poniedziałek, 20 lipca 2015

Szwecja południowa - Karlskrona


Kolejny nasz cel to Karlskrona. Ku naszej radości poprawia się pogoda - po drodze, w miasteczku Sölvesborg (to już nie Skania, a region Blekinge) wychodzi słońce, dobrze oświetlające gotycki kościół św. Mikołaja. 
 

Przy kościele stoi pierwszy podczas wyjazdu kamień runiczny. Jest pozbawiony kolorowych poprawek, jak większość tego typu po konserwacji. 
 

Karlskronie słońce pojawia się już na dobre - od razu inaczej ta Szwecja wygląda ;) 
 

Miasto to główny port szwedzkiej marynarki wojennej. Ze względu na liczne zabytkowe obiekty portowe zostało wpisane na listę zabytków UNESCO. A ponieważ jest położone na archipelagu, kursują stąd promy na różne mniejsze wysepki. 
 

W obrębie miasta znajduje się wyspa Stumholen, jeszcze do 1993 roku zajmowana przez wojsko. Tam niemal każdy budynek to powiew historii. 
 

Za magazynami portowymi z XVIII wieku wznosi się inna chluba miasta - nowoczesne muzeum morskie. 
 
 

Wstęp do środka odkładamy na "kiedy indziej", można natomiast zupełnie za darmo zwiedzić trzy okręty-muzea przycumowane obok :) 
 

Pierwszy z nich to HMS Bremön, trałowiec z okresu II wojny światowej. W tamtym okresie wody wokół Szwecji były minowane przez wszystkie strony konfliktu, a że mina nie odróżnia przyjaciół od wrogów, marynarka Królestwa zmuszona była szybko wybudować jednostki do oczyszczania morza. 
 

Na okręcie zajrzeć można do kilku poziomów oraz do kajut. Szykuje się chyba jakaś impreza, bo w kuchni rozmraża się wielki kawał mięsa. 
 

Druga jednostka to HMS Västervik, kuter torpedowy z lat 70. ubiegłego wieku. 
On z kolei przez moment znalazł się na kartach nowszej, wielkiej historii, kiedy w 1981 roku radziecka łódź podwodna rozbiła się na skałach w pobliżu Karlskrony. Rosjanie oczywiście twierdzili, że to błąd, pomyłka kapitana i inne takie. Szwedzi zareagowali spokojnie - wysłali swoich nieuzbrojonych oficerów na pokład obcej jednostki. W tym czasie do Szwecji zaczął się zbliżać radziecki "zespół ratunkowy" - podobnie jak dzisiaj "konwoje humanitarne" dla Donbasu uzbrojony po zęby. 
 

Tutaj spokój Szwedów się skończył - w końcu chodziło o ich wody terytorialne, tuż przy głównej bazie marynarki! Gdy tylko Sowieci zaczęli przekraczać granicę baterie obrony wybrzeża przeszły z trybu pokojowego na "wojenny"! "Zespół ratunkowy" natychmiast zawrócił, poza jednym holownikiem, któremu "przedstawił" się szwedzki okręt podwodny i to też poskutkowało. 

Po uspokojeniu się sytuacji kapitan radzieckiej łodzi przybył na pokład właśnie HMS Västervik, aby złożyć zeznania. Szwedzi przejrzeli radziecki dziennik pokładowy, a specjalna grupa sprawdziła potajemnie poziom promieniowania przy wyrzuconym na brzeg okręcie, które potwierdziły, że jednostka prawdopodobnie miała wówczas na wyposażeniu pociski nuklearne. Według późniejszych wypowiedzi oficera politycznego, załoga miała je zdetonować w razie próby zajęcia łodzi przez Skandynawów. 
 

