środa, 28 grudnia 2016

Lysá Hora (Gigula) w chmurach i ślizgawicy

O ile większą część roku nie udało nam się z tatą wybrać wspólnie w góry, to pod koniec nieco to nadrobiliśmy 😉. W październiku Bílý Kříž, w listopadzie Filipka z Wielkim Stożkiem, więc gdzie w grudniu? Wymyśliłem Lysą Horę, bo tam ojciec jeszcze nie był.

Niestety, tym razem nie trafiliśmy z pogodą. Dwa wcześniejsze dni była idealna pogoda z czystym niebem, w wigilię widziałem na kamerkach piękny poranek, natomiast 23 grudnia słońce zakryły chmury, jest szaro i buro!


Parkujemy na dzikim parkingu za wioską Malenovice (Malenowitz). Termin w końcówce grudnia to już nasza tradycja, choć zwykle po świętach, a nie przed. Liczyliśmy, że w wigilię wigilii będzie pusto, a tam już stoi z dziesięć samochodów!

Śliską drogą dreptamy do szpetnego hotelu Petr Bezruč. Tam kolejne kilkadziesiąt aut! Zdecydowanie Czesi też lubią koniec roku w górach.


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Filipka i Wielki Stożek czyli Beskid Śląski od drugiej strony

Druga tegoroczna wycieczka z tatą nastąpiła w listopadzie. Tym razem dla odmiany wybraliśmy czeski Beskid Śląski.

Parkujemy pod sklepem w Hrádku (Gródek, Grudek), niedaleko przystanku kolejowego. Zaczyna się tu zielony szlak, początkowo biegnący pod górę asfaltową drogą.


Już stąd doskonale widać rozciągające się za nami góry Beskidu Śląsko-Morawskiego z wyróżniającym się szczytem Ostrý. W górnych partiach jest trochę białego.

czwartek, 22 grudnia 2016

Bílý Kříž - między dwoma Sulovami

Na początku października postanowiłem w końcu wyskoczyć z tatą w góry - jakoś przez wszystkie poprzednie miesiące tego roku nie umieliśmy się razem zebrać.

Tradycyjnie padło na Republikę Czeską - często przez nas odwiedzany Beskid Śląsko-Morawski. Prognozy wskazywały na niezłą pogodę, co w październiku wcale nie było normą.

Samochodem docieramy do osady Visalaje, administracyjnie części Krásnej. Na płatnym parkingu znajdującym się w końcu doliny sporo samochodów, jakieś autokary - słowem, pusto nie ma. Dominują wycieczki rodzinne, grupowe, z dziećmi, rodzice targają ze sobą różne zabawki i pojazdy.


Tłum jednak urywa się już po kilkuset metrach, gdzie na skrzyżowaniu Ježánky wszyscy cisną szlakiem w górę. A my, dla odmiany, w dół 😉.

wtorek, 20 grudnia 2016

Ołomuniec. Jarmark bożonarodzeniowy z cesarzem w tle.

Ołomuniec (Olomouc, Olmütz). Historyczna stolica Moraw. Najbardziej niedoceniane miasto Czech - jak przeczytałem na którymś z czeskich portali turystycznych. Coś chyba jest w tym tekście, bo mimo iż znajduje się tutaj trzecie w kraju nagromadzenie zabytków to jednak ma się wrażenie, iż turyści jakoś Ołomuniec omijają... No, może poza okresem jarmarkowym.

Tradycyjnie w grudniu uderzam na południe aby przez weekend skosztować grzańca, ponczu, zjeść coś smacznego ze straganów, posłuchać koncertów z tłumem Czechów i Morawian. Tym razem padło na Eburum, jak po łacinie nazywa się stolica kraju ołomunieckiego. Nie jest to oczywiście moja pierwsza wizyta w tym miejscu, ale debiut na tutejszym jarmarku.

Od czego by tu zacząć? Może od twierdzy. Dzieje Ołomuńca przez ponad dwa stulecia zdominowane zostały przez potrzeby wojskowe. Rzecz jasna miasto otoczone murami było już w średniowieczu, lecz dopiero w XVII po okupacji szwedzkiej wzniesiono cały kompleks obronny według systemu Vaubana (podobnie jak siedmiogrodzka Alba Iulia). Wojna prusko-austriacka w 1866 roku pokazała dobitnie, iż takie konstrukcje nie spełniają swej roli i dwadzieścia lat później twierdza została oficjalnie zniesiona, a sporą część rozebrano. Do naszych czasów przetrwało jednak znacznie więcej, niż np. w Hradcu Kralove.

