czwartek, 9 października 2014

Jeden dzień w greckim Epirze


Nasza baza wypadowa (czyli Ksamil) jest tak blisko Grecji, że żal by było choć na chwilę do Kraju Roszczeniowych Bankrutów nie zajrzeć ;) 

 

Już na granicy dostajemy lekcję greckiej pracowitości - na dużym przejściu, gdzie jest kilka stanowisk, działa jedno, w dodatku w dwie strony naraz. Korek, burdel, kieruje wszystkim wrzeszczący policjant - panowie pogranicznicy siedzą w budce, bo przecież nie będą podchodzić do aut. Musisz sam do nich łaskawie podejść, aby mogli zerknąć na paszport. To wszystko wykorzystują różne cwaniaczki, znający tutejsze warunki i w efekcie omijający nieświadomych kierowców... 

No, ale wjechaliśmy - to nasz grecki debiut. Grecki Epir, podobnie jak jego północna, albańska część, był w przeszłości miejscem wzajemnych roszczeń terytorialnych. I Albania i Grecja chciały u siebie całość tego terenu, używając bardzo podobnych argumentów historycznych i narodowościowych. 

Pierwszy krótki postój w miasteczku Igumenitsa (Ηγουμενίτσα) - znane jest głównie jako miejsce, skąd odpływają promy na Korfu. Architektonicznie nie różni się za bardzo od Albanii... 

 

Następnie wjeżdżamy na autostradę Egnatia Odos, pięknie położoną w górach. System opłat podobny jak w Serbii i Macedonii - bramka (jedna) i stała opłata niezależnie od przejechanych kilometrów. 

Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy z autobany do najbardziej mnie interesującego punktu programu - rezerwatu archeologicznego w Dodonie (Δωδώνη)
 

Obok wita nas swastyka na fladze EU. 
 

To naprawdę zabawne w przypadku kraju, gdzie neofaszyści są w parlamencie. W kraju, który przed wejściem do Unii był biedny jak mysz kościelna, potem fałszując statystyki wycyckał europejskich podatników do cna, a teraz się burzy, że musi zaciskać pasa...

No, ale wracając do przeszłości - w Dodonie znajdowała się wyrocznia, najstarsza w Grecji. Jej początki mogą sięgać 1000 p.n.e, choć najstarsze inskrypcje są z VI wieku p.n.e.. Czczono tutaj Zeusa i Dionę, a w świętym gaju dębowym kapłani wieszczyli na podstawie szumu świętego drzewa, ćwierkania ptaków itp.. 

Niestety, teraz to jeden wielki remont :( 
 

Święte drzewo ścięto w 393 roku na rozkaz cesarza Teodozjusza, walczącego z pogaństwem. Dziś w jego miejscu rośnie nowe, wśród ruin dawnego sanktuarium. Czy też można z niego wieszczyć? 
 

Największą atrakcją jest jednak grecki teatr z 300 roku p.n.e, przebudowany później przez Rzymian na m.in. walki gladiatorów. 
 
 

Mieszczący niegdyś 17 tysięcy widzów obiekt też jest częściowo rozkopany... 

Zawiedzeni stanem ruin udajemy się do stolicy regionu, Joaniny (Ιωάννινα). Miasto jest pięknie położone - wśród gór, nad jeziorem Pamvotida. 
 
 

Na jeziorze znajduje się wyspa o tej samej nazwie co miasto - związana jest z przywoływanym już kilkukrotnie Ali Paszą z Tepeleny. To właśnie tutaj Ali umieścił stolicę swojego władztwa, teoretycznie lennego wobec Stambułu, a faktycznie niezależnego (samodzielnie utrzymywał stosunki dyplomatyczne np. z Napoleonem). W końcu sułtan się wkurzył i nakazał Alego zabić. Kule dopadły go w klasztorze na widocznej wyspie, gdzie dzisiaj można dotrzeć statkami turystycznymi. 
 

W lądowej części miasta większy teren starówki zajmuje twierdza, rozbudowana przez Alego Paszę. 
 
 
 

W środku stoją dziś normalne domy, są dwa meczety (zamknięte) oraz synagoga. Poza murami spacerując w upale spotykamy inny, mniejszy meczet. 
 

Też jest zamknięty, a w dodatku obok "piknikuje" sobie cygańska młodzież, więc idziemy dalej. Okolica, z dwoma niedostępnymi cerkwiami, także świeżością nie grzeszy. 
 
 

Pora coś zjeść, ale ceny przy jeziorze dawały w łeb (np. 10 euro za sałatkę grecką). Na szczęście w bocznych uliczkach jest sporo małych barów dla miejscowych, gdzie za cenę niższą najedzą się dwie osoby :) 
 
 

Co ciekawe - w każdym miejscu gdzie byliśmy wciskano nam paragon. Ba, obecnie w Grecji za niewzięcie paragonu grożą kary (paranoja totalna, zmusza się mnie, żebym nosił niepotrzebne śmieci)! Ale widać to działa, bo kiedyś można było przez całe wakacje nie dostać tego dokumentu, a kasa z podatków lądowała w szarej strefie. 

Jest już po 16-tej miejscowego czasu, więc ostatnie spojrzenie na mury twierdzy... 
 

...i w drodze na północ skręcam jeszcze w góry Zagor:) 
 

Położona na wysokości 1000 metrów wioska Monodentri (Μονοδένδρι) słynie z kamiennych, szarych budynków, jest też popularna wśród turystów. 
 
 
 

Ja idę jednak dalej niemal samotnie - zobaczyć wąwóz Wikos. Widoki zapierają dech w piersiach! 
 

Wąwóz jest jednym do kandydatów najgłębszego na świecie, do tego momentami bardzo wąski - wysokie na 1600 metrów ściany są oddalone czasem o kilkaset metrów. 
 

Jednym z lepszych punktów widokowych jest taras przy monastyrze św. Paraskewy z XV wieku (wnętrz nie zdążyłem obejrzeć, bo na mój widok babka zamknęła szybko drzwi :D ). Pozostaje delektować się przyrodą. 
 

Wąwozem prowadzą szlaki turystyczne i wędruje się nim raczej samotnie (ze wszystkimi konsekwencjami w razie jakiegoś wypadku). Na to potrzeba jednak więcej czasu... 

Powrót do głównej drogi z kolejnymi widoczkami górskimi. 
 
 

Kręta szosa prowadzi do głównego przejścia granicznego z Albanią. 

Tym razem odprawa przebiegła w miarę sprawnie i krótka wizyta w Grecji stała się historią. Jednak na pierwszych albańskich kilometrach nie brak greckich akcentów - m.in. dwujęzyczne drogowskazy. 
 

Jak już wspominałem, w Epirze albańskim żyją Grecy, a w greckim Albańczycy. Różnica jest taka, że w Albanii, po latach komunizmu Grecy mają status chronionej mniejszości, natomiast w Grecji władze twierdzą, że żadnych Albańczyków etnicznych tam nie ma (poza imigrantami), są co najwyżej zalbanizowani Grecy :D No cóż, Ateny od dawna forsują swoją wizję czystej etnicznie Hellady, nie tylko wobec Albańczyków, ale też innych sąsiadów... 

Końcówka drogi do Ksamil już w ciemnościach - dobrze, że tam asfalt jest nowy, ale nie polecam nikomu jazdy w Albanii po zmroku. Przy okazji zatrzymałem się też u przydrożnych sprzedawców - chciałem kupić wodę, ale że nie mieli, to nabyłem litr raki :D 

3 komentarze:

  1. Taa... pamiętam, że albańskie drogi też nam się dały we znaki. Zdecydowanie nocna jazda po Albanii nie jest wskazana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nocna jazda w Albanii to dla tych, którzy nie lubią swoich samochodów ;)

      Usuń
  2. Albo mają nieograniczony budżet, nieograniczoną hm, wyobraźnię i zupełny brak instynktu samozachowawczego ;-)

    OdpowiedzUsuń