesujących miejsc i ciekawych tras. Widać że Bieszczady mają swój koloryt i potencjał. Chyba kiedyś też będę musiał się tam wybrać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie Bieszczady są jedynymi z najładniejszych pasm beskidzkich - zwłaszcza część połoninowa. Wystarczy tylko odpowiednio dobrać termin, żeby nie utonąć wśród innych ludzi ;)

      Usuń