Większość fortecznych pozostałości znajduje się na obrzeżach miasta. My w drodze z miejsca noclegowego do centrum mijamy tzw. Salzerovą redutę - fort na niewielkiej wyspie otoczonej rzeką Morawą, którego zadaniem była obrona śluz; w razie zagrożenia można je było otworzyć i zalać przedpole.


Fort, jak większość, jest w rękach prywatnych i nie można do niego wejść. Nad drzwiami napis upamiętniający cesarza Ferdynanda i datę budowy - 1835 rok.


czwartek, 15 grudnia 2016

Pochmurne Moravy nad Bečvą

Grudzień, zatem czas na jarmarkowe włóczenie się po Republice Czeskiej. W tym roku jako główne danie podano Morawy.

Zanim tam jednak dotrzemy nie byłbym sobą, gdybym nie stanął gdzieś po drodze. Ten pomnik widziałem już wielokrotnie przejeżdżając przez Holasovice (Kreuzendorf) koło Opavy. Ozdobiony herbami ziem Czechosłowacji (być może dodanymi podczas renowacji) upamiętnia reformę rolną z lat 20. XX wieku. Wystawił go "wdzięczny lud czeski".


Kluczowe jest tu słowo "czeski", bowiem ta miejscowość nawet wówczas zamieszkała była w większości przez Czechów, a konfiskata ziem na rzecz "nierolnych" dotknęła głównie szlachtę niemiecką (choć nie tylko).

Na głównych drogach mijam częste roboty drogowe, na bocznych spokój i cisza. Zima, którą jeszcze tydzień temu widziałem w Beskidzie Śląskim, jest całkowicie nieobecna.


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Baśniowa zimowa Barania Góra po ciężkiej nocy

Sobotnia próba zdobycia Baraniej Góry nie udała się z powodu warunków, czyli ataku zimy. Na szczęście na niedzielę zapowiadano okno pogodowe. Jego przebłyski widać już w sobotnie popołudnie, kiedy na horyzoncie trochę się przejaśnia.


A w schronisku na Przysłopie dziś znacznie tłoczniej. Przede wszystkim zjawiają się harcerze! Nie standardowe ZHP, nie ZHR, tylko Zawiszacy - Skauci Europy. Jeszcze bardziej religijni niż ci z ZHR (co wydawało mi się kiedyś niemożliwe). Grupa piętnastu facetów w wieku zazwyczaj 40+.  Ot, panowie już nie najmłodsi, którzy latają po lesie w mundurkach i krótkich galotkach z jakimś proporcem.

Panowie nie spożywają alkoholu, więc kursują po wrzątek z częstotliwością wizyt w toalecie podczas grypy żołądkowej. To chyba rekord schroniska jeśli chodzi o ilość wydanego wrzątku na grupę ;) Może do tych herbatek coś dodają ekstra? :D

Większa część panów harcerzy posiada też ogony. Tylko tak mogę wyjaśnić dlaczego niemal nikt z nich nie zamykał za sobą drzwi! Siedzieli sobie z tyłu sali, a na nas ciągle dmuchał zimny wiatr. Zdesperowani wywiesiliśmy odpowiednie kartki na drzwiach, do których tekst przygotowała Inez.


Trochę pomogło, ale nie na wszystkich. Najwyraźniej umiejętność modlitwy jest ważniejsza u Zawiszaków niż zdolności czytania ze zrozumieniem, bo kilku nadal z uporem maniaka łaziło jakby zamykanie drzwi było czymś niestosownym...

środa, 7 grudnia 2016

Barania Góra na nas już czeka... Zima też.

Nie jestem fanem polskiego Beskidu Śląskiego. Uważam go za zbyt zabudowany, tłoczny i stosunkowo nudny. Ostatnie w nim wizyty następowały zazwyczaj od czeskiej strony. Tym razem jednak wybór miejsca okazał się trafny - schronisko Przysłop pod Baranią Górą. Jedne ze najszpetniejszych w Beskidach, blokowaty klocek bez klimatu z kiepską obsługą - tak było do niedawna. Od końca 2015 roku to się zmienia - z zewnątrz niewiele można zrobić, ale nowi dzierżawcy intensywnie remontują je w środku, zrobiło się bardziej klimatycznie i przytulnie. No i od maja pracuje tam nasza koleżanka ;)

Z racji iż pogoda znów zaskoczyła i kierowców i drogowców w piątek do Wisły docieramy z różnych stron. Mi przypadł zatłoczony, śmierdzący, zimny busik z Katowic. Poleciłbym go mojemu znajomemu, zadeklarowanemu korwiniście, który wielokrotnie sugerował, że wszelki transport powszechny dotowany z budżetu należałoby zlikwidować, a pozostawić tylko prywatną inicjatywę. Życzę mu samych takich sympatycznych podróży ;)

Neska dociera na dworzec wiślański z Krakowa chwilę po mnie. Zastanawiamy czy jechać do Czarnego czy na Kubalonkę, ale w końcu wybieramy przełęcz. A tam pełnia zimy! :D


Obawiałem się trochę warunków - kumpela ze schroniska już mi pisała, że śniegu jest pół metra i ciągle pada. Do tego ostro wiało. Zaplanowałem więc możliwe najbezpieczniejszą trasę z największymi szansami na przetarte szlaki.

środa, 23 listopada 2016

Wielka Fatra. Przegraliśmy.

Wyjazd na Wielką Fatrę miał być dokończeniem trasy sprzed pięciu lat, kiedy to pogoda uniemożliwiła nam kontynuowanie wędrówki granią przez Ostredok i inne okoliczne wysokie szczyty. Myśleliśmy nad tym i myśleliśmy, w końcu postanowiliśmy dokonać tego w długi weekend listopadowy. W tym celu wyjechaliśmy już w środę po południu, bacznie obserwując prognozy pogody, które z całkiem przyzwoitych zaczęły się zmieniać na gorsze...

Od samego początku prześladowało nas jednak licho*. Przed samym wyjściem w kierunku transportu miejskiego zdałem sobie sprawę, że... nie mam karimaty! W listopadzie to jednak poważny problem... Próby jej nabycia podczas szybkich wizyt w sklepach sportowo-turystycznych nie dały rezultatu - najwyraźniej nie jest to już produkt wymagany przez turystów...

Dla odmiany przez chwilę szczęście się uśmiechnęło w Katowicach, gdzie przesiedliśmy się z Eco na wcześniejszy pociąg w kierunku granicy. Lubię te połączenia, zazwyczaj w okolicach Bielska-Białej dosiada się ekipa wracająca z pracy i odpoczywająca przed powrotem do domu przy różnych trunkach i opowieściach ;) Niektórych znamy już z widzenia :D Tym razem trafił się zwolennik PiS-u w wymianie zdań z jakimś góralem. PiSowiec z każdą minutą robił się bardziej czerwony, nerwowy, podnosił głos, a jego rozmówca reagował na wszystko spokojnymi zdaniami albo lekceważącym uśmiechem, co jeszcze bardziej irytowało jego przeciwnika ;)

W Zwardoniu byliśmy na tyle wcześnie, że przeszliśmy na słowacką stronę do znanej już nam restauracji. A tam klops - jedzenia nie ma! Ilekroć do nich witałem to zawsze było... marzenia o czosnkowej rozpuściły się nad kuflem piwa i kieliszkiem borovicki.

Dojeżdżają do nas Turystykon z Aldoną. Przywożą mi karimatę - nie zamarznę ;) Razem z nimi kursujemy autem po okolicy szukając jakiś innych otwartych lokali, lecz dziś niemal wszystko zamknięte albo widząc nas obsługa stwierdza, że już zamykają... pustynia jakaś czy co?

W końcu późnym wieczorem zaczynamy się z Eco wspólnie gramolić w kierunku trójstyku, który przetestowaliśmy jako miejsce na dobry nocleg podczas weekendu majowego. A licho nie odpuszcza... w miejscu budowy autostrady, na prostym i niezbyt śliskim odcinku, potykam się o kamol i wyglebiam się jak długi. Poharatana gęba i kolano, dobrze, że z aparatem nic nie jest :(

Na trójstyku jesteśmy przed północą. Trochę się tu pozmieniało - mostek na słowacką stronę niby groził zawaleniem i go rozebrano. Odbudowa jest na razie w fazie gadania urzędasów i wizji, a planowane jego ponowne postawienie to... jesień 2017! Kurka, to musi być strasznie skomplikowana konstrukcja!

Jak wiadomo po polskiej stronie nie ma niczego poza kostką Bauma... no prawie - jest też duża tablica unijna oraz świeży słupek graniczny widoczny z daleka - ot, prawdziwie turystyczna inwestycja! Po czeskiej stronie stoi wiata, ale po słowackiej dwie, w dodatku jest tam las, więc to jest nasz cel. Można się na nią dostać przez wyschnięte koryto strumienia, w którym zresztą leży właściwy trójstyk. Zejście w dół jest dość strome i śliskie - nam się udało mimo plecaków, ale rodziców z dziećmi nie bardzo widzę...

Rozstawiamy namiot i idziemy szukać drewna. Trochę nam to zajmuje, więc ognisko zaczyna płonąć już po północy, w czwartek. W powietrzu kilkustopniowy mróz, lecz przy ogniu jest bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że serwujemy sobie pieczone  pierogi :)


sobota, 19 listopada 2016

Góry Stołowe są zawsze zdrowe! (cz. III: Božanovský Špičák - Koruna - huśtawka)

Trzeciego dnia w Górach Stołowych budzi nas lekka mgiełka, która chyba występuje dość często w Pasterce. Wygląda to bardzo klimatycznie!


Nasi współlokatorzy (ojciec z synem) pakują się i wracają do swojego samochodu zostawionego gdzieś daleko i jadą do domu. My nie musimy dokonać rytualnej wizyty na cmentarzu akurat w ten jeden konkretny dzień i możemy zostać dłużej :) Jeszcze na odchodnym zarażam turystę-ojca wizją wizyty w Ardspacko-Teplickich skałach ;)

Poranna jajecznica (uwielbiam jajecznice w górach!), ponownie jak wczoraj wrzucenie do plecaka najpotrzebniejszych klamotów i wychodzimy. Na górce widać słynny pomniczek "serca zostawionego w Pasterce". Może jakiś kardiolog?


W sumie się autorowi nie dziwię - naprawdę ta okolica ma swój czar i chce się do niej wracać, co w przypadku większości polskich schronisk wcale nie jest normą.

wtorek, 15 listopada 2016

Góry Stołowe są zawsze zdrowe! (cz. II: Szczeliniec - Pasterka - Błędne Skały - Machovska Lhota)

Nocleg na Szczelińcu był wyjątkowo ciepły, ba - wręcz upalny, bo w pokoju oprócz kaloryferów warczał elektryczny grzejnik. W efekcie temperatura oscylowała w okolicach sauny co niezbyt pomaga w spokojnym śnie.

Rano siedząc w jadalni ujrzałem przez okno, że na dworze pojawia się trochę słońca. Pobiegłem szybko po aparat i w laćkach wyskoczyłem na dwór, budząc małą sensację u dwójki turystów ;). Ale trochę promieni jeszcze złapałem.




Widać, że nad Broumovskimi stěnami przewalają się chmurki, których błyskawicznie przybywało i przybywało, więc już po kilku minutach zrobiło się szaro.

środa, 9 listopada 2016

Góry Stołowe są zawsze zdrowe! (cz. I: Duszniki - Karłów - Szczeliniec)

Sudety były w planach od dawna, bo w tym roku byłem w nich tylko raz. Zastanawiałem się nad Górami Sowimi, potem myślałem o Suchych z dotarciem do Stołowych, aż w końcu stanęło na dokładniejszej penetracji samych Gór Stołowych.

Już na samym początku plany lekko torpeduje spóźniony IC, przez co ucieka nam pociąg osobowy. Musimy jechać następnym, a to oznacza, że na szlaku będziemy dopiero o 20.30. Wysyłam smsa do schroniska, iż zawitamy prawie w nocy.

Wysiadamy w Dusznikach-Zdroju. W tych rejonach nie ma zbyt wielu możliwości taniego noclegu... właściwie w dolinach nie znalazłem takiego w ogóle! Ale za niecałą godzinę drogi leży schronisko Pod Muflonem, więc jest to nie najgorsza opcja. 

Mkniemy przez wyludnione piątkowe centrum Dusznik, zaczynamy się wspinać do góry. Gdy kończy się zabudowa postanawiamy skrócić sobie trasę wybierając ścieżkę przez las, zamiast szlak omijający górkę. Nie wychodzi nam to na plus - ścieżka po jakimś czasie niknie, a przedzieranie się przez kolejne krzaczory i wąwozy nie przynosi rezultatów, w dodatku pojawia się złowroga mgła. Mamy do wyboru wrócić do szlaku albo użyć GPS-a... pada na nowoczesność i dzięki niej znajdujemy w końcu właściwą drogę.

Pod Muflon docieramy przed 22-gą. Światło się świeci, w środku czekają dwaj panowie z obsługi. Kurde, spodziewałem się większej frekwencji, w końcu jest piątek wieczór, a obiekt uchodzi za imprezowy! Nic z tego, to nie sezon, a we Wszystkich Świętych zazwyczaj ludzie okupują cmentarze, a nie góry!

Kupujemy po dwa piwka warzone specjalnie dla schroniska (na wystawie są atrapy z wodą, gdyż oryginały ponoć regularnie "turyści" opróżniali) i ładujemy się do pokoju. Jest zimno! W łóżku, w korytarzu i w kiblu. Dla nas nikt nie rozpali pieca i nie zahajcuje :(

W sobotni poranek dalej piździ, ale wtedy już to nie przeszkadza. Przez okno widzę nawet lekkie przebłyski słońca, jednak po wyjściu na zewnątrz pojawiają się chmury, zgodnie z prognozami pogody.


Muflon leży w Górach Bystrzyckich, więc dzięki noclegowi zahaczyliśmy i o to pasmo ;) 

Sam obiekt jest ładny architektonicznie, obsługa miła, tylko ta zimnica. Trzeba pamiętać na drugi raz o cieplejszym śpiworze.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Z Wołoszczyzny powrót na Śląsk... Tylko co tu robią Turcy?

Jednym z większym miast Morawskiej Wołoszczyzny jest Valašské Meziříčí (Wallachisch Meseritsch). Tam na ścianie jednego z domów wymalowano mapę regionu zasiedlonego kiedyś przez Wołochów.


Miejscowy rynek jest dość duży i, w przeciwieństwie do Rožnova, otacza go prawie sama stara zabudowa. Z racji południa i dość smętnej pogody ludzi na ulicach prawie jednak nie widać.


Współczesne miasto powstało z połączenia dwóch osobnych - tym drugim było Krásno nad Bečvou (Krasna, 1939–1945 Schönstadt) i ten podział nadal widać - m.in. są tu dwa duże pałace należące kiedyś do różnych rodów. 

czwartek, 3 listopada 2016

Rožnov pod Radhoštěm - wołoski skansen

Rožnov pod Radhoštěm (Rosenau) to kilkunastotysięczne miasteczko w kraju zlińskim, otoczone górami.

Rynek bez szału - duży plac otoczony przeważnie współczesną zabudową i z pomnikiem T. Masaryka na środku.


Na ławeczce dwóch podpitych degustuje rum i zapija wodą. Wszystko to niedaleko policjanta miejskiego, który rozmawia z jakąś kobietą. A mógł zabić!

W niewielkim centrum stoi kilka obiektów zabytkowych, m.in. dom w którym krótko mieszkał u przyjaciela František Palacký, propagator austroslawizmu ("Gdyby Austria nie istniała należałoby ją wymyślić").
To ten budynek po prawej.


W parku znajdują się drewniane altany, zajmowane dziś przez różne sklepy.


środa, 26 października 2016

Do Wołochów przez Śląsk, schrony i uszy

Pod koniec września ruszyliśmy do Wołochów, a konkretnie na Morawską Wołoszczyznę (Valašsko). Sam region ze swoją kulturą jest ciekawy, ale równie ciekawa jest jak zawsze droga do niego.

Pierwszy postój na czeskim Śląsku wypada nad Městem Albrechtice (Stadt Olbersdorf). Tam krótki spacer łąkami z widokiem na miejscowość.


Na wzgórzu stoi przedziwna podwójna wieża widokowa Hraniční vrch.


Kiedyś były to nadajniki telefoniczne (wybudowane jeszcze w latach 80-tych), kupione za symboliczną sumę przez miasto i przebudowane do dzisiejszej formy, a otwarte dla turystów w 2011. Wydawało mi się, iż to młodsza konstrukcja!

czwartek, 20 października 2016

Węgierskie zakończenie: zasieki, prom i pomniki

Niebieskie tablice z gwiazdkami są coraz bliżej... ale wjazd do ziemi obiecanej przypomina bramę Konzentrationslager.



Podziękujmy pani Merkel, ale także władzom Serbii, które przepuszczały wszystkich migrantów jak leci i były jeszcze tak uprzejmie, że podwoziły ich autobusami pod same przejścia! Nie dziwię się zatem, iż Węgrzy w akcie desperacji część z punktów przekraczania granicy czasowo zamknęli.

A słynny płot leży w całości po węgierskiej stronie, więc nie rozwiązuje wszystkich problemów - złapany na nim "Syryjczyk z Aleppo" i tak może prosić o azyl, bo jest już na unijnej ziemi.


niedziela, 16 października 2016

Multi-kulti w Wojwodinie

Wojwodinę uważam za najciekawszy region kulturowy Serbii - żyje w niej aż dziewiętnaście narodowości liczących co najmniej tysiąc osób. Tworzy to prawdziwy tygiel, na szczęście dość mało wybuchowy. 

O ile dwujęzyczne tablice są dość powszechne, to już z większa ilością języków występują rzadziej. Bela Crkva (Бела Црква) ma też wersję rumuńską. Widać tu działalność jakiś miejscowych genetycznych patriotów.


Nazwa rumuńska nie dziwi, bowiem miasto znajduje się w "cyplu" - Serbia wbija się tu w terytorium rumuńskie, a kilkuset Rumunów mieszka (w jednej z pobliskich wsi stanowią nawet większość). Największą mniejszością (kilka procent) są Romowie, a obok nich Czesi. Sto lat temu połowa mieszkańców mówiła po niemiecku (Weißkirchen), ale tych wypędzono po 1945 do Rzeszy.

Turystów (w zdecydowanej większości serbskich) do miasta przyciągają Belocrkvanska jezera (Белоцркванска језера) - jest ich w sumie sześć. Otaczają je różne ośrodki, knajpy i bardziej dzikie okolice. Rozbijamy się na kempingu położonym najdalej od centrum i najspokojniejszym.


środa, 12 października 2016

Nad pięknym żelaznym Dunajem

Dunaj widziałem już wielokrotnie i w różnych krajach, ale zawsze powoduje u mnie pewnego rodzaju wzruszenie. Tak samo było i tym razem w Orșovej.


To ostatnie miasto w rumuńskim Banacie, dalej na wschód zaczyna się Oltenia. Lecz tam już nie pojedziemy, nasz wzrok kieruje się na południe ku Serbii.


W tym odcinku będzie dużo zdjęć - ostrzegam lojalnie .

Dunaj chyba spełnia życzenia, ponieważ gdy tylko go ujrzeliśmy to przestało padać, a zza chmur zaczęło nawet wychylać się słońce .

sobota, 8 października 2016

Hunedoara i Ulpia Traiana Sarmizegetusa

Na ostatni dzień pobytu w Rumunii zaplanowałem odwiedziny dwóch ciekawych miejsc, bardzo różnych od siebie.

Gmina Hunedoara wita napisami w trzech językach - po węgiersku to Vajdahunyad, po niemiecku Eisenmarkt.


Miasto przyciąga swoim zamkiem, obiektem bardzo ważnym dla Węgrów i symbolem ich panowania w Siedmiogrodzie.


Od kilkuset lat Hunedoara była także ośrodkiem przemysłu (głównie hutnictwa), a za rządów Nicolae Ceaușescu stała się jednym wielkim kombinatem, co spowodowało katastrofalne zanieczyszczenie środowiska oraz zeszpeciło krajobraz. Zakłady lokowano nawet pod słynnym zamkiem, co widać do dzisiaj w okolicach parkingu oraz z jego murów.

wtorek, 4 października 2016

Sibiu (Hermannstadt) - stolica Sasów

Sybin (Sibiu, Hermannstadt, Nagyszeben) to najważniejsze miasto Sasów Siedmiogrodzkich. Założony przez nich w XII wieku w pobliżu dawnego rzymskiego posterunku był jednym z siedmiu pierwszych miast przyszłego Siebenbürgen. Był też ostatnim w którym jeszcze nie postawiłem stopy.

Radość z penetracji Sybina burzy pogoda, która postanowiła zamienić upalne słońce na ciężkie chmury i straszenie deszczem. No cóż, bywa i tak, do tej pory poza jednym dniem w Mołdawii mieliśmy przecież wymarzone warunki atmosferyczne na urlopie.

Parkujemy w tzw. Dolnym Mieście niedaleko fabryki Siemensa.


Już z daleka widać najwyższą w Siedmiogrodzie wieżę kościelną katedry ewangelickiej św. Marii.


Mijamy domki występujące w całym regionie. Większość z nich jest zaniedbana. Zaglądamy też w niektóre podwórza.



wtorek, 27 września 2016

Alba Iulia. Miasto w twierdzy, twierdza w mieście.

Alba Iulia (Gyulafehérvár, Karlsburg, wcześniej Weißenburg) to miasto specyficzne, bo jego starówkę stanowi twierdza. Takich miejsc jest w Europie więcej, ale chyba nigdzie indziej nie widziałem założenia obronnego tak dobrze zachowanego do naszych czasów.

Początkowo mieliśmy tam przyjechać pociągiem z Aurel Vlaicu, jednak rozkład był kiepsko ułożony, że ostatecznie znów musieliśmy użyć samochodu. Po nieco pół godzinie jesteśmy na miejscu. Szukałem jakiś oznaczeń na centrum i twierdzę, ale ich nie było, gdyż ta rozciąga się na rozległym obszarze - zdaje się być wszędzie. Odbiłem się od kilku zatłoczonych parkingów i w końcu stanąłem pod samymi murami w lekkim cieniu.

Od razu po wyjściu było czuć ogrom twierdzy.



piątek, 23 września 2016

Bieszczady na gibko - Połonina Caryńska i Dział

W ramach krótkiej przerwy od tematyki rumuńskiej relacja z mojego szybkiego wypadu górskiego na początku września. Wtedy właśnie już od dziesięciu lat spotykam się ze znajomymi z forum austro-węgierskiego w Sanoku. Tym razem po raz pierwszy musiałem tam jechać z Górnego Śląska transportem zbiorowym, w dodatku sam, zatem postanowiłem skorzystać z okazji i wyskoczyć od razu w jakieś góry dzień przed imprezą. Początkowo chodził mi po głowie Beskid Niski, ale ostatecznie stanęło na Bieszczadach. Co prawda w tym roku już nie planowałem tam się zjawiać, ale... życie płata figle.

1 września zamiast na mszę rozpoczynającą rok szkolny świtem stawiam się w Katowicach, skąd biały autobus wiezie mnie aż do Ustrzyk Dolnych. Jesteśmy spóźnieni, więc odpada mi pierwsza planowana przesiadka, jednak wychodzi to na plus, gdyż dzięki temu mogłem zrobić zakupy.

Autobus miejscowy wlecze się straszliwie i chyba połowę trasy ciągnie na jedynce, a mimo to wychodzę kilka minut przed czasem w Bereżkach. Jednoosobowo, cała reszta pasażerów jedzie na Ustrzyki Dolne.


Pogoda jest piękna - dokładnie taka jak zapowiadali. Końcówka lata naprawdę się udaje w  tym roku!


wtorek, 20 września 2016

Aurel Vlaicu i garść kościołów warownych

Aurel Vlaicu był rumuńskim pionierem lotnictwa. Urodził się w miejscowości Binținți (niem. Benzendorf, węg. Bencenc) w południowo-zachodnim Siedmiogrodzie. Pierwszy Rumun który wzniósł się w powietrze na własnoręcznie skonstruowanym samolocie bez silnika, a jego siostra była prawdopodobnie pierwszą kobietą która odbyła lot. Zginął w 1913 roku podczas próby pierwszego przelotu nad Karpatami.

W okresie międzywojennym jego rodzinną wioskę nazwano... Aurel Vlaicu. To ona będzie naszym miejscem wypadowym po okolicy przez następnego dni.

Już na wjeździe wita model samolotu.


Aurel Vlaicu leży obok głównej rumuńskiej autostrady A1 i linii kolejowej Arad-Deva. W oddali Góry Fogaraskie.


Życie w miejscowości toczy się własnym, wolnym rytmem. Są trzy sklepiki, które służą jednocześnie jako spelunki i jedna knajpa z telewizorem. Miałem tam okazję obejrzeć mecz eliminacji Ligi Mistrzów, gdy Steaua Bukareszt przegrała u siebie 0-5 . Czyli ciut lepiej niż Legia...