Na tym jednak nie koniec - podczas przesłuchania kapitana rozpętał się sztorm i okręt podwodny nadał sygnał ratunkowy. Z wód międzynarodowych ruszyły ku niemu dwa niezidentyfikowane obiekty - uznano, że odłączyły się od radzieckiego zespołu i ruszyły swoim na pomoc. Szwedzi kolejny raz postawili się twardo - premier nakazał dowódcy marynarki "utrzymać granicę", poderwano myśliwce, ogłoszono alarm w bateriach nabrzeżnych i obronie wybrzeża. Po pół godzinie okazało się, że te dwa obiekty to zachodnioniemieckie statki ze zbożem... 

Wtedy Szwedzi mieli jaja, ale czy dzisiaj byliby tak stanowczy wobec Rosjan? Przecież Putin to niegroźny miś, człowiek walczący z faszystami a przede wszystkim partner biznesowy. Cytując Lenina: "kapitaliści sprzedają nam sznur, na którym ich powiesimy"... 

Uff, pora wrócić do rzeczywistości: trzeci statek ma zupełnie niegroźną historię - to zwodowany w 1900 roku żaglowiec Jarramas, ostatni taki wybudowany w Karlskronie. 
 

Wykonany został całkowicie ze stali i od początku służył do szkoleń kadetów. Na pokładzie jest tyle miejsca, że można np. tańczyć z faną ;) 
 

Z Jarramasa roztacza się widok na małe wysepki, jakich pełno w archipelagu Karlskrony - na widocznej tutaj aż do lat 80. XX wieku produkowano amunicję. 
 

Obejrzeliśmy okręty muzealne i warto by było zerknąć jeszcze na inne zabudowania... są na przykład hangary wodnopłatowców z okresu międzywojennego. 
 

Bastion Kungshall to część fortyfikacji z XVII wieku - z umieszczonych na murach armat strzelają w czasie świąt państwowych. 
 

Zastanawiam się czy w Polsce też się gdzieś tak strzela dzisiaj? 

Na nabrzeżu stoi kilka małych latarni morskich. 
 

W oddali widzę ciemną sylwetkę którą wziąłem za kolejną część muzeum - ale to nadal funkcjonująca baza wojskowa, niedostępna dla turystów, a czający się potwór zwie się okrętem podwodnym klasy Södermanland. 


Przede mną zatem 1/5 szwedzkich sił podwodnych ;) Polska ma tyle samo egzemplarzy, tyle, że cztery z nich to konstrukcje z lat 60. - demobil zakupiony w Norwegii. 

Jeszcze dalej, już przy innej wyspie, widać większą jednostkę wojskową, tej już nie potrafiłem zidentyfikować. 


W pewnym momencie drogę zasłania nam siatka, a za nią grupa odpoczywających marynarzy - dalej nie przejdziemy. Granicę bazy wyznacza tutaj bastion Aurora, też z XVII wieku (na zdjęciu po prawej). 
 

Wracamy więc do miasta. Tam odkrywam ciekawostkę techniczną innego typu - tunel kolejowy pod samym centrum. Kiedyś wożono nim towary ze stacji kolejowej do portu, obecnie szyny są zarośnięte, a dostęp zabezpiecza brama. 
 
 

Nad południowym końcem tunelu wznosi się wieża zegarowa z 1669 roku, wzorowana na starożytnej Latarni Aleksandryjskiej. 
 

W samym środku Karlskrony wiatr hula po dużym placu, podobno jednym z największych na półwyspie. Rynek zamieszkują dwa kościoły - jeden z nich to świątynia Fryderyka z surowym, ewangelickim wnętrzem. 


Pobliski deptak wygląda zachęcająco, ale ceny już nie ;) 
 

Korzystamy zatem z jednego z niewielu pozytywów masowej imigracji do Szwecji różnego rodzaju "uchodźców" i wstępujemy do wypatrzonego wcześniej "Turka" na coś ichniejszego. Pomysł był niezły, karlskrońska wersja kebaba w rozmiarach ciężkich do zjedzenia kosztowała 35 koron, czyli bardzo mało! